Znaleziono 0 artykułów
20.08.2018

Kapcie

Ilona Wiśniewska i Birger Amundsen (fot. Filip Springer)

Wieczorem Ilona zrobiła zdjęcie swoich stóp wsuniętych w domowe kapcie Bigera. Spędziła w jego domu kilka dni. Obcy dom stał się jej schronieniem szybciej niż przypuszczała. Wydało jej się dziwne, że tak po prostu stąd odjedzie.

Birger

Nadal nie wie, dlaczego to zrobił. Przecież do redakcji przychodziło sporo listów. Odbierała je sekretarka. Przekazywała dziennikarzom albo sama odpisywała. O większości z nich Birger nie miał pojęcia. Kierował „Svalbardposten” już dłużej niż wcześniej planował. Zbyt wiele miał na głowie, by zajmować się bieżącą korespondencją. Ale tamten list był inny. Nikt nie umiał na niego odpowiedzieć. Dlatego trafił do komputera Birgera. 

A teraz siedział w samochodzie i jechał na lotnisko. 

(Fot. Filip Springer)

Pisała kobieta, której nazwiska Birger nie próbował nawet wymówić. Pochodziła z Polski. Znał Polaków z czasów, gdy mieszkał w stacji badawczej na północy wyspy. Już jako dziennikarz odwiedzał też Polską Stację Polarną w Hornsundzie w latach osiemdziesiątych. Polscy polarnicy i naukowcy. Uśmiechnął się pod nosem na wspomnienie spędzonych z nimi wieczorów. Polka pisała, że przyjeżdża na Svalbard. W tym jednak jeszcze nic dziwnego nie było. Co roku przewijają się przecież przez wyspę tysiące turystów. Ona jednak pytała o pewien konkretny dom stojący w centrum Longyearbyen. Birger nie miał o nim zielonego pojęcia. 

(Fot. Filip Springer)

Być może dlatego pojechał na lotnisko. Chciał pomóc. Albo dowiedzieć się, o co chodzi z tym domem.

(Fot. Filip Springer)

Przyjechała z jednym plecakiem. Terminal w Longyearbyen jest wielkości większego dworca autobusowego, więc znaleźli się z łatwością. Była ładna, stwierdził w duchu. Po drodze dużo mówiła. Zawsze chciała to miejsce odwiedzić. Nie, wcześniej była tylko w Norwegii. Ale odkąd pamięta, ciągnęło ją na północ. Do zimnego. Źle znosi upały.

Birger też. 

Stanęli pod hostelem w centrum miasteczka. Birger wyciągnął plecak z bagażnika i wniósł do środka. Był ciężki, więc po formalnościach w recepcji zaoferował się, że odniesie go aż do pokoju kobiety. Stanęli przed drzwiami, zgrzytnął klucz w zamku, otworzyła. Na jednym z łóżek w dość obskurnym wnętrzu leżał facet. Birger pomyślał, że zaszła pomyłka. Może dali jej zły klucz w recepcji? Gdy powiedział to na głos, uśmiechnęła się. 

 – To hostel, wynajęłam łóżko w pokoju kilkuosobowym, bo tak jest taniej – wyjaśniła.

Nie miał pojęcia, że w Longyearbyen są takie miejsca. 

Podziękowała mu, uścisnęli sobie dłonie. 

(Fot. Filip Springer)

Po powrocie do redakcji pomyślał, że zaproponuje jej wycieczkę łódką po fiordzie. Mówiła, że w Polsce zajmowała się fotografią. Miała ze sobą całkiem dobry aparat. Z wody lepiej widać. Zadzwonił dzień później.
– A potem możemy coś zjeść – rzucił na koniec rozmowy. Zgodziła się pod warunkiem, że w podzięce za wycieczkę sama ugotuje. 
– Ale nie mam kuchni – powiedziała.
– Może być u mnie – zaoferował. 
Zrobiła makaron z pesto. Birgerowi smakowało. Potem siedzieli przed telewizorem i oglądali jakiś idiotyczny film w telewizji. On w swoim fotelu, ona na sofie. 
Kilka dni później wyjeżdżał do Norwegii. Zadzwonił do niej. 
– Jeśli chcesz, możesz zamieszkać w moim domu – powiedział. – Ten hostel jest paskudny. I tak wyjedziesz przed moim powrotem – dodał, żeby oczyścić rozmowę z cienia podtekstu.
Odmówiła. Przyjął odmowę. Zadzwoniła po kilku godzinach.
– Jeśli to nadal aktualne, z chęcią skorzystam.
 

Ilona

(Fot. Filip Springer)

Coś przecież musiała w tym liście napisać. Planowała spędzić w Longyearbyen dziesięć dni. Nie znała tam nikogo, a już rzut oka na mapę wystarczał, by wiedzieć, że nie za dużo się tam da zwiedzić. Nie jechała zresztą zwiedzać. Była świeżo po rozstaniu z mężem. Spitsbergen miał być resetem. Chciała się zastanowić, co dalej. Tamten dom w Longyearbyen widziała na jednej z kamer internetowych z wyspy. Wchodziła na tę stronę codziennie, żeby trochę uwolnić myśli od pracy, która ją bezbrzeżnie nudziła. Przed wyjazdem pomyślała, że napisze do lokalnej redakcji. Zagai o coś konkretnego. Złapie kontakt, a może dzięki temu uda wyskoczyć się z kimś z redakcji na kawę. Dom miał być tylko pretekstem. Nie liczyła na wiele. A już na pewno nie na to, że ktoś będzie na nią czekał na lotnisku. 

Ilona Wiśniewska i Birger Amundsen (Fot. Filip Springer)

Zdziwiła się, gdy redaktor naczelny „Svalbardposten” zaoferował, że po nią przyjedzie. Poznała go z daleka. Widziała jego fotografię w internecie. Był dużo starszy od niej, wysoki, z krótko przystrzyżoną brodą. Mówił krótkimi, zwięzłymi zdaniami, płynną angielszczyzną z chropowatym, norweskim akcentem.

W hostelu zdziwił się, że w jej pokoju ktoś już mieszka. Dzień później zadzwonił zapytać, czy wszystko w porządku. Zaproponował wyprawę łódką. Chciała się jakoś odwdzięczyć. Makaron z pesto, trochę obciach, ale była pewna, że tego przepisu nie zepsuje. Poza tym w tamtym czasie była radykalną wegetarianką, nie jadła nawet ryb. No i co można zepsuć w makaronie z pesto.

(Fot. Filip Springer)
(Fot. Filip Springer)

Mieszkał sam w bardzo dużym domu. Gdy weszła do środka, zobaczyła tylko papiery. Leżały wszędzie. Książki (na grzbietach niektórych było jego nazwisko), gazety, dokumenty albo po prostu skoroszyty z zapiskami. Nie posprzątał na jej przyjście. To dobrze. Rozglądała się po wnętrzu, próbując w tym natłoku znaleźć miejsce, w którym mogłaby usiąść. Mieszkanie było służbowe, wyjaśnił, urządził je poprzedni redaktor naczelny. Jemu odpowiadało, tłumaczył, choć ta sofa, jak się jej przyjrzeć, rzeczywiście okropna.

Zjedli makaron, potem włączyli jakiś film. Siedziała na tej obrzydliwej sofie z podciągniętymi nogami. Walczyła z opadającymi powiekami i przemożnym pragnieniem, by się na niej położyć. Kątem oka obserwowała Birgera. Siedział na swoim krześle zapatrzony w ekran. Tak naturalnie i zwyczajnie, jakby jej obecność niczego nie zmieniała w mikrokosmosie, który tu wokół siebie stworzył. 

(Fot. Filip Springer)

Gdy zadzwonił kilka dni później, wyczuła w jego głosie niepewność. Mówił, że wyjeżdża na urodziny ojca, więc dom będzie wolny. Że jeśli by chciała... Odmówiła. Wydało jej się to dziwne. Nadmiarowe. I tak dość pomógł. Gdy się rozłączyli, poczuła, że popełniła błąd. Nawet okropna sofa w domu zasypanym lawiną papieru była lepsza od pokoju, który dzieliła z kilkorgiem backpackersów. 

Birgera już nie było, gdy przekroczyła próg jego domu ponownie. Zostawił klucz pod wycieraczką, przez telefon wyjaśnił kilka rzeczy i wyjechał. Chodziła boso po pustym mieszkaniu. Przyglądała się książkom na półkach, pamiątkom z podróży, czarno-białym zdjęciom z jego młodości. Wyobrażała sobie Birgera, patrząc na ślady jego życia odciśnięte w tym domu. To było życie pełne przygód, tego była pewna. Na Spitsbergen trafił w 2005 roku, chwilę po rozwodzie. Dla niego był to jednak powrót do domu. Związał się z wyspą już w latach siedemdziesiątych. 

(Fot. Filip Springer)
(Fot. Filip Springer)

Wieczorem wypiła kieliszek wina i zrobiła zdjęcie swoich stóp wsuniętych w jego domowe kapcie. Z okna padało miękkie światło późnego svalbaardzkiego lata. 

Spędziła w domu obcego mężczyzny kilka następnych dni. Gapiła się na morze. Wychodziła tylko po jedzenie. Obcy dom stał się jej schronieniem szybciej, niż przypuszczała. Opuściła go, zgodnie z umową, zanim Birger wrócił z Norwegii. Zatrzasnęła drzwi, klucz schowała pod wycieraczką, tak jak prosił. Spojrzała na pusty podjazd i leżącą pod domem stertę kamieni.  Wydało jej się dziwne, że teraz tak po prostu stąd odjedzie. Jutro wsiądzie do samolotu i odleci do Polski. 

 

Birger

Wiedział, że gdy on wróci, jej już tam nie będzie. Jadąc z lotniska do domu, zastanawiał się nad zdjęciem, które przysłała mu kilka dni wcześniej razem z życzeniami urodzinowymi dla ojca. Powoli, nieco okrężną drogą, toczył się uliczkami Longyearbyen. W końcu zajechał pod dom. 

Na podjeździe zobaczył ułożony z kamieni, koślawy napis po norwesku:

VELKOMMEN HJEM, BIRGER.

Rok później mieszkali już razem. 

 

Ilona Wiśniewska jest fotografką i reporterką, autorką książek „Białe”, „Hen” i „Lud” (premiera 5 września). Jej mąż Birger Amundsen to norweski dziennikarz i fotograf, były redaktor naczelny „Svalbardposten”. Razem mieszkali na Spitsbergenie, Lofotach i w norweskim Tromsø. Niedawno na jakiś czas osiedli w Sopocie. 

 

Filip Springer
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę