Znaleziono 0 artykułów
26.05.2019

Przyjemność smażenia jajecznicy

26.05.2019
„Paryż domowym sposobem” (Fot. materiały prasowe)

Miały milionowe zasięgi i wielki wpływ na rzeczywistość. O czasopismach lifestyle’owych z czasów PRL opowiada Agata Szydłowska, autorka książki „Paryż domowym sposobem”.

Poświęcone PRL-owskiej prasie profile zyskują ostatnio na Instagramie sporą popularność. Agata Szydłowska, historyczka projektowania, zbadała sprawę naukowo. Dzięki temu dostajemy przeciekawą (i bogato ilustrowaną) książkę „Paryż domowym sposobem. O kreowaniu życia w czasopismach PRL”, z której dowiadujemy się, jak to wszystko wyglądało od kulis. Po co władzy były niepoważne czasopisma i po jak cienkiej linie musieli stąpać redaktorzy, by nie stracić twarzy, zachować stanowisko i jeszcze dać czytelnikom gazetę z przesłaniem. W czasach przedtelewizyjnych niepoważne czasopisma odgrywały bardzo poważną rolę. 

Fragment książki „Paryż domowym sposobem” (Fot. materiały prasowe)

Co mogły czasopisma w PRL?

Mogły kreować snobizm, lansować pisarzy i ilustratorów, tworzyć hierarchie gustów. Kiedy Barbara Hoff pokazała czytelniczkom, jak zwykłą gazową chustkę zawiązać w stylu Grace Kelly, następnego dnia po ulicach miast i miasteczek defilowały dziewczyny w białych chustkach na głowie. Mogły wpływać na język. Zwroty używane w „Przekroju” – wdzianko, dieta cud, czar czterech kółek – weszły do języka potocznego. Magazyny, zwłaszcza te najbardziej popularne, jak „Przyjaciółka”, uczyły, jak żyć, jak odnaleźć się w powojennej rzeczywistości. Na prowincję przez jakiś czas wyjeżdżały „przyjaciółkobusy”, dzięki którym czytelniczki mogły się spotkać z ekipą redakcji i opowiedzieć o nurtujących je problemach. Z prowincji do Warszawy spływały tony listów – w latach 50. do „Przyjaciółki” przychodziło ich nawet 600 dziennie, do „Kobiety i Życia” – sto. 

Opisujesz w książce cztery tytuły – „Przyjaciółkę”, „Kobietę i Życie”, „Przekrój” i „Ty i Ja”. Dlaczego akurat te?

Musiałam wyznaczyć sobie jakieś ramy i najpierw określiłam czas: od lat tużpowojennych do przełomu lat 60. i 70. Dla mnie jako badaczki to są niesłychanie ciekawe lata, kiedy z jednej strony mamy odbudowę, żmudną modernizację, z drugiej – najpierw stalinizm, potem odwilż, wreszcie dekadę tzw. małej stabilizacji. To był czas najgorętszych przemian, tworzenia się – w wyniku historycznych zawirowań –społeczeństwa na nowo. Wtedy też gazety, oprócz radia, były najważniejszym medium. Telewizja raczkowała od lat 50., ale szeroką popularność zyskała dopiero w latach 70. Czasopisma, o których piszę, miały w sumie kilka milionów nakładu, docierały do jeszcze szerszej grupy czytelników. Nigdy później nie miały takiego wpływu na rzeczywistość. 

Wybrałam tytuły z różnych półek – w taki sposób, by pokazać jak najszersze spektrum społeczne. Od „Przyjaciółki”, która była najbardziej ludowa, trafiała do kobiet na wsi, przez „Kobietę i Życie” skierowaną do miejskich urzędniczek, przez „Przekrój”, który był dla aspirujących inteligentów, po elitarne, inteligenckie „Ty i Ja”. 
W 1968 roku zrezygnował z pracy w „Przekroju” jego pierwszy naczelny Marian Eile, w 1973 roku zamknięto „Ty i Ja”. Dlatego też wtedy kończę swoją historię, bo chciałam opisać czasopisma, które współegzystowały.

Fragment książki „Paryż domowym sposobem” (Fot. materiały prasowe)

„Ty i Ja” powstało później, ale pozostałe tuż po wojnie. Po co władzom były niepoważne czasopisma?

„Przekrój” powstał niejako przypadkiem – miał być wkładką do krakowskiego „Dziennika Polskiego”, co okazało się za drogie, i postanowiono redagowany przez Mariana Eilego dodatek sprzedawać osobno. Za „Kobietą i Życiem” – wydawaną początkowo jako „Moda i Życie Praktyczne” – i „Przyjaciółką” krył się propagandowy zamysł: przekonać kobiety – trzeba pamiętać, że po wojnie kobiet było więcej niż mężczyzn – do głosowania na komunistów, a potem zdobyć ich poparcie dla idei. 

O to toczyły się spory między redaktorkami a urzędnikami partyjnymi. Opisujesz narady, w których oni mówią, że pisma mają zwalczać kler, a one, że najpierw trzeba rozprawić się z brudem. 

Partia słusznie wnioskowała, że polska wieś jest bastionem katolicyzmu. Wyobrażała sobie więc, że jeśli „Przyjaciółka” będzie kler potępiać, to kobiety uwierzą jej, a nie proboszczom. Naczelna pisma Halina Koszutska dostawała jednak listy od czytelniczek zniesmaczonych atakami na Kościół. Rozumiała, że antyklerykalny dyskurs jest słuszny, ale wiedziała, że to, co mówi się w Warszawie, nie przystaje do warunków życia na wsi. Przekonywała więc partyjne biuro prasy, że trzeba działać odwrotnie – sławojki zastępować ubikacjami, uczyć, a oświecone kobiety same zrozumieją, że Kościół nie jest potrzebny. Mówiła, że brud i sławojki wspierają władzę kleru. Postulowała nawet, że trzeba dać kobietom władzę, wtedy nie będą słuchały proboszcza. Nie dlatego, że była antysystemowa, tylko dlatego, że znała swoje czytelniczki. To zresztą charakterystyczne – partia poprzez pisma dla kobiet chciała mieć na nie wpływ, ale nie działało to w drugą stronę. Redakcje tworzyły biuletyny z listów od czytelniczek, ale pozostawały one niestety bez echa.

Lawirował też „Przekrój”. Partyjną daninę spłacał „antyimperiałkami”. Co to było? 

W redakcji tak nazywano drobne formy, w których krytykowano mniej lub bardziej żartobliwie Stany Zjednoczone, plan Marshalla, słowem – amerykański imperializm. Mieściły się w tym paszkwile na coca-colę i komiksowy cykl o Auguście Bęc-Walskim, w którym w niewybrednych żartach atakowano bezetów, czyli dawnych ziemian. To były w stalinizmie treści obowiązujące, Eile musiał to publikować, jeśli chciał kierować tygodnikiem. Z dzisiejszej perspektywy widać, że udało mu się przynajmniej uniknąć socrealistycznych form. Na łamach „Przekroju” debiutowali wówczas ilustratorzy – Zbigniew Lengren i Daniel Mróz. Rysowali „antyimperiałki”, ale plastycznie w dobrym guście.

Plastycznie chyba te czasopisma były w dobrym guście.

Trudno to dziś jednoznacznie oceniać. „Kobieta i Życie” oraz „Przyjaciółka” dzisiaj wyglądają bardziej jak gazety niż kolorowe magazyny. Pod względem składu były bardzo ubogie, ale także tam publikowali wybitni ilustratorzy, a okładkowe zdjęcia robiły świetne fotografki. Szata graficzna „Ty i Ja” wyglądała natomiast jak młodsza siostra polskiej szkoły plakatu. Pierwszym dyrektorem artystycznym magazynu był zresztą Roman Cieślewicz, który w 1963 roku wyjechał do Paryża i zrobił tam karierę. Zaprojektował pismo z niesamowitym rozmachem – każda rozkładówka była tam odrębną kompozycją graficzną, zdarzały się takie, gdzie były tylko skromna typografia i jedno zdjęcie. Luksus dla twórców i dla czytelników. W „Przekroju” w tym czasie ścieśniano materiały, bo z powodu ograniczenia papieru trzeba było zmieścić wszystko na 18 stronach zamiast 24. 

Fragment książki „Paryż domowym sposobem” (Fot. materiały prasowe)

„Ty i Ja” sprawia wrażenie, jakby w ogóle ukazywało się poza socjalizmem. Żadnych partyjnych wstawek, tylko literatura, plastyka, moda, kuchnia i grafika z rozmachem. 

A jednak borykali się z rzeczywistością. Po jednym z materiałów, o snobizmie na wernisażach, stanowisko stracił naczelny, bo w partii nie spodobał się dobór osób na zdjęciach. Kiedy dziś śledzimy tę historię, możemy domyślać się, że chodziło o jego żydowskie pochodzenie, w 1963 roku nikt jeszcze tego nie podejrzewał. Mieli bez przerwy kłopoty z papierem, jednak jakoś działali – być może paradoksalnie pomagało im to, że byli w gruncie rzeczy niszowi. Ukazywali się w nakładzie kilkudziesięciu tysięcy egzemplarzy – kropla wobec milionowych nakładów konkurencji. 

Rzeczywiście nie było tam żadnych materiałów związanych z polityką, to było czasopismo eksperckie – artykuły o zwierzętach podpisywał weterynarz, o zdrowiu – lekarz, o plastyce pisali historycy sztuki, porady o wnętrzach dawał architekt. Choć była też rubryka Felicji Uniechowskiej, która prezentowała mieszkania zaprzyjaźnionych artystów. Było jasne, że to ciekawostka, a nie porada – próby podrobienia ich stylu, jak podkreślała autorka, byłyby pretensjonalne. Czytelnicy to rozumieli. Skarżyli się natomiast, że przepisy kulinarne nie przystają do rzeczywistości.

Dlaczego? 

Tadeusz Żakiej ukrywający się pod pseudonimami Maria Lemnis i Henryk Vitry proponował dania w rodzaju wczasowy Lukullus. Efektowne nazwy kłuły w oczy, choć przepisy były banalne – żeby zrobić wczasowego Lukullusa, trzeba było podsmażyć na maśle kapustę, kwaśne jabłka, niezbyt dojrzałe śliwki, cebulę i pomidory. Następnie podać z kartoflami. 

Trudno przypuszczać, że czytelników raziły składniki, raczej chodziło im o nazwy, które opakowywały przaśność w aurę światowości i luksusu.

Jaki obraz Polki wyłania się z PRL-owskich czasopism?

O tym trzeba czytać między wierszami, bo w warstwie podstawowej czasopisma zajmowały się tworzeniem modelu idealnej Polki. Wydaje się, że bardziej niż ideologia obchodziły ją pragmatyczne sprawy. 

Uprawiała seks?

Do odwilży w prasie nie było o tym mowy. Czytelniczki pisały o tym, że są bite przez mężów, a redakcje zalecały, by jakoś się dogadać. Stalinizm, jeśli chodzi o kwestie obyczajowe, był bardzo konserwatywny, spójny w tych sprawach z Kościołem. Kobiety nie tylko miały dbać o trwałość rodziny, ale na ich barkach spoczywała też odpowiedzialność za pijaństwo mężczyzn. Pijaństwo – tak wtedy nazywano alkoholizm – było problemem z domeny moralności, a nie zdrowia, i rolą kobiety była troska, by dla dobra rodziny utrzymywać mężczyzn w trzeźwości. Dopiero w drugiej połowie lat 50. pojawiły się artykuły o – jak to eufemistycznie nazywano – świadomym macierzyństwie. W 1956 roku weszła w życie ustawa o dopuszczalności przerywania ciąży, która pozwalała na aborcję z powodu trudnych warunków społecznych. Wtedy dopiero zaczęto pisać o seksie. Najbardziej progresywny był oczywiście magazyn „Ty i Ja”, gdzie ukazał się na przykład artykuł o tym, że oziębłość kobiety może wynikać z tego, że mężczyzna nie dość dba o partnerkę. W „Przekroju” nie do pomyślenia – Marian Eile był niesłychanie pruderyjny.

Na okładce twojej książki pan całuje panią w rękę – to odwołanie do cmoknonsensu, przekrojowej akcji zwalczania tego niemądrego zwyczaju. 

Akcję zaczęła Janina Ipohorska, najważniejsza współpracowniczka Eilego. O tym, jak się skończyła, opowiadał wieloletni sekretarz redakcji Andrzej Klominek. Walka została przegrana za czasów Gierka, a ostatecznie w czasach Jaruzelskiego, który całował w rękę wszystkie napotkane działaczki. Klominek półżartem pisał: Ilekroć widziałem w telewizji te generalskie całuski, myślałem, że tak oto historia Polski demokratyczno-ludowo-socjalistycznej, która zaczynała się od walki z feudalno-burżuazyjnym cmoknonsensem, zatacza pełny krąg, a więc chyba dobiega końca. Trudno powiedzieć, czy za kampanią Ipohorskiej stała motywacja związana z prawami kobiet i jakkolwiek pojętym feminizmem – dzisiaj mamy tendencję do interpretowania tego zwyczaju jako reliktu patriarchatu. Być może chodziło tu głównie o kwestie smaku i rugowania przestarzałych, wąsatych obyczajów. Jednak z całą pewnością można powiedzieć, że Ipohorska była niezwykle progresywna, jeśli chodzi o kwestię równości płci. Z dzisiejszej perspektywy widzimy, że równolegle z powracaniem cmoknonsensu do łask PRL żegnał się z głoszonymi niegdyś hasłami o emancypacji. Oczywiście w wydaniu stalinowskim dotyczyły one przede wszystkim aktywizacji kobiet jako działaczek i robotnic, lecz później przyniosły chociażby legalizację aborcji. Można więc powiedzieć, że ta sama konserwatywna fala przyniosła nam powrót cmoknonsensu i ograniczanie praw kobiet. 

Czasopisma kreowały mody, a więc i konsumpcję. Jak wielka była przepaść między tym, co proponowały luksusowe „Ty i Ja” i ludowa „Przyjaciółka”? 

Nie było wielkiej przepaści. One wszystkie opowiadały więcej o niedoborze niż o zbytku. Wprawdzie „Ty i Ja” pozwalało sobie na rubrykę o niedostępnych wnętrzach i modzie paryskiej, lecz trendy często przekładało na porady, jak uszyć sobie modne stroje w domu. W czasach odwilży nowością było, że w ogóle można zajmować się prywatnością, bo wcześniej jednostka miała podporządkowywać się kolektywowi, zajmować odbudową kraju, a nie budową relacji czy osobistymi przyjemnościami. W którymś momencie w „Przekroju” opublikowano relację z fabryki garnków, w której dziennikarz pisze, że życie składa się również z drobnych spraw. Przyjemność, która wynika ze smażenia jajecznicy na patelni posiadającej uchwyt nieparzący palców, też zajmuje w hierarchii spraw życiowych jakieś miejsce. To była rewolucja, że nagle można mówić w taki sposób o błahych potrzebach.

Podpis

I marzyć o Paryżu, choćby domowym sposobem. 

Agnieszka Osiecka napisała, że Paryż był w PRL tzw. dozwolonym Zachodem. Bo była tam silna partia komunistyczna, z komunizmem flirtowali uznani artyści, np. Picasso, polskie rządy utrzymywały z Francją poprawne stosunki. Ale też twórcy czasopism byli po prostu Paryżem zachwyceni. Po wojnie to, co najważniejsze w kulturze, awangardzie, działo się już w Nowym Jorku, oni jednak wciąż kochali Paryż. Paryż był synonimem światowości, elegancji, szyku. Wystarczyło napisać, że płaszczyk ma paryski krój, żeby było jasne, że jest modny. 

Barbara Hoff w „Przekroju” opisywała, co jest modne na wybiegach w Paryżu, i podpowiadała sposoby, jak stare ubrania przerobić na nowe. W „Kobiecie i Życiu” trzeba było fotografować modele, tak by widać było szwy – dla ułatwienia czytelniczkom, które ze wzorem pobiegną do krawcowej. 

Bo czytelniczki też tęskniły za wielkim światem?

W jakimś sensie pewnie tak, każda, z każdego pokolenia, na swój sposób. Wielkim światem mogła być przedwojenna Warszawa, jeśli któraś ją pamiętała i miała szansę poznać jej eleganckie oblicze, mógł być współczesny Paryż lub Londyn. W 1957 roku „Przekrój” zorganizował akcję nalepkową. Wydrukowali nalepki hotelowe i lotnicze, zalecając czytelnikom, by wycięli je i nakleili na walizki. Przynajmniej wasza walizeczka na trasie Tarnów–Bydgoszcz nie będzie miała takiego smutnego wyglądu – pisano. To był oczywiście żart, performance, ale pokazuje olbrzymią tęsknotę za zewnętrznymi, materialnymi oznakami dobrobytu i możliwością swobodnego, samodzielnego poznawania świata. Póki co czytelnicy musieli go poznawać za pośrednictwem magazynów i ich obytych redaktorek i redaktorów. 

* Agata Szydłowska, „Paryż domowym sposobem. O kreowaniu życia w czasopismach PRL”, Muza 2019

* Agata Szydłowska – historyczka projektowania, wykładowczyni w Katedrze Historii i Teorii Designu na Wydziale Wzornictwa warszawskiej ASP. Absolwentka historii sztuki na UW i Szkoły Nauk Społecznych przy Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, doktorka etnologii. Kuratorka wystaw, autorka książek, m.in. „Od solidarycy do TypoPolo. Typografia a tożsamości zbiorowe w Polsce po roku 1989”. 

 

Aleksandra Boćkowska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę