Znaleziono 0 artykułów
13.02.2021

Love Me Tinder: Dla miłości zmieniłam całe życie

(Ilustracja: Nastka Drabot)

Dzięki Wojtkowi jestem bliżej natury. W domku na wsi czuję się wolna, swobodna, spokojna. Gotujemy z lokalnych produktów, chodzimy na spacery, otaczają nas zwierzęta – mówi bohaterka naszego cyklu, która dla narzeczonego wyprowadziła się z miasta na wieś.

Patrzę na ośnieżony ogród przez okno domku na wsi, który dzielę z moim ukochanym, głaszczę koty, przede mną na biurku leży laptop, bo pracuję zdalnie jako dziennikarka. Gdyby nie Tinder, mieszkałabym gdzie indziej, pracowałabym inaczej, pewnie byłabym samotna.

Aplikację ściągnęłam po rozstaniu. Zerwałam, bo zrozumiałam, że tkwię w toksycznej relacji. Byłam ofiarą przemocy psychicznej. Potrzebowałam odmiany, ale nie byłam pewna, czego właściwie oczekuję od chłopaków z Tindera. Po kilku randkach przekonałam się, że szukam stałego związku. Nie było łatwo. Większość nie chciała się określać. To nie tylko moje doświadczenie. Przyjaciółki też mi mówiły, że najczęściej słyszą: „Po co definiować to, co nas łączy?”, co oznacza: „Wcale nie chcę wiązać się na poważnie”.

Jak każda dziewczyna na Tinderze, musiałam przeżyć kilka koszmarnych randek, zanim poznałam tego jedynego. Na początku nie miałam uprzedzeń, właściwie ustaliłam tylko wiek potencjalnego partnera. Miałam wtedy 25 lat, mógł być ode mnie o rok młodszy i nie starszy niż 30. Prężący muskuły kolesie z siłowni i „cichociemni” odpadali w przedbiegach. Zwracałam uwagę na sposób, w jaki do mnie pisali. Jeśli wysyłali wiadomości tylko wtedy, gdy im się nudziło, też ich blokowałam. Potrzebuję regularnego kontaktu, starałam się odpisywać od razu. Nie znosiłam też, gdy na siłę starali się wypaść zabawnie. „XD” użyte w wiadomości skutecznie mnie odstraszało. Raz, wbrew instynktowi, umówiłam się z takim śmieszkiem na spotkanie. Wyciągnął z torby głośnik, włączył swoje bity i tak poszliśmy na spacer – to było żenujące. Zanim spotkałam mojego narzeczonego, przez kilka miesięcy spotykałam się z innym chłopakiem z Tindera. Dobrze nam się pisało, randki były udane, ale jakoś się to rozmyło. On chyba nie miał przekonania, a ja nie chciałam czekać, aż wymyśli, co dalej z nami. Spotykaliśmy się tylko raz w tygodniu, kiedy akurat mu pasowało. Gdy wyjechał z przyjaciółmi na wakacje, po prostu przestał się odzywać.

Z moim narzeczonym od początku wiedzieliśmy, że to coś poważnego. A niewiele brakowało, żebyśmy wcale się nie poznali. Tinder tylko dlatego pokazał mi jego profil, że Wojtek akurat przyjechał do mojego miasta. Mieszka 150 km dalej, więc właściwie przypadek sprawił, że wpadł w zasięg aplikacji. Zaczęliśmy korespondować. Ujęło mnie to, że jest weterynarzem. Prowadzi z ojcem i bratem klinikę dla zwierząt. Pomyślałam, że taki zawód mogą wykonywać tylko osoby czułe, empatyczne, bliskie natury, a jednocześnie pragmatyczne, dobrze zorganizowane, o zmyśle technicznym.

(Ilustracja: Nastka Drabot)

Podbił moje serce zdjęciem z kotami, tymi, które teraz trzymam na kolanach. Wiedzieliśmy, że dzieli nas odległość, więc obiecaliśmy sobie, że gdy tylko on będzie miał chwilę, przyjedzie do mojego miasta. Nie sądziłam, że to wydarzy się tak szybko. Któregoś dnia dostałam wiadomość: „Mogę wpaść?”. Mieszkałam wtedy z rodzicami. Przyjechał, usiadł przy kuchennym stole, oboje poczuliśmy błogi spokój, jakbyśmy znali się od zawsze. Rozmawialiśmy swobodnie, szczerze, bez póz. Wojtek był dojrzalszy od chłopaków, których znałam wcześniej. Widziałam, że wie, czego chce, nie próbuje uciekać od odpowiedzialności, ma wobec mnie poważne zamiary. Od razu wzbudził też zaufanie moich rodziców. Mama sprawdziła połączenia z mojego miasta do położonego najbliższej jego wsi, bo czuła, że kroi się coś poważnego.

Przez półtora roku widywaliśmy się w każdy weekend – u niego, w moim domu rodzinnym, a potem w moim wynajętym mieszkaniu. Nie pomieszkałam tam długo. Po kilkunastu miesiącach związku Wojtek się oświadczył. Planowaliśmy zamieszkać razem po ślubie. Plany zweryfikowała pandemia, która zaczęła się miesiąc po zaręczynach.

Gdy wiosną ubiegłego roku przeszłam na pracę zdalną, Wojtek zaproponował, żebym przeprowadziła się do niego. Dom z ogrodem wygrał z małym mieszkaniem. Znajomi pytali, czy nie będę tęsknić za Uberem, jedzeniem na wynos i kinem. Myślałam, że będzie mi brakowało wielkomiejskiego życia, bo nie znałam innego, ale zadziwiająco szybko przyzwyczaiłam się do tego nowego. Nie narzekam nawet na brak kontaktu z ludźmi, bo co drugi weekend odwiedzam rodziców i spotykam się z przyjaciółmi.

Nie mówię, że to była łatwa decyzja, ale jestem szczęśliwa. Dla wielu par pandemia była testem związku, my chyba ani razu się nie pokłóciliśmy. Oczywiście, że mogłabym suszyć mu głowę o rozrzucone na podłodze skarpetki, ale po co? Przecież to w ogóle nie jest ważne. Staramy się być dla siebie wyrozumiali – i to działa. Równie ważna jest czułość – przy Wojtku czuję się zaopiekowana, bo wciąż mnie przytula, całuje w głowę, pyta, czy wszystko u mnie w porządku. Jest na mnie uważny, a ja na niego. Niezmiennie mnie to zaskakuje, że można trwać razem bez awantur, napięć, presji. Wszystkim radzę, żeby spojrzeli na swoje związki z dystansu – nie ma sensu tkwić w czymś, co nie działa, tylko dlatego, że boimy się samotności.

Dzięki Wojtkowi jestem bliżej natury. Czuję się tu wolna, swobodna, spokojna. Gotujemy z lokalnych produktów, chodzimy na spacery, otaczają nas zwierzęta. Nie wiem, czy zawsze będę chciała pisać. Zaczynam myśleć nad nową drogą dla siebie – może założę agroturystykę? Poznaję tu mnóstwo ludzi, którzy zmienili swoje życie tak jak ja – wyjechali z wielkiego miasta, by odnaleźć szczęście na wsi. Niektórzy produkują sery, inni hodują alpaki, każdy znajdzie coś dla siebie.

Nasi rodzice się polubili. Jego wysyłają moim przetwory, odwiedzają się też nawzajem. W maju bierzemy ślub. Zapraszamy 30 osób na obiad do restauracji – tych, których naprawdę kochamy. Nie chcieliśmy wielkiego wesela, nie potrzebujemy zapraszać dawno niewidzianych ciotek ani kupować 150 porcji krokietów, żeby świętować nasz dzień.

Ilustracja: Łukasz Aksamit

 

Wysłuchała Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę