Znaleziono 0 artykułów
19.07.2019

Nominacje do Emmy 2019: Niespodzianki, rozczarowania i zachwyty

Kadr z serialu "Bodyguard" (Fot. Materiały prasowe)

Do najważniejszych nagród telewizyjnych zgłoszono w tym roku 165 produkcji dramatycznych, 108 komediowych i 35 miniseriali. Lato poświęcamy więc na maraton serii telewizyjnych. Które pozycje warto nadrobić przed galą Emmy, która odbędzie się już dzisiaj?  

Nominowane do Emmy za najlepszy serial dramatyczny „Pose” rozpoczyna scena spektakularnej kradzieży. Elektra Abundance (Dominique Jackson) ze swoimi przybranymi dziećmi rabuje muzealną wystawę monarszych szat i insygniów, by późną nocą przywdziać je na undergroundowym balu. I zgarnąć zasłużone trofea dla najbardziej królewskiego rodu. Rzecz dzieje się na przełomie lat 80. i 90. wśród klepiących biedę nowojorczyków, głównie transpłciowych kobiet, Afroamerykanek i Latynosek. Wszystkie rywalizujące ze sobą na balach dynastie są wymyślone – za pomocą wyobraźni i więzi, która społecznym wyrzutkom pozwala tworzyć nowe rodziny. Serial jest mocno osadzony historycznie – to o tych balach opowiadał słynny dokument „Paris Is Burning” – ale, chociaż traktuje o rzeczywistości bardzo brutalnej, wiele w nim czułości i kuchennego ciepełka. Taka nowojorska „Jeżycjada”: grzyb na ścianie, AIDS szaleje, ale mamy co jeść, dach nad głową i bardzo się kochamy. „Pose” to przeciwieństwo „Gry o tron” – serialu o fikcyjnej krainie, który upaja się swoją brutalnością, nierzadko sadyzmem. Rekordowa ilość 32 nominacji dla ostatniego sezonu widowiska HBO przypomniała mi o tamtej bardzo radosnej scenie z „Pose” nie przez przypadek. 

Kadr z serialu "Pose" (Fot. Materiały prasowe)

Wszelkiego rodzaju branżowe nagrody są dla nas, jako widzów – zaangażowanych tylko i aż poprzez hasztagi i lajki – kolejnym serialem. Śledzenie tych turniejów o trofea ma w sobie coś ze sportu, ale też wymyślania alternatywnych rzeczywistości. Każdy tekst w konwencji „co nas ucieszyło, a kto został zlekceważony”, który przeczytacie w ciągu najbliższych dni, będzie próbą ustanowienia trochę innego świata. Wykradzenia nominacji dla pominiętych (brutalnie i niesprawiedliwie) ulubieńców. Przy czym nagrody Emmy, ze swoimi 130 kategoriami dla samej ramówki wieczornej (tzw. Primetime Emmys, o których teraz mowa), w porównaniu do Oscarowego rajdu (z zaledwie 24 konkurencjami) wydają się całym labiryntem zmagań, raczej olimpiadą niż mistrzostwami świata.

Kto dostał nominacje? 

Oczywiście można opowiedzieć tegoroczne nominacje inaczej. Z jednej strony – „Gra o tron”, z drugiej obfitość nowych, wcześniej nienominowanych tytułów w głównych kategoriach. W komedii na siedem nominacji mamy zaledwie trzy powtórki: trzykrotną zwyciężczynię z poprzednich lat, czyli „Figurantkę” ze swoim siódmym i finałowym sezonem, tryumfatorkę z zeszłego roku „The Marvelous Mrs Maisel” („Figurantka” była wtedy na urlopie zdrowotnym), i „Barry’ego”. Towarzyszą im cztery pieszczochy krytyków: „Schitt’s Creek” (w sezonie piątym, po latach prowadzenia w zestawieniach typu „Najlepsze Seriale, Których Nikt Nie Ogląda”), trzeci sezon „Dobrego miejsca”, drugi „Fleabag” i pierwszy „Russian Doll”. Podobnie w najlepszym dramacie, gdzie sam rozkład ramówek (nowe sezony akademickich faworytów liczą się już na następny rok albo jeszcze nie wyszły) stworzył dużo miejsca dla tytułów spoza tego rozdania. Stąd obok „Tacy jesteśmy” i powracającego „Zadzwoń do Saula” aż pięć nowości: drugie sezony „Obsesji Eve” i „Ozark” oraz pierwsze „Bodyguarda”, „Pose” i „Sukcesji”.

Mogłabym tak jeszcze długo, ale po co? Złośliwości mają znacznie lepszą dramaturgię. 

Kadr z serialu "Fleabag"

Eksplozja dobra

Zarysujmy więc intrygę inaczej: rynek seriali eksplodował i nominacje do Emmy (z roku na rok coraz ciekawsze i bardziej różnorodne) odzwierciedlają ten stan rzeczy. Pod kategorię dramatu (tak naprawdę: serialu godzinnego) wykonano mistrzowski podkop ze świata komedii (serialu półgodzinnego). Dwa najbardziej wyheblowane formalnie seriale dramatyczne, „Obsesja Eve” i „Sukcesja”, zostały stworzone przecież przez brytyjskich twórców komediowych. Oba mają też bliższych i dalszych krewnych wśród nominowanych za komedię. „Fleabag”, wcześniejszy serial Phoebe Waller-Bridge, jest przecież starszą siostrą „Obsesji Eve”. Jesse Armstrong, twórca „Sukcesji”, przez lata pisał dla Armanda Iannucciego, twórcy „Figurantki”, słynne „The Thick of It”. Stąd wspólny dla tych trzech seriali rytm, roztrzęsiona kamera, która podąża za reprezentantami najbardziej paskudnych typów ludzkich. (W „Figurantce” są to elity Waszyngtonu, w „Sukcesji” – dynastia potentatów medialnych). Zestawione z „Grą o tron”, „Sukcesja” i „Obsesja Eve” mają w sobie coś z autorskiej hecy. Ironiczne dziwadła z niedowierzaniem zezujące na popcornowego osiłka. 

"Sukcesja" (Fot. Materiały prasowe HBO)

Właściwe miejsce

Inna możliwa kontra wobec „Gry o tron”, tym razem z kategorii komedii: „Dobre miejsce” Michaela Schura (twórcy „Parks and Recreation”), inny serial światotwórczy, tyle że w soczyście jasnych barwach. To sitcom o zaświatach, być może najpoważniejszy etycznie w dzisiejszej ramówce. Zadaje pytania typu: „Jak być dobrym człowiekiem, kiedy najprawdopodobniej i tak jesteśmy już zgubieni?”. To jedna z dwóch ważnych nominacji dla staroświeckiej stacji NBC, ale w Polsce dystrybutorem „Dobrego miejsca” jest Netflix. Zachęcam więc do przerwania lektury i udania się we właściwe miejsce.

Kadr z serialu "The Good Place" (Fot. Materiały prasowe Netflix)

Nowy mężczyzna

Nie będę niczego żałować dzielnym artystom szyjącym dla „Gry o tron” te wszystkie brzydkie płaszcze, ale błotniste paluchy Westeros w kategoriach aktorskich to jednak mała przesada. Zacznijmy od drobnostki: pamiętacie czasy, kiedy zarówno brodaci mędrcy, jak i pięknolicy młodzieńcy z „Gry o tron” co mniej uważnym widzom zwyczajnie się mylili? Donoszę, że to się wciąż zdarza. Kto by pomyślał, że tyle lat po Czerwonym Weselu śliczny Richard Madden (który zakończył swoją przygodę w „Grze o tron” dokładnie sześć lat temu) nadal będzie mylony ze swoim fikcyjnym bratem (czy tam kuzynem) Kitem Haringtonem? Innego wyjaśnienia na pominięcie niespodziewanego laureata Złotego Globu za „Bodyguarda” nie znajduję. Harington zawsze uchodził za kawałek zmartwionego drewna nawet w tej części obsady „Gry o tron”, którą pomylić można było z małym brzozowym laskiem. Ale też kategoria najlepszy aktor dramatyczny nikomu nie będzie spędzać snu z powiek. W tegorocznych nagrodach TCA (Television Critics Association) w kategorii indywidualne osiągnięcie w dramacie (która w praktyce jest równoważnikiem nagrody za dramatyczny pierwszy plan) nominowano, bez kontrowersji, jednego mężczyznę – Billy’ego Portera z „Pose”. Jeśli „Pose” jest jak Jeżycjada, to bohater Portera, Pray Tell, wodzirej bali, jest gejowską wariacją na temat profesora Dmuchawca. Jego konkurentami w rywalizacji o Emmy będą laureat sprzed roku – Sterling K. Brown za „Tacy jesteśmy” i Bob Odenkirk za „Zadzwoń do Saula”. Ale i tak Porter, mistrz fikuśnych kiecek i kolorowych pelerynek, już dopiął swego. Przeniósł uwagę z jakże poważnej, jakże męskiej i jakże dramatycznej kategorii na modę czerwonych dywanów.

Kadr z ostatniego sezonu "Gry o Tron" (Fot. Helen Sloan/HBO)

Kobiety idealne? 

À propos mody: nominacje dla Jodie Comer i Sandry Oh za „Obsesję Eve” mogą wyglądać jak formalność, ale przypomnijmy, że od kilkunastu lat nie było w pierwszym planie dramatycznym kobiecego duetu. Za scenariusz nominowano odcinek, w którym Villanelle jest źle ubrana, a za reżyserię ten, w którym przebiera się za świnkę i śle miłosne pocztówki z bekonem. W nagrodę za przechwytywanie miłosnych pocztówek z bekonem Fiona Shaw w roli królowej brytyjskiego wywiadu odpoczywa w loży dla aktorek dramatycznego drugiego planu. Shaw jest w „Obsesji Eve” trochę bogiem, a trochę największym z czarnych charakterów. Ratuje świat, zarządzając ludzkimi namiętnościami z takim spokojem, jakby to były grządki w warzywniaku. Towarzystwa dotrzymuje jej w nominacjach Julia Garner z „Ozark”, bardzo zdolna młoda aktorka, którą znam skądinąd i która pozostaje jedynym powodem, by wrócić kiedyś do tego bardzo powolnego i bardzo ciemnego serialu. Otoczenie jej przez aż cztery nominacje dla aktorek z „Gry o tron” wydaje mi się tak pozbawione wyczucia, że właściwie niegrzeczne. Kto widział drugą część „Top of the Lake”, ten wie, że Gwendoline Christie bywa aktorką pierwszej klasy, ale ostatni sezon „Gry o tron” podciął skrzydła nawet jej, najlepszej z tego zestawienia. Nawet najważniejsze fabularne zwroty akcji nie były pisane dla aktorek. Ktoś uratował świat jednym skokiem z ciemności, ktoś inny wygrał tytułową grę, spiskując poza kadrem, podczas gdy Lena Headey sączyła wino na balkonie. Jak można pomylić złą królową sączącą wino na balkonie z prawdziwie wielką divą, jaką jest sunąca ulicami Manhattanu Dominique Jackson w „Pose”? A może – od tego wina oczywiście – „Gra o tron” pomyliła się akademii z innym serialem o wielkiej polityce, bogatych ludziach i deszczu? Moją osobistą wielką przegraną tych nominacji jest „Sprawa idealna” (bardzo luźna kontynuacja „Żony idealnej”, czym nie musicie się przejmować). Koncertowa satyra na Amerykę Trumpa, gniewna, nierzadko na granicy surrealizmu, jeszcze przed chwilą jawiła się krytykom jako potencjalny czarny koń wyścigu, przeszła jednak całkowicie poza radarem. Ale w jakimś alternatywnym wszechświecie jest możliwy alternatywny kwartet nominacji w tej samej kategorii, z prawniczą drużyną złożoną z Audry McDonald, Cush Jumbo, Sarah Steele i nie kogo innego jak Rose Leslie, która szczęśliwie ewakuowała się z „Gry o tron”, gdy serial był jeszcze dobry. W świecie, w którym kobietom przypada uznanie za ich pracę, a nie bycie trybikiem w upokarzającej je narracyjnej maszynie. Analogiczną historyjkę można opowiedzieć o męskim drugim planie. Na miejscu Petera Dinklage’a, Nikolaja Coster-Waldaua i Alfiego Allena nie spałabym spokojnie. Galeria podłych, głupich i bezkarnych bohaterów „Sukcesji” prawdopodobnie już nadlatuje helikopterem. A bezkarni mężczyźni z helikopterami są przecież groźniejsi niż kobieta ze smokiem.

Kadr z serialu "Obsesja Eve" (Fot. Materiały prasowe)
Kadr z serialu "Ozark" (Fot. Materiały prasowe)

Gorzkie żale

W notowaniach żali z ostatnich dni, które obserwuję na Twitterze, prowadzą także: Rhea Seehorn („Zadzwoń do Saula”) i Pamela Adlon („Lepsze życie” – w kategoriach: rola, reżyseria, scenariusz, wychodzenie z cienia niesławnego artystycznego partnera, Louisa C.K.). W moich notowaniach żali na temat żali – przemilczane, zapomniane „Kidding”, wspaniały serial z Jimem Carreyem w roli prezentera programu dla dzieci, który jest w żałobie po tragicznej śmierci dziesięcioletniego syna. Natomiast film „Deadwood”, oda do pechowo skasowanego przez HBO serialu sprzed kilkunastu lat, jest, być może, twórczym pożegnaniem chorującego na alzheimera Davida Milcha, jednego z najbardziej prominentnych scenarzystów amerykańskiej telewizji (który przed „Deadwood” pisał m.in. „Hill Street Blues” i „NYPD Blue”). Pomimo nominacji w kategorii filmu telewizyjnego mój Twitter upiera się, że to za mało. 

Żale mogą mieć potencjał radosny – gdy zestaw nominowanych w ogóle nie pokrywa się z naszymi marzeniami, ale i tak jest satysfakcjonujący. W najbardziej konkurencyjnej z aktorskich kategorii za żeński drugi plan komediowy, gdzie muszą się stłoczyć wszystkie wybitne aktorki charakterystyczne, wyróżniono Olivię Colman, laureatkę Oscara i złą macochę Fleabag. Jakimś cudem nie przesłoniła elektryzującej Sian Clifford w roli znerwicowanej siostrzycy. Z pozostałych aktorek, które przed ogłoszeniem nominacji życzeniowo sobie wypisałam, nie pojawiła się żadna. Ale nie mam serca się skarżyć. Betty Gilpin otrzymała nominację pocieszenia dla drugiego sezonu „GLOW”. Warto zauważyć, że ekipa „Saturday Night Live”, zwykle rozpychająca się tu łokciami, zadowoliła się skromnie jedną (Kate McKinnon) na osiem nominacji (osiem to maksymalna możliwa liczba aktorów nominowanych w jednej kategorii.). 

Kadr z serialu "Glow" (Fot. Materiały prasowe Netflix)

Najlepsze odcinki roku

Tour de force D’Arcy Carden w roli sztucznej inteligencji imieniem Janet, magicznej pomagierki zmarłych w „Dobrym miejscu”, docenione zostało w kategorii scenariuszowej za odcinek, w którym aktorka wciela się dodatkowo w cztery inne postaci z głównej obsady. „Russian Doll”, kolejny serial o zaświatach, a właściwie o kobiecie, która umiera wielokrotnie i za każdym razem budzi się w czasie paskudnego przyjęcia urodzinowego, otrzymał aż dwie nominacje (kandydatury do nagród za scenariusze, reżyserię czy zdjęcia dramatów i komedii zgłaszane są przez stacje odcinkami). „Fleabag” reprezentuje odcinek z poronieniem w restauracji. Kobiecy flow uzupełnia „PEN15”, przedziwny serial Anny Konkle i Mayi Erskine, w którym 30-letnie aktorki grają same siebie w wieku 13 lat. W tym scenariuszowym kąciku widać, jaką drogę przeszły w ciągu ostatnich lat nagrody Emmy. Jeszcze kilkanaście lat temu krytycy głównie się z nich nabijali („Nie miały prestiżu, ale też nie miały gustu, nawet takiego, z którym można by się było kłócić”, wspominała krytyczka „New Yorkera” Emily Nussbaum). Dziś się z nimi zgadzają. Nawet jeśli nie zostanie nagrodzony żaden z pieszczochów krytyków, a finał „Figurantki”, wieloletniej akademickiej faworytki, i tak wszyscy będą zadowoleni.

Kadr z serialu "Russian Doll" (Fot. Materiały prasowe Netflix)

Miniseriale o maksymalnym oddziaływaniu 

W kategorii limited series, czyli seriali – przynajmniej w założeniu – jednosezonowych i zamkniętych, 14 nominacji otrzymało „Jak nas widzą” Avy DuVernay (w tym osiem aktorskich, m.in. dla znanego z „Moonlight” Jharrela Jerome’a i 17-letniego debiutanta Asante Blackka, który nie doczekał się jeszcze hasła w Wikipedii.). Czteroodcinkowy, oparty na faktach dramat o piątce nastolatków niesłusznie skazanych za pobicie i gwałt na białej kobiecie jest kolejną częścią większego projektu. DuVernay od lat rozbudowuje swoją kronikę afroamerykańskich doświadczeń, eksplorując kolejne formy, media i smaki. Robi kino historyczne („Selma”; nominacja do Złotego Globu za reżyserię), dokumentalne („XIII poprawka”; nominacja do Oscara za dokument) i dziecięce (disneyowska „Pułapka czasu”). Stacja Oprah Winfrey właśnie emituje natomiast czwarty sezon stworzonego przez nią serialu „Queen Sugar”. W świecie najwyższych hollywoodzkich odznaczeń, w którym zarówno kobiety reżyserki, jak i reżyserzy afroamerykańscy wciąż walczą o uznanie, pozycja faworytki do Emmy za reżyserię serialu uchodzącego za „reżyserski” wydaje się bardzo istotna.

Jak pokazał gigantyczny sukces „Czarnobyla”, miniserie wytwarzają osobne praktyki oglądania. Nie wymagają wieloletniego zaangażowania ani wielotygodniowego binge’u. Mówiąc krótko, stają się alternatywą dla kina, zarówno dla widzów, jak i dla uznanych reżyserów. Przyciągają też coraz więcej gwiazd wielkiego ekranu. Biografia Boba Fosse’a i Gwen Verdon z Samem Rockwellem i Michelle Williams (11 nominacji) jest podręcznikowym przykładem sukcesu, podobnie jak „Ucieczka z Dannemory” (10). Niemniej jednak wielkie nazwiska przestały być gwarantem czegokolwiek.  Smakiem musieli się obejść Park Chan-wook, Cary Joji Fukunaga i George Clooney. Telewizja ma swoją godność. I „Dobre miejsce”. 

Klara Cykorz
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę