Znaleziono 0 artykułów
23.07.2022

Kateryna Prokopenko: Mówmy o tej wojnie

23.07.2022
Fot. Arch. prywatne

Kluczowe jest, żeby przypominać opinii publicznej, co naprawdę wydarzyło się w Mariupolu, mówić o tym, jak w pułku „Azow” walczyli i walczą dalej ramię w ramię bardzo różni ludzie, których łączy niezgoda na rosyjską agresję – mówi Kateryna Prokopenko, żona dowódcy pułku Denysa Prokopenki.

Twój mąż, dowódca pułku „Azow”, jest wciąż w niewoli, trafił do niej pod koniec maja. To wtedy obrońcy Mariupola po wielotygodniowej obronie miasta i jego ostatniego przyczółku Azowstalu złożyli broń, żeby ratować życie tych, którzy przetrwali. Ich ewakuacja odbywała się od 16 do 20 maja.

Denys prawdopodobnie jest przetrzymywany w moskiewskim więzieniu Lefortowo, ale to tylko przypuszczenia i plotki, które znajduję w mediach społecznościowych. Do tej pory do domu wróciło tylko kilkudziesięciu obrońców Azowstalu i Mariupola, a ponad 2 tys. ludzi, w tym mój mąż i inni żołnierze pułku „Azow”, 36. Brygady Piechoty Morskiej i żołnierze obrony terytorialnej, jest wciąż w niewoli.

Fot. Arch. prywatne

Prawo wojenne wymaga dopuszczenia do jeńców Czerwonego Krzyża i umożliwienia im kontaktu z rodziną. Czy jesteś w kontakcie z Denysem?

Rosjanie, jak chyba wiedzą już wszyscy, nie przestrzegają prawa. Nie mam żadnego kontaktu z Denysem. Poza jedną 30-sekundową próbą podjętą ponad miesiąc temu. Bardzo się denerwuję, bo nie mogę się dowiedzieć, w jakim jest stanie, fizycznie i psychicznie. Szukam jakichkolwiek informacji wszędzie, gdzie się da, nawet na rosyjskich propagandowych kanałach, bo oni ujawniają coś czasem, żeby się pochwalić, ale zdobycie wiarygodnych informacji jest bardzo trudne. 

To dlatego razem z innymi kobietami założyłaś Stowarzyszenie Rodzin Obrońców Azowstalu.

Tak, w stowarzyszeniu jest około tysiąca kobiet, chociaż aktywnie działać może wiele mniej. Szukamy sposobów zmuszenia Rosji do wymiany jeńców. Wiemy, że może tego dokonać tylko społeczność międzynarodowa i przywódcy tych krajów, z którymi Rosja musi się liczyć, jak Stany Zjednoczone, Niemcy czy Francja. Robimy też wszystko, żeby ludziom nie spowszedniała ta wiedza, że obrońcy Mariupola są w niewoli, żeby nie zapomnieli o ich bohaterskiej obronie miasta. Organizujemy wystawy z ich zdjęciami w całej Ukrainie. Wymyślamy wydarzenia sportowe połączone ze wspieraniem naszych żołnierzy. Spotykamy się z politykami z rządu i innymi dyplomatami. Szukamy wszystkich możliwych ścieżek. 

Ludzie łatwiej pamiętają konkretne historie. Dlatego chciałabym, żebyś opowiedziała mi waszą. Wiem z twoich mediów społecznościowych, że jesteś graficzką, ilustratorką. Denys skończył studia anglistyczne, ale kiedy się poznaliście, był już żołnierzem pułku „Azow” w Mariupolu. Jak udało wam się spotkać?
 

Spotkaliśmy się w 2015 r. po prostu w mediach społecznościowych. Wygląda na to, że natknęliśmy się na siebie w sieci, bo mieliśmy mnóstwo tych samych zainteresowań: chodzenie po górach, jeżdżenie na rowerach, kajaki, no i muzyka z lat 60. i 70. Wzruszyło mnie od razu jego podejście do zwierząt i natury, bo jestem od dawna wegetarianką i eko aktywistką. Ja mieszkałam w Kijowie, on w Mariupolu, więc widywaliśmy się raz lub dwa razy w miesiącu przez dwa-trzy dni. Żołnierze mają dwa-trzy razy w roku dwutygodniowe wakacje, więc w tym czasie jeździliśmy w Alpy lub do Norwegii, żeby się razem wspinać. To były naprawdę rajskie chwile.

Fot. Arch. prywatne

Relacje na odległość są uważane za bardziej kruche, a wy po kilku latach wzięliście ślub.

Oboje jesteśmy bardzo aktywni, więc przyzwyczailiśmy się do takiego trybu oddzielania czasu intensywnej pracy od życia uczuciowego i rodzinnego. Dzięki temu nasze spotkania są zawsze intensywne i wyczekane. A pracy tylko przybywało. Kiedy w 2017 r. Denys został dowódcą pułku „Azow”, pracował często od siódmej rano do pierwszej w nocy. 
Wzięliśmy ślub w 2019 r. i przez cały czas udało nam się utrzymać ten sposób życia, dzięki któremu każde z nas mogło w pełni realizować swoje zawodowe potrzeby i obowiązki.

Opowiedz o swojej pracy. Dlaczego na twoich rysunkach tak często pojawia się koza i nawet twój pseudonim na Instagramie to koza_rohata_?

Zgodnie ze swoim wykształceniem powinnam być dyplomatką lub polityczką, ale lisi świat relacji politycznych nie bardzo mi się podobał, dlatego postanowiłam zająć się zawodowo tym, co było moim hobby, czyli rysowaniem. Zaczęłam pracować dla pewnej firmy handlującej owocami i warzywami. Rysowałam dla nich owoce jak z animacji, tworzyłam też ilustracje i inne obrazki, które sprzedawałam w sieci jako freelancerka. Dzięki różnym platformom dla artystów wizualnych w internecie mogłam to robić ponad granicami.
Co do rogatej kozy – niektórzy uwielbiają koty lub psy, a ja uwielbiam kozy. Te górskie kozy, które biegają po prawie pionowych stokach, są moimi bratnimi duszami. Drobne, wszędobylskie, zawsze zajęte – i do tego wegetarianki, tak jak ja.
Teraz musiałam oczywiście zawiesić te wszystkie prace, bo działania związane ze stowarzyszeniem i walką o uwolnienie obrońców Azowstalu zajmują mi cały czas.

Inwazja Rosji na Donbas rozpoczęła się w 2014 r., więc wasza wspólna historia z Denysem właściwie w całości toczy się w czasie wojny. Ale skala putinowskiej inwazji w lutym zmieniła sytuację drastycznie dla wszystkich. Jak wyglądało wasze życie od tego momentu?
 

Od tej chwili nie widzieliśmy się ani razu. Ja byłam w Kijowie, a Denys w Mariupolu. Po przemowie Putina 24 lutego poczułam, tak jak ogromna liczba ludzi w Ukrainie, że muszę dołączyć do obrony terytorialnej. Chciałam bronić Kijowa. Denys poprosił mnie, żebym tego nie robiła. Jako dowódca pułku chciał pozostać jak najbardziej skoncentrowany na bezpieczeństwie i działaniach swoich żołnierzy, utrudniałaby mu to myśl, że ja być może jestem już w rosyjskiej niewoli lub nie żyję. Oczywiście, zrozumiałam i nie chciałam go dodatkowo obciążać. Dołączyłam do ruchu wolontariackiego i zajmowałam się szukaniem funduszy na pomoc dla naszego wojska w innych krajach. Zdobywaliśmy drony, noktowizory, kamizelki i wszystkie inne rzeczy, bez których żołnierze nie przetrwają. 

Fot. Arch. prywatne

Tymczasem sytuacja w Mariupolu zrobiła się przerażająca. Chorzy, ranni, pozbawieni wody ludzie w oblężonym mieście. Strzelanie do mieszkańców próbujących opuścić Mariupol podczas kolejnych zawieszeń broni łamanych przez Rosję. Atak na Teatr Dramatyczny, w którym schroniło się kilkaset mieszkańców i przed którym był wielki napis „dzieci” zignorowany przez rosyjskich najeźdźców. Wiedziałaś wtedy, co się dzieje z Denysem?


Kontaktowaliśmy się dzięki satelitarnemu internetowi Elona Muska, bo zwykłe telefony nie działały. Ale z tych rozmów niewiele dowiadywałam się o sytuacji w Mariupolu. Denys jako dowódca nigdy nie przekazywał żadnych informacji, które mogłyby zostać przez kogokolwiek użyte. Przecież nigdy nie wiedzieliśmy, kto jeszcze może słuchać naszej rozmowy. Jasne, że chciałam wiedzieć więcej, bo martwiłam się o jego bezpieczeństwo. I zdarzały się sytuacje, kiedy mogłam razem z innymi próbować pomagać z zewnątrz.
Kiedy w maju Denys i inni dowódcy zaczęli prosić o pomoc międzynarodową w skłonieniu Rosji do zgody na utworzenie korytarza humanitarnego z Mariupola, pojechałam razem z Julią Fedosiuk, żoną innego żołnierza, do papieża Franciszka, żeby skłonić go do włączenia się do negocjacji. Zwracaliśmy się też do innych przywódców. Wierzyliśmy, że utworzenie tego korytarza jest możliwe. Niestety, nie udało się.

Jak wygląda od lutego twoje codzienne życie w Kijowie?

Trudno przyzwyczaić się do tego, że każdą czynność może przerwać alarm bombowy. Wieści o bestialskim zabijaniu ludzi w Irpiniu, Buczy i innych miejscach były przerażające. Najtrudniejsze są oczywiście noce – trudno spać ze świadomością, że w każdej chwili być może trzeba będzie biec do schronu. Z pytaniem, czy się dobiegnie. Budzenie się na dźwięk bombardowania czy lecącej niedaleko rakiety bardzo mocno wpływa na psychikę. I ta myśl: To mogłam być ja, nasz dom... ale jeszcze nie tym razem.

Bycie żoną dowódcy wojskowego sprawia, że stajesz się celem rosyjskiej propagandy. Jakiś czas temu internet obiegło zdjęcie młodych hajlujących dziewczyn wraz z oskarżeniem, że jesteś jedną z nich. Szybko okazało się, że to zdjęcie z polskiego internetu z 2010 r., a rosyjskie trolle rozpowszechniały je, żeby podkręcać narrację o „neonazistach„ z „Azowa”. Jak się z tym czułaś?

Nie boję się tych ataków. Moje życie i moje działania pokazują kompletny absurd tych oskarżeń. A ludzie w Ukrainie dobrze wiedzą, jak działają Rosjanie, więc naprawdę nie tak łatwo nas nabrać. 
Ten atak na mnie to dobra ilustracja całego prymitywnego mechanizmu tworzenia rosyjskiej propagandy o rzekomej potrzebie „denazyfikacji” Ukrainy, którą przeprowadzają tu, mordując niewinnych ludzi, Putin i jego doradcy w rodzaju Dmitrija Rogozina, byłego szefa Roskosmosu i uczestnika wieców rosyjskich neonazistów. Historia opowiadana przez Putina o Ukrainie i o tym, co tu robi, nie ma żadnego sensu i żadnego związku z naszym krajem.

Fot. Arch. prywatne

Rzeczywiście można mieć poczucie, że absurdalna i niechlujna putinowska propaganda może służyć wyłącznie uspokojeniu sumień tych rosyjskich obywateli, którzy bardzo mocno zatykają uszy i zaciskają powieki. Jednak początki batalionu „Azow” i jego powiązania ze skrajną prawicą dały tej propagandzie okruchy, na których tuczy się do dziś.

Pułk, a wcześniej batalion, „Azow” nigdy nie brał udziału w inwazji na żaden inny kraj i nigdy nie podejmował działań z pozycji rasistowskich. Powstał w 2014 r., żeby bronić Ukrainy przeciwko rosyjskiej napaści.
Tak, to prawda, że kiedy „Azow” był jeszcze batalionem, byli w nim także ludzie o skrajnie prawicowych poglądach, ale kiedy dołączył do Gwardii Narodowej jako pułk, ci ludzie odeszli. Teraz w pułku są ludzie o różnorodnych korzeniach i tradycjach – ukraińskich, azerskich, żydowskich, gruzińskich. Są prawicowcy, lewicowcy, tradycjonaliści, progresywiści, ludzie o różnych poglądach, które są ich sprawą prywatną. Łączy ich wola obrony Ukrainy przed rosyjskim najazdem.
Uważam, że kluczowe są bohaterskie działania tych żołnierzy i sukcesy w ciężkich walkach i że warto oceniać ten pułk właśnie na podstawie działań.

Ale symbole karmią rosyjską propagandę. Szczególnie tym, którzy są bardziej oddaleni od linii frontu, mogą utrudnić zobaczenie tego, co w rzeczywistości się dzieje. Odległość sprzyja putinowskim trollom.

Tak, dlatego o tym wszystkim rozmawiamy, ale kluczowe jest, żeby przypominać opinii publicznej, co się naprawdę wydarzyło w Mariupolu, mówić o tym, jak w pułku „Azow” walczyli i walczą dalej ramię w ramię bardzo różni ludzie, których łączy niezgoda na rosyjską agresję i odwaga.

Ukraińcy i Ukrainki zadziwiają wszystkich swoją siłą i zaciętością, ale Putin straszy tym, że dopiero zaczyna i kolejne zdjęcia zamordowanych dzieci na ukraińskich ulicach, jak ostatnio w Winnicy, pokazują, że jego podwładni to bezwzględni bandyci. Jak widzisz przyszłość?

Wierzę, że Ukrainę czeka dobra przyszłość, że uda nam się w końcu doprowadzić do wycofania Rosjan z naszego terytorium, że Krym i Donbas zostaną odbite. Europejska i amerykańska pomoc pozwalają mieć tę nadzieję, ale skala pomocy jest kluczowa.
Martwi nas wszystkich, że mechanizmy związane z międzynarodowym wsparciem są zbyt powolne. Być może gdyby pomoc militarna przyszła szybciej, nie stracilibyśmy Mariupola, którego broniliśmy tak długo i tak zacięcie. Martwi nas to, że wojna może trwać bardzo długo, jeśli wsparcie ze strony innych krajów nie będzie bardziej zdecydowane.

Fot. Arch. prywatne

Ukraińcy powtarzają, że kluczowe wsparcie to właśnie pomoc militarna, czyli broń. Tymczasem część osób w Unii Europejskiej wciąż ma opory przed dokładaniem się do zbiórek przeznaczonych na potrzeby armii. Wspieranie pomocy humanitarnej jest o wiele popularniejsze.

Niestety nie obronimy się przed rosyjskimi bombami i rakietami pomocą humanitarną i lekami. One są bardzo potrzebne, ale rosyjską armię można zatrzymać tylko bronią. Przecież my nikogo nie atakujemy, ale musimy móc się skutecznie obronić przed armią, która morduje cywilów, zabija niemowlaki w dziecięcych wózkach. Powstrzyma ich tylko skuteczna broń. A im więcej wsparcia w postaci broni, tym mniej będzie trzeba pomocy humanitarnej, bo tym mniej będzie ofiar i uchodźców.

Rosyjska propaganda od ponad wieku używa narracji o „bratnich narodach”, która ma służyć tezie, że Ukraina jako osobny kraj właściwie nie istnieje, choć w rzeczywistości korzenie Ukrainy sięgają o wiele dalej w głąb historii niż te rosyjskie, o czym w ostatnich miesiącach wiele napisano. Co ty najbardziej lubisz w swoim kraju i jego kulturze?

Niesamowitym bogactwem Ukrainy jest jej wielokulturowość – od Karpat przez Krym po Donbas. To widać w sztuce, architekturze, strojach, ornamentach i pieśniach. Uwielbiam ukraińską wieś – z babuszkami, dziadkami, niesamowitym tradycyjnym jedzeniem, tymi wszystkimi barszczami, pampuszkami i żywą ludową muzyką. 
Żyją tu razem Ukraińcy, Żydzi, Ormianie, Gruzini, Tatarzy. Mamy wiele mniejszości, w tym także mniejszość rosyjską – i wielu spośród tych ludzi dołączyło do obrony terytorialnej, bo nie bez powodu nie chcieli mieszkać w Rosji. To dlatego nacjonaliści, próbujący zredukować Ukrainę do jakiejś monoetnicznej opowieści, nie mają tu szans i w wyborach uzyskali mniej niż jeden procent.

Burzliwa historia i polityka rusyfikacji pozostawiła w Ukrainie konkretny ślad przemocowych praktyk niechcianego pseudo „brata”: dwujęzyczność. Czy od czasu wybuchu wojny zmieniło się podejście do dwujęzyczności we wschodniej Ukrainie?

Część osób, które do tej pory używały rosyjskiego, przeszły teraz na ukraiński. Oczywiście nie wszyscy, bo trudno zmienić język, którego używało się całe życie. Jednak tu znów warto nie dać się omotać rosyjskiej propagandzie. Ukraińcy, którzy mówią po rosyjsku, co wynika z konkretnych i znanych wszystkim wydarzeń historycznych zeszłego wieku, nie są zwolennikami rosyjskiego imperializmu i tej inwazji. Tak jak francuskojęzyczni Kanadyjczycy nie marzą o francuskim morderczym najeździe na ich kraj!
To Polki i Polacy są dla nas jak siostry i bracia – patrzymy z wdzięcznością na to, że najaktywniej wspierają nas podczas tej wojny. Rosja niestety zawsze jest dla nas zagrożeniem. Wy też znacie ten lęk. A Polska jest dla nas jak brat, który zawsze wesprze.

Jakie solidarnościowe działania, które mogą podejmować zwykli ludzie, są dla was najważniejsze?

Nie przestawajcie o nas myśleć i mówić o tej wojnie, która cały czas trwa. Pomóżcie nam upowszechniać wieści o losie obrońców Mariupola i upominać się o nich, a także o los wszystkich zwykłych ludzi zabijanych teraz w Ukrainie.
To ważne także dlatego, że Ukraina nie walczy tylko o własne przetrwanie, ale o bezpieczeństwo całej europejskiej demokracji. Ukraina jest tarczą Europy. Ukraińcy umierają teraz za wartości europejskie, bo to te wartości i ten świat jest wrogiem Putina i putinowskiej Rosji.
Dziękuję za wasze wsparcie i za waszą solidarność.

Agata Diduszko-Zyglewska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę