Znaleziono 0 artykułów
01.04.2019

Polska co drugi dzień

01.04.2019
Wieś Kąty pod Warszawą w dniu wyborów 4 czerwca 1989 (Fot. Chris Niedenthal / Forum)

Ustrój się zmienił, a plakaty ciągle sygnalizują niedobór Polski w Polsce – mówi Zofia Smełka-Leszczyńska, badaczka plakatów wyborczych.

Trzydzieści lat temu zaczęła się najbardziej intensywna kampania w historii polskich wyborów. Rządząca PZPR miała telewizję i właściwie wszystko, co chciała. Komitet Obywatelski „Solidarność” miał poparcie. Podczas gdy w komitetach partii naradzano się, kto ma wieszać plakaty, sympatycy „S” biegali po miastach z wiadrami z klejem i lepili plakaty, gdzie tylko się dało. O znaczeniach tamtych plakatów opowiada Zofia Smełka-Leszczyńska, która plakatom z kampanii 1989–2015 poświęciła rozprawę doktorską.

Fragment legendarnego plakatu wyborczego Solidarności z Gary Cooperem z 1989 roku , projekt Tomasz Sarnecki (Fot. fot: Wojtek Laski/East News )

Chyba nigdy wcześniej ani później Polska nie była tak oplakatowana jak podczas kampanii z 1989 roku?

Komitet Obywatelski „Solidarność” miał ściśle reglamentowany dostęp do radia i telewizji, prawie żadnego do prasy, 8 maja ruszyła „Gazeta Wyborcza”, ale długo borykała się z kolportażem. Plakaty były więc jedynym medium, z którego „S” mogła korzystać bez ograniczeń, masowo. 
Wisiały rzeczywiście wszędzie. Kiedy ogląda się zdjęcia z tamtego czasu, widać je na elewacjach, ale też samochodach, autobusach. Jest zdjęcie Chrisa Niedenthala z komisji wyborczej w Kątach koło Góry Kalwarii. Przed szkołą, w której trwa głosowanie, plakatami oklejone jest dosłownie wszystko: słup energetyczny, płot i karoserie maluchów.
Po latach oglądamy te zdjęcia, żeby obejrzeć plakaty Solidarności, a tymczasem z archiwów wynika, że całkiem sporo było też plakatów PZPR. One zostały całkiem wyparte z pamięci. 

Jakie były plakaty PZPR? 

One się nam dzisiaj wydają zabawne trochę na zasadzie tej samej emocji, która sprawia, że w ogóle PRL wydaje się nam zabawny. Dziś nie wyglądają groźnie, bo oglądamy je, wiedząc, jak potoczyły się tamte wybory. Ale zarówno w warstwie wizualnej, jak i słownej sączyła się z nich totalitarna retoryka. 
Ciekawy był dialog, w jaki wchodziły ze sobą plakaty koalicji i opozycji. Na przykład na plakatach PZPR tłum był zawsze narysowany – zamiast realnych postaci były zarysy sylwetek bez twarzy i jakieś hasło sygnalizujące, żeby nie dać się nabrać na ściemę, jaką jest „S”, np. „Wybieraj według zdolności, a nie przynależności”. 
Solidarność, gdy chciała na plakatach uwiarygodnić się poprzez obrazy tłumu, sięgała po dokumentalne zdjęcia. Był plakat autorstwa Krzysztofa Weliana i Jacka Eberta „Chodźcie z nami” ze zdjęciem Tadeusza Rolkego z tłumem w bliskim planie i „Głosuj z nami” projektu Aleksandry Król i Jacka Marczewskiego, który przedstawia tłum aż po horyzont. Oba pokazują, że Solidarność, inaczej niż partia, miała na poparcie swojej idei fotografie, które mówiły: „Zobaczcie, tacy jesteśmy, idzie z nami tylu ludzi. My i wy to jedno”. 

(Fot. dzięki uprzejmości Zofii Smełki-Leszczyńskiej)
(Fot. dzięki uprzejmości Zofii Smełki-Leszczyńskiej)

Sam fakt, że partia naśladowała pomysły „S”, świadczył chyba o jej, propagandowej przynajmniej, bezradności.

Dziś widać, jaka ta parodia była biedna, bezzębna, bezbronna. Z jednej strony mamy zdjęcia prawdziwych ludzi, a z drugiej nieporadne, dość brzydkie rysunki sylwetek. Podrabiali też solidarycę – krój pisma wymyślony w 1980 roku przez Jerzego Janiszewskiego na potrzeby plakatu „Solidarność”. Litery pisane czerwoną farbą stały się znakiem rozpoznawczym „S”, dzięki nim ich materiały wizualne można było rozpoznać w ciemności. Po stronie partyjnej zdarzały się plakaty w rodzaju napisanego podróbką solidarycy hasła „Głosujemy solidarnie na program zgody narodowej”. 
Szef PZPR-owskiej kampanii Zygmunt Czarzasty przedstawiał partii bardzo optymistyczne prognozy wyborcze, ale wydaje się, że działacze mieli jednak świadomość, że emocje społeczne są po stronie Solidarności. Dlatego na plakatach pojawiały się hasła nawołujące do dokonania samodzielnej – racjonalnej, a nie opartej na emocjach decyzji. „Nie daj się! Wybierz sam”, „Bądź niezależny – wybierz najlepszego!”, „Nie wybieraj obietnic – wybieraj tych, którzy coś robią”. To namawianie do samodzielnego myślenia było trochę jak retoryka antyszczepionkowa – gdy wszyscy wokół w coś wierzą, jedynie jednostki naprawdę przenikliwe są w stanie spojrzeć głębiej, wejść za kulisy.  
Plakaty nie były wyrafinowane graficznie, często były to jedynie hasła. Celował w nie też ówczesny premier Mieczysław F. Rakowski. Lakoniczne myśli w rodzaju „Niemożliwe. Nie znam takiego słowa” albo „Z głowy na nogi” były podpisane krótkim MFR. To był sygnał, że Rakowski jest naszym lokalnym JFK. Zachodnim i nowoczesnym. 

Plakat wyborczy Solidarnosci autorstwa Henryka Tomaszewskiego. 
(Fot.Jacek Dominski/REPORTER)

A wygrał kowboj. Bardziej zresztą bitwę o pamięć niż o głosy. Plakat autorstwa Tomasza Sarneckiego z Garym Cooperem trzymającym w dłoni kartkę wyborczą pojawił się 4 czerwca rano, jedynie w Warszawie. Dziś jest symbolem tamtych wyborów. Jak to się stało?

Plakaty wyborcze Solidarności z 1989 roku, ze względu na wyjątkowość tamtych wyborów, zyskały z czasem szczególny status. Wiele z nich obrosło legendą, tak właśnie stało się z plakatem Tomasza Sarneckiego. On sam wielokrotnie opowiadał historię, jak nie mógł przebić się z tym projektem, solidarnościowe komisje miały odrzucać go jako zbyt konfrontacyjny, aż w ostatniej chwili o druku zdecydował sekretarz Komitetu Obywatelskiego Henryk Wujec i plakat pojawił się na ulicach Warszawy w wyborczą niedzielę. 
To, że był na nim znany z filmu „W samo południe” kowboj, przysłużyło się baśniowej opowieści. Bo to dobry symbol już na poziomie moralnym – samotny szeryf, który w ostatniej chwili przed emeryturą decyduje się zrezygnować z marzeń i rozprawić ze złem. A jeszcze doszła Ameryka, w czasach PRL symbolizująca marzenia o dobrobycie i wyśnionej normalności. Trudno o coś bardziej amerykańskiego niż kowboj ze znanego westernu. Niczego tak nie potrzebowaliśmy jak Zachodu. 

Plakat Sarneckiego doczekał się niezliczonych interpretacji, powraca nie tylko przy okazji kolejnych rocznic, lecz także zawsze, gdy chodzi o wolność. Ostatnio wrócił na okładki czasopism przed jesiennymi wyborami samorządowymi. 

I pewnie wróci w tegorocznych wyborach. Pojawiał się na okładkach czasopism o tematyce LGBT+, w czasach świetności KOD przybrał twarz Mateusza Kijowskiego, w materiałach rocznicowych występował w oryginale, ale też w przeróbkach, kiedy Marcin Mroszczak stworzył przeskalowanego kowboja, który robi wielki krok nad domem partii. Jego kowboj miał wąsy – to miał być hołd dla Lecha Wałęsy. W 2009 roku Sanja Iveković strawestowała plakat Sarneckiego w pracy „Niewidzialne kobiety Solidarności” – u niej w miejsce mężczyzny pojawiła się sylwetka kobiety. 

(Fot. dzięki uprzejmości Zofii Smełki-Leszczyńskiej)

Kobiety! Zwracasz uwagę w rozprawie doktorskiej na ich nieobecność w solidarnościowej kampanii. Mnie szczególnie interesująca wydaje się historia plakatu „Tobie się uda”. 

To był plakat Komitetu Obywatelskiego w Lublinie współtworzony przez kobiety i według założeń strategów – dla kobiet, bo badania socjologiczne mówiły, że kobiety są mało zainteresowane wyborami. By przekonać je do głosowania, stworzono plakat, na którym głównym bohaterem było dziecko – wówczas jak Solidarność – dziewięcioletnie. Chłopiec patrzył w obiektyw, a na chłopca patrzyli z nadzieją mężczyźni – w domyśle ojciec i dziadek – z Solidarności i z AK. Nieobecność kobiet dotyka w tym plakacie trzech pokoleń walczących, choć to kobiety współtworzyły plakat i kobieta zrobiła stosowne badania socjologiczne. 
Stosunek do kobiet bardzo dobrze widać też na słynnych zdjęciach „drużyny Lecha”. 

To była, przypomnijmy, seria zdjęć, na których prawie wszystkich kandydatów Solidarności sfotografowano z Lechem Wałęsą. Historycy mówią, że był to pomysł godny Nobla. 

Fotografowali ich Erazm Ciołek, Jarosław Maciej Goliszewski i Jerzy Kośnik podczas trzech sesji, a i tak nie udało się zrobić zdjęć wszystkim. Adam Cherek z Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku przeprowadził wnikliwe śledztwo i okazało się, że 23 z 261 kandydatów nie miało plakatów z Wałęsą. Ja mam w zbiorach 219 plakatów z tej serii, kobiety są na 16. Na większości z tych zdjęć widać, że to Wałęsa jest szefem, a dla kandydatów jest wyróżnieniem zapozowanie obok przewodniczącego. Mężczyznom jednak podaje rękę, czasem kładzie dłoń na ramieniu – uwiarygadnia ich. Kobiety zaś tuli, obejmuje, stykają się głowami. Widoczna jest relacja bliskości i podległości. Bardzo wyraźnie widać, że kobietom przypisana jest rola pomocnic, powierniczek rewolucji – to tulenie, zagarnianie zmniejsza ich obecność nawet na obrazie. 

1989, Lublin, plakat wyborczy Solidarności (Fot. Witold Skrzypczak/REPORTER)

Dlaczego tak było? 

Wnikliwie opisała to w „Świecie bez kobiet” Agnieszka Graff. Stawia ona tezę o zwrocie patriarchalnym, którego dokonała Solidarność – przywróceniu mężczyzn na piedestał po latach hibernowania ich męskości w upokarzających zajęciach działkowców i majsterkowiczów. Na plakatach wrócili rycerze. 
Ale trzeba cały czas pamiętać, że te plakaty ze względu na to, że okazały się historyczne, podlegały potem współczesnej interpretacji. Gdy wisiały na elewacjach i słupach, emocje były inne. 

To była ostatnia kampania, w którą zaangażowali się artyści. 

Ostatnia, którą szturmowali. Potem jeszcze były plakaty sygnowane nazwiskami twórców w kampaniach samorządowej i prezydenckiej w 1990 roku. 

Dlaczego zainteresowałaś się plakatami naukowo?

Najpierw zainteresowałam się po ludzku, w taki „duchologiczny”, sentymentalny sposób. Byłam w liceum, gdy trwała kampania prezydencka 2000 roku. Startował wówczas Marian Krzaklewski i jedna z koleżanek przyniosła do szkoły jego materiały wyborcze. Polityka większość z nas mało wtedy obchodziła, ale po jakimś czasie zaczęłam się zastanawiać, co się stało z tymi długopisami, koszulkami, plakatami. Zaczęłam ich szukać na Allegro i targach staroci. Natknęłam się na wiele innych staryh plakatów, które zaczęłam kupować za grosze. Myślałam, że dowiem się czegoś o nich z jakiegoś naukowego opracowania, ale okazało się, że prawie nie ma literatury o polskich plakatach wyborczych. Kampanie są dogłębnie opracowane, ale nie pod tym kątem. Gdy wiedziałam już, że pracy, której szukam, nie ma, stwierdziłam, że albo będę siedziała na stercie plakatów i zastanawiała się, co dalej, albo ją sama napiszę. 

Zofia Smełka-Leszczyńska ze swoją kolekcją, trzyma plakat Mikołaja Chylaka (Fot. Patatof)

Co pomyślałaś, gdy dotarłaś do plakatów z kampanii 1989 roku? 

Że one są bardzo wzruszające. Przez to, że one nie są przechowywane byle gdzie, tylko w Europejskim Centrum Solidarności, w archiwach państwowych albo w Polonie, czułam, że mam do czynienia z obiektami na poły sakralnymi. Z drugiej strony były te zapomniane plakaty PZPR, śmieszne z dzisiejszego punktu widzenia. Zatem śmieszności przeciwko świętościom. 

Jaka Polska wyłania się z tych plakatów?

To akurat okazało się uniwersalne. Ustrój się zmienił, a plakaty ciągle diagnozują niedobór Polski w Polsce. Zmienia się wróg – w latach 90. na plakatach rysowano matrioszki symbolizujące Sowietów, a w 2015 roku meczety i brodatych mężczyzn mających wyobrażać uchodźców. Wspólny mianownik to poczucie, że Polska jest nieukończonym projektem, jest niekompletna albo zagrożona obcością. 
Słynny jest plakat Andrzeja Budka z flagami – nie wiem, czy wtedy był zrozumiały, ale cenią go kolekcjonerzy: oto polska flaga wynurza się z morza radzieckiej czerwoności: w pierwszym stadium jest zero procent i flaga jest cała w czerwieni, w drugim – 35 procent – nieznacznie wydostaje się ponad czerwień, i w końcu, przy 100 procentach, jest biało-czerwona. Ale jednak wciąż w połowie czerwona. To był plakat bardzo konceptualny, zagadkowy, adresowany dla elity od elity. 
Równie artystyczny był plakat Henryka Tomaszewskiego z hasłem nawiązującym do przeboju Jana Pietrzaka „Żeby Polska była Polską”: „Żeby Polska była Polską 2 + 2 musi być zawsze cztery”.
Polska jawi się w materiałach wyborczych na dwa sposoby. Albo tak jak w 1989 roku – jako arkadia, do której zmierzamy, albo jako mityczna, wielka i dzielna Polska z przeszłości. Idealna, stuprocentowa polskość jest jak dżem co drugi dzień w „Alicji w Krainie Czarów” – dżem jutro, dżem wczoraj, ale nigdy dżem dziś. Polska w plakatach jest co drugi dzień – ma świetlaną przyszłość albo piękną przeszłość, aktualnej zawsze czegoś brakuje. 

 

* Zofia Smełka-Leszczyńska (1983) – psycholożka, kulturoznawczyni, doktorantka w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego, autorka rozprawy o polskich plakatach wyborczych z lat 1989–2015. 

* Aleksandra Boćkowska – dziennikarka, współpracuje m.in. z „Vogue Polska”. Autorka książek o codzienności PRL: „To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL” i „Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL”. W maju w maju ukaże się jej książka „Można wybierać. 4 czerwca 1989”.

Aleksandra Boćkowska
Komentarze (1)

Aga Ci25.10.2020, 13:58
Mój dziadek na plakacie Tobie się uda. Dumna :)
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę