Znaleziono 0 artykułów
10.07.2021

Demontaż atrakcji. „Czarna Wdowa”

10.07.2021
(Fot. materiały prasowe)

„Czarną Wdowę” przyjemnie się ogląda. Może dlatego, że dawno nie było premiery superbohaterskiego kina? Produkcja Marvela przypomina rodzaj filmów, które przed pandemią stanowiły codzienną karmę. To dowód istnienia świata, w jakim liczyły się nieważne dziś sprawy. Uśmiecham się do tego stanu i cieszę się, że nie ma do niego powrotu. Widać tu chęci zmiany, remont fasady, ale wewnątrz to wciąż ten sam, stary chłopacki Marvel. Na prawdziwą odnowę trzeba jeszcze poczekać.

Miewamy w domach najdziwniejszych domowników. Ktoś hodował w mieszkaniu koguta, ktoś jeża, a pewien człowiek z Bronksu – tygrysa i krokodyla. Najczęściej weterynarze wzywani są wcale nie po to, by zdjąć z drzewa biednego kotka, lecz by schwytać węże albo pająki, które uciekły z terrarium. Znajomy zwierzęcy ratownik opowiadał o gościu, który wypuszczał sobie na ramię czarną wdowę – pająka, który gdy znajdzie się w niebezpieczeństwie i do tego jest samicą, staje się jednym z bardziej jadowitych na świecie. Właściciel ufał, że pupilka nic mu nie zrobi, choć czarna wdowa znana jest z tego, że wyczuwa najmniejsze zmiany tętna i temperatury. Widać był bardzo zrelaksowany, skoro go nie zaatakowała. Pewnego dnia zniknęła, szukała zapewne większych wrażeń. Rozumiem ją, bo cóż to za satysfakcja trzymać takiego pod pantoflem.

(Fot. materiały prasowe)

Rzeczona pajęczyca to postać znana z komiksów Stana Lee od 1964 roku. Rosjanka z KGB, członkini Avengersów i antagonistka Iron Mana reprezentuje także S.H.I.E.L.D. (po polsku T.A.R.C.Z.Ę.), czyli Tajną Agencję Rozwoju Cybernetycznych Zastosowań Antyterrorystycznych. Najwyraźniej właśnie tą wątpliwą organizacją musiał być zafascynowany ktoś, kto wymyślił nazwę komórki Ministerstwa Obrony Narodowej brzmiącą równie wiarygodnie: Siły Obrony Cyberprzestrzeni Rzeczypospolitej Polskiej, a także hasło: „Dziś klawiatura może być bardzo skuteczną bronią”. Już widzę, jak ruda superbohaterka wali kogoś klawiaturą po głowie.

Zanim przyszłe żołnierki wstąpią w szeregi wojsk obrony polskiego internetu, koniecznie powinny się bawić lalkami przystosowanymi do zadań specjalnych. W sukurs troskliwym rodzicom przychodzi firma Mattel, produkując Barbie w wersji Czarna Wdowa – z twarzy podobnej do Scarlett Johansson, a w reszcie ciała identycznej z kobietą gumą, która, jak wiemy, zbyt łatwo robi szpagaty. Barbie Czarna Wdowa ma biały lub czarny kombinezon z bronią przypiętą do paska, kozaki na koturnie, a w dłoni trzyma pałki. Outfit nieco oldskulowy, lecz przez to na czasie. Lalka – niestety – nie jest w stanie zrobić pozy pajęczycy gotowej do skoku, z której znana jest jej bohaterka: klęku na jednym kolanie, z nogą z boku, dłonią na ziemi i drugą w górze. Ale może dać przyszłym czarnym wdowom posmak tego, co czeka je w cyberkoszarach.

A czeka je być może to samo, co Czarną Wdowę w 2010 roku. Gdy po raz pierwszy pojawiła się w ekranowym uniwersum Marvela (w „Iron Manie 2” zagrała ją Scarlett Johansson), była niewiele więcej niż obiektem pożądania. Owszem, miała osiągnięcia, ale najważniejsze było to, że ma wydatny biust, sterczącą pupę, burzę loków, a więc jest młodą, seksowną potencjalną ofiarą męskiego spojrzenia. Nie tak pajęczyca zdobywa swe ofiary, ktoś zapomniał, że Czarna Wdowa to nie femme fatale ani też modliszka. W tle podkreślano trudne dzieciństwo w ZSRR, które zawiodło ją do bezlitosnego zachodniego świata, wątek typowy w portretach prostytutek czy dzisiejszych seksworkerek ze Wschodu.

„Czarna Wdowa” wchodzi na ekrany kin z ponadrocznym opóźnieniem. Mogła powstać już dekadę temu, ale dobrze, że tak się nie stało. Po drodze wydarzyło się #MeToo, więcej mamy silnych kobiecych postaci w rolach głównych. Dzięki temu „Czarna Wdowa” jest opowieścią o bohaterce wyrwanej z okowów męskiego pożądania, a właściwie o dwóch kobietach, czyli wątku ulubionym przez dzisiejsze kino – o siostrzeństwie.

(Fot. materiały prasowe)

Zaczyna się nieswojo. Jest połowa lat 90. Odmłodzeni komputerowo Rachel Weisz z i David Harbour wychowują dwie małoletnie córki na farmie w Ohio – przebrani za normalną rodzinę udają szczęśliwe stadło. Kompletnie nie wierzy się w ten świat i właśnie o to chodzi, bo sen zaraz pryska i zaczyna się wojna. Członkowie familii odlatują samolotem, ojciec wisi na skrzydle, za sterem zasiada córka. Ledwie unoszą się ponad ląd amerykański, a już zaczynają mówić po rosyjsku – ot i absurd, w który uwierzą tylko fani Avengersów znający na pamięć tutejszą  mitologię. Wiedzą, że krasiwyje diewoczki: Natasha, Yelena, Oksana, Melina i mołodiec Alexei to Rosjanie, choć grają ich hollywoodzkie gwiazdy.

Zwłaszcza David Harbour pasuje tu jak ulał, bo ledwo co widzieliśmy go, jak machał łopatą w łagrze jako zapowiedź czwartego sezonu „Stranger Things”, którego akcja ma się toczyć właśnie we wrogiej Rosji. Wszystko, co złe, wiąże się zawsze z ojczyzną Władimira Putina, co blockbustery Wuja Sama eksploatują ostatnio do niemożliwości. Nie polemizuję, tylko po prostu się nudzę. Może czas użyć dla urozmaicenia uniwersum Viktora Orbána albo Recepa Tayyipa Erdoğana?

Skoro jednak już muszą to być Moskale, szkoda, że nie obsadzono rosyjskojęzycznych aktorów. W epizodzie pojawia się tylko Olga Kurylenko – tym razem nie jako dziewczyna Bonda, ale ofiara przemocy, lecz ona akurat nie ma nic do powiedzenia, bo jest robotem do wytępienia szczurów. „Najlepsze dziewczyny pochodzą przecież z recyklingu” – mówi Dreykov, jej ojciec (Ray Winstone). Program Czerwony Pokój, do którego ma nas zawieść akcja, jest miejscem tresury dziewczynek wybranych ze względu na potencjał zawarty w genach, a więc porwanych już w niemowlęctwie i wcielonych do przyszłej armii czarnych wdów, które jak mechaniczni mordercy – terminatorzy – mają pomóc uzyskać władzę nad światem. Otoczony żeńską armią Dreykov ma też własną blokadę feromonową, która odstrasza przeciwnika, zaznacza dominację oraz gotowość do reprodukcji. Przez to kobieta nie może go zaatakować. Cóż za dotkliwy symbol patriarchatu odpornego na feminizm. Nawet w superbohaterskim filmie o silnej kobiecie znajdą się stereotypowi faceci – nie do ruszenia niczym wschodni dyktatorzy.

(Fot. materiały prasowe)

Skoro do filmu o rosyjskich służbach nie zatrudniono słowiańskich aktorów, siostry, które odnajdują się po latach, są odgrywane przez Amerykankę Scarlett Johansson i Brytyjkę Florence Pugh. Pierwsza, kompletnie zamerykanizowana, rzuca w ojczystej mowie tylko pojedyncze słowa. „Maja malenkaja siestra” – szepcze z czułością, bo chyba w żadnym języku nie ma lepszych zdrobnień niż po rosyjsku. „Wsjo budjet charaszo” – głaszcze ją po głowie niczym babuszka w kwiecistej chuście. Swoją drogą, skoro francuski to język seksu, niemiecki wojny, angielski biznesu, to czemu by nie ustanowić rosyjskiego jako gwary bliskości? Niech mówią nią wszyscy, niezależnie od umiejętności.

Yelena Belova cały czas mówi po angielsku z rosyjskim akcentem, co daje efekt Borata, ale Pugh idzie na całość, gra to bez żenady. Siostry przekomarzają się, siłują, młodsza parodiuje starszą jako pozerkę – swary służą temu, by dogadały się na wspólną akcję. Owszem, miło popatrzeć, jak we dwie piją z gwinta, uciekają razem na motorze, ścigają się w liczbie wychylonych setek wódki, ślizgają się po dachach i sieją zniszczenie.

Choć taka wersja siostrzeństwa tak naprawdę jest przebranym w damskie ciuszki bromansem o dwóch facetach, którzy trykają się rogami, dogryzając sobie oraz dowcipkując. Biją się do upadłego, ale w efekcie żadnemu z nich nie dzieje się nic złego. Ten schemat męskiej przyjaźni zostaje sztucznie zaimplementowany na gruncie siostrzeństwa. Jedyny gest, który rozpoznaję z kontaktów między kobietami, to oferowanie sobie nawzajem ważnych czerwonych ampułek. Wszystkie wiemy, co zawierają: kolagen, witaminę C lub kwasy odmładzające, a nie żaden syntetyczny gaz, który chroni przed manipulacją psychologiczną z zewnątrz. Takie mydlenie oczu to chyba tylko dla męskich widzów.

Zmieniono obecną w komiksie relację między Natashą a Alexeiem. Chyba nic dziwnego, że przy takiej różnicy wieku nie mogą być już parą – teraz ona prezentowana jest jako jego córka, a film służy wyjaśnieniu traumy bohaterki i jej kompleksu Elektry. Nie spodziewajmy się jednak meandrów psychologii, pamiętajmy, że to wciąż świat komiksów Marvela. Więcej niż o problemach i pragnieniach wojowniczki dowiemy się o kompleksach i blokadach jej ojca. Zamiast otrzymać od niego wdzięczność i szacunek, że brawurowo wyciągnęła go z gułagu, córka musi słuchać jego narzekań, że mógłby być bardziej znany niż Kapitan Ameryka, gdyby to za nim, krasnoarmiejcem, superbohaterem ZSRR stanęła racja Historii. W tych przepełnionych nostalgią radzieckich wątkach przebrzmiewa echo zimnej wojny. Przypomina się, że to wtedy Stan Lee tworzył swoje uniwersum i ówczesna polityka musiała się w nim odbijać.

(Fot. materiały prasowe)

Klimat dawnej, minionej, nigdy niebyłej, a jednak odtwarzanej wciąż na nowo domowości jest zresztą chętnie przywoływany w kolejnych częściach Avengersów, gdyż te kameralne fragmenty wyciszają akcję między pościgami, wybuchami, walkami, a także po prostu ocieplają atmosferę. Znajome twarze uchwycone w zwykłych sytuacjach to ulubiony zabieg twórców Marvela, którzy sadzają wszystkich przy stole, byśmy choć przez chwilę mogli się zidentyfikować z superbohaterami.

Znamy to dobrze: w rodzinnym domu każdy znów wchodzi w swoją przeszłą rolę, nawet jeśli już mu ona nie pasuje. Zjazd rodzinny jest rozczarowaniem: to ma być matka, ojciec, rodzeństwo? Nie tak przecież chcielibyśmy ich sobie wyobrażać. A jednak rodzina – nawet jeśli nieprawdziwa i niewystarczająca – uczy zgody na to, że jest inaczej, niżby się chciało. Dlatego Natasha, Yelena, Melina  i Alexei, którzy zdejmują zbroje, jedzą obiad i karcą dzieci, aby się nie garbiły, dają posmak realności, choć przecież pamiętamy, że tylko udawali rodzinę tak jak tygrys, wąż, jeż i krokodyl udają zwierzęta domowe.

Piosenka, która uruchamia wspólną przeszłość Romanowów niczym proustowska magdalenka, to „American Pie”, przebój Dana McLeana, który upamiętniał śmierć w wypadku samolotowym trzech wybitnych muzyków wczesnej epoki rock and rolla: Buddy Holly’ego, Ritchie Valensa i The Big Boppera. „Dzień, w którym umarła muzyka” zmienia się tu w rodzaj przepowiedni: kto z czwórki bohaterów przeżyje, a kto umrze. Młodsza Jelena nuci przekornie: „This’ll be the day that I die/ This’ll be the day that I die”, choć śmierci życzymy raczej jej matce Melinie, złowrogiej naukowczyni na usługach reżimu, którą można by nazwać stwórczynią legionu czarnych wdów obecnych na całym globie. Ojcu się wybaczy, matka zostaje obwiniona, a więc kompleks Elektry nie zostaje przełamany. Za to czarne wdowy – sterowane żołnierki odzyskują świadomość i stają po stronie sióstr, chętnie przechodząc na jasną stronę mocy. W tej łatwej przemianie ampułki z czerwoną substancją nie są bez znaczenia.

„Czarną Wdowę” przyjemnie się ogląda mimo wielu kuriozalnych rozwiązań. Może dlatego, że tak dawno nie było premiery superbohaterskiego kina? Produkcja Marvela nie ruszy z ziemi posad świata, nie jest też oznaką kobiecej rewolucji. Cate Shortland, która ją wyreżyserowała, stała wcześniej za ekranizacjami powieści: „Lore”, „Salto”, „Syndrom berliński”. Zastąpiła tu Chloé Zhao, która jednak wybrała inną produkcję Marvela, „Eternalsów”. Jednak samo obsadzenie kobiet na fotelach reżyserów komiksowego imperium nie sprawi, że ten świat stanie się nagle równościowy i inkluzywny. Nie uczyni tego również poświęcenie osobnej serii czarnej wdowie ani ustanowienie pozornego siostrzeństwa głównym tematem filmu. Widać tu chęci zmiany, remont fasady, ale wewnątrz to wciąż ten sam, stary chłopacki Marvel.

Choć tak usilnie chce być na czasie, „Czarna Wdowa” przypomina rodzaj filmów, które były naszą codzienną karmą przed pandemią. Ogląda się go jako dowód istnienia świata, który dawno się skończył, w jakim liczyły się jakieś nieważne dzisiaj sprawy. Oczywiście, wciąż można patrzeć na niego jak na rozrywkę z niedawnej przeszłości, ale trudno nie dostrzec, że to dzieło zajęte samo sobą, z siebie zadowolone. Uśmiecham się do tego stanu i w sumie cieszę się, że nie ma do niego powrotu. Na prawdziwą odnowę trzeba jeszcze poczekać.

Adriana Prodeus
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę