Znaleziono 0 artykułów
02.05.2022

Modelka Maggie Rawlins: Pielęgniarka na granicy polsko-ukraińskiej

02.05.2022
Fot. Archiwum własne

Zanim Maggie Rawlins została pełnoetatową modelką, a jej zdjęcia znalazły się na łamach „Sports Illustrated”, pracowała jako pielęgniarka hematologiczno-onkologiczna w Charleston w Karolinie Południowej. Wciąż regularnie odnawia swoją licencję, by w razie czego móc pracować w zawodzie. Tak jak wtedy, kiedy wybuchła pandemia COVID-19 i Maggie zaczęła działać w kilku szpitalach w Nowym Jorku. Gdy z kolei dowiedziała się, że na granicy polsko-ukraińskiej potrzebne są pielęgniarki, pojechała do Medyki, gdzie przez 10 dni pracowała na nocnej zmianie dla organizacji Ratownicy Bez Granic. W „Vogue’u” opowiada o tym doświadczeniu.

Moja koleżanka, dr Danielle Belardo, która jest kardiolożką w Kalifornii, usłyszała, że jedna z organizacji potrzebuje wsparcia pracowników służby zdrowia, więc poleciała do Polski. Zapytałam, czy brakuje też pielęgniarek. – Przyda się każda para rąk – odpowiedziała. Poleciałam do Krakowa, potem przez dwie lub trzy godziny jechałam na granicę. Pracowałam na nocnych zmianach, od godziny 22 do 10 rano. Nie byłam w stanie zabrać wielu rzeczy, a potrzebnych było dużo leków pediatrycznych. Odezwałam się do znajomych medyków z Charleston, którzy dostarczyli mi ich pod drzwi ponad 60 kg.

Byliśmy na zachodzie Ukrainy i wschodzie Polski. Zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Były tam setki ludzi. Przyleciałam tam, ponieważ czułam, że będę potrzebna. Nie mam dzieci i nie pracuję na etacie, więc uznałam, że mam ten przywilej, że mogę zostawić swoje codzienne zajęcia i pojechać. Zdawałam sobie sprawę, że będzie to miejsce niesienia pomocy, ale nie miałam świadomości, z jakimi problemami medycznymi się tam zetknę. Pracowaliśmy głównie przy nagłych przypadkach. Opatrywaliśmy rany postrzałowe i połamane żebra. Ale widzieliśmy też ogromne zmęczenie i ludzi, którzy potrzebowali leków obniżających ciśnienie i insuliny, ale nie mieli, jak dotrzeć do apteki. Było tam wiele przypadków covidu, dzieci z infekcjami dróg oddechowych. Na granicę docierali ludzie, którzy spędzili dwa lub trzy dni w podróży i byli ekstremalnie wycieńczeni, szczególnie najmłodsi i osoby starsze. Wiele z nich było odwodnionych. Mężczyźni nie mogą opuszczać Ukrainy, więc mieliśmy do czynienia tylko z kobietami, dziećmi i osobami starszymi.

Rzędami stały tam punkty z kartami SIM, food trucki z całej Europy, nawet turecki i izraelski, i namioty, w których można było dostać różne rodzaje jedzenia. Widok ludzi przyjeżdżających z całego świata, by pomóc, był surrealistyczny. Nie mówię tylko o pielęgniarkach i lekarzach. Były tam osoby przygotowujące śniadania i gorącą czekoladę dla dzieci. Jakieś cztery namioty od nas znajdował się taki z jedzeniem dla psów, kotów, ptaków, myszoskoczków – dosłownie każdego zwierzęcia, jakie tylko może przyjść do głowy.

Fot. Archiwum własne

Temperatura poniżej zera. A ty w szczerym polu próbowałeś wymyślić, jak najlepiej pomóc komuś, kto właśnie stracił wszystko.

Granica polsko-ukraińska: Pomoc z całego świata

Każda historia była tragiczna, ale wytrzymałość ludzi, których tam spotykałam, była niesamowicie inspirująca. Również tych, z którymi pracowałam: na jednej nocnej zmianie byłam z 70-letnią pielęgniarką z południa Francji i 71-letnią lekarką z Izraela. Pielęgniarka mówiła po francusku i trochę po angielsku, lekarka trochę po francusku, więc by się komunikować, używałyśmy Google Translate. Między godzinami drugą a piątą było trochę spokojniej, więc przez jakiś czas po prostu siedziałam przy piecu na drewno i słuchałam opowieści. Obie całe życie pracowały w organizacjach humanitarnych. Lekarka ma piątkę dzieci i osiemnaścioro wnuków. Pracowała w ponad 30 różnych krajach, a teraz, mając 71 lat, była na nocnej zmianie, pomagając ludziom przenosić bagaże przez granicę.

Inny człowiek, Eladio, przyjechał tam ze swoim przyjacielem, doktorem Jeffreyem Horensteinem, lekarzem ze Stanów Zjednoczonych. Eladio nie miał wykształcenia medycznego. W ciągu pięciu dni przeszedł przez granicę 52 razy. Ludzie przekraczają ją pieszo, ale nie jest tak, że podchodzisz do bramy i od razu jesteś przepuszczany. To długotrwały proces, a pomiędzy kontrolą graniczną w Ukrainie a tą w Polsce jest jeszcze ziemia niczyja, więc razem z dojściem do namiotu, gdzie można złapać autobus lub ktoś może po ciebie przyjechać, musisz pokonać ok. 800 m.

Fot. Archiwum własne

Eladio przechodził przez granicę 52 razy, ponieważ przekraczały ją głównie kobiety i dzieci. Mężczyźni pomiędzy 16. a 60. rokiem życia musieli zostać w Ukrainie i walczyć. Eladio kursował tam i z powrotem ze sklepowym wózkiem. Do Ukrainy przewoził zaopatrzenie medyczne, a do Polski bagaż tych ludzi, którzy mieli kłopot, by go nieść. Takie rzeczy naprawdę mnie wzruszały, ponieważ ludziom wydaje się, że aby pomagać, musisz mieć wykształcenie medyczne. A jednak to Eladio był jedną z osób, które dawały najwięcej wsparcia.

Były tam dziewczyny z Ukrainy, które podchodziły do nas i tłumaczyły. Miały 13, 14, 15 lat, przekroczyły granicę, po czym spędzały cały dzień, pomagając medykom w komunikacji z pacjentami. Każdy mógł pomóc. W tak ponurym miejscu było to naprawdę inspirujące. Dawało promyk nadziei. Ja głównie zajmowałam się triażem, a więc ktoś wchodził, ja sprawdzałam jego funkcje życiowe i przeprowadzałam wywiad. To wtedy potrzebowałam pomocy tłumaczy. Nie można kogoś leczyć, nie wiedząc, co mu jest. Tłumacze byli po prostu niezbędni.

Pękało mi serce. Ostatniej nocy mojej pracy przyjęłam 85-letnią kobietę, która weszła do namiotu z 87-letnim mężem cierpiącym na alzheimera. Krzyczała tylko: „Mieliśmy nie wyjeżdżać, mieliśmy nie wyjeżdżać”, a przecież musieli to zrobić. We Włoszech mają rodzinę, która miała po nich przyjechać. Nigdy wcześniej tam nie byli. Nie mówili po angielsku, więc rozmawialiśmy przez tłumacza. Ich życie przewróciło się do góry nogami.

Czy można tam przyjechać i nie mieć ochoty natychmiast zdjąć z siebie kurtki i oddać jej tym ludziom razem ze wszystkim, co się ma? Ale pomagać trzeba rozsądnie. Wróciłam do domu, jutro jestem umówiona na sesję. Trudno mi to wszystko przepracować, czuję się wręcz winna, że mam dom. Nie wiem, czy nasze mózgi są zdolne do zrozumienia, dlaczego żyjemy w dwóch tak różnych światach. Choć jest to dla nas niekomfortowe, myślę, że musimy z tym żyć.

Artykuł po raz pierwszy ukazał się na Vogue.com.

Sarah Spellings
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę