Znaleziono 0 artykułów
02.04.2019

Holland: Mama została komunistką pod wpływem ojca

Agnieszka Holland (Fot. Michał Woźniak)

Zbiór rozmów „My, dzieci komunistów” to świadectwo tych, których rodzice współtworzyli PRL-owski aparat władzy. Aleksander Smolar, Andrzej Titkow czy Aleksandra Jasińska opowiedzieli Krystynie Naszkowskiej o tym, kim prywatnie byli czołowi polscy komuniści. Publikujemy fragment wywiadu reporterki z reżyserką.

Żydokomuna. To jest obraźliwe określenie?

Oczywiście, po to zostało wymyślone. Ono ma sens stygmatyzujący, piętnujący. Do tego to jest określenie niesprawiedliwe. Co prawda można mówić o nadreprezentacji Żydów wśród przedwojennych komunistów, ale pośród społeczności żydowskiej komunistów nie było wielu.

„My, dzieci komunistów”, Krystyna Naszkowska (Fot. Materiały prasowe)

A skąd ta nadreprezentacja?

W przedwojennej Polsce działo się mnóstwo złych rzeczy, które powodowały, że młodzi Żydzi zwracali się ku komunizmowi. Wielu tę przedwojenną Polskę dziś idealizuje, ale przecież wtedy narastały postawy faszystowskie i antysemickie. I to nie tylko ze strony skrajnych organizacji, jak ONR, zresztą wówczas zdelegalizowanego w przeciwieństwie do dzisiaj, ale również ze strony władz państwowych. Było więc zupełnie logiczne, że tacy ludzie jak mój ojciec wstępowali do komunistycznej partii, bo komunizm ze swoimi hasłami równości, równych szans dla wszystkich bez względu na wyznanie czy pochodzenie wydawał im się szansą na lepszą ludzkość. Była to taka świecka wersja Ewangelii: „nie będzie Greka ani Żyda”.

Co chcieli zbudować?

Ustrój sprawiedliwości społecznej. Wierzyli, że zrobią to lepiej niż w Związku Radzieckim, bo Polska jest państwem bardziej europejskim i cywilizowanym. Szli do partii z głębokim przekonaniem. Byli gotowi zapłacić za tę ideę wielką cenę, latami siedzieli przed wojną w więzieniach za swoje przekonania. Mój ojciec (rocznik 1920) komunizował już przed wojną. Nie miał wówczas pojęcia, co to naprawdę znaczy i co się dzieje w Sowietach. Relacje w polskiej prasie uważał za antykomunistyczną propagandę. Nie wiedział tego również w czasie wojny; żeby zrozumieć stan ducha takich jak on, wystarczy przeczytać „Życie i los” Wasilija Grossmana. Nie wyobrażał sobie, w co się to przerodzi. 

A w co się przerodziło?

PRL miał różne etapy. Okres stalinowski był okrutnie represyjny i totalitarny. Potem zrobiło się lżej. Ale nie ulega kwestii, że był to ustrój autorytarny. Do tego głęboko nieautentyczny, jeśli chodzi o Polskę, bo narzucony przez Związek Radziecki. System, gdzie nie istniała demokracja w żadnej właściwie formie. Demokracja w PRL była czysto fasadowa, pozbawiona treści. To system bez swobód obywatelskich albo dopuszczający te swobody w bardzo ograniczonym zakresie. Były instytucje demokratyczne, takie jak sejm, rząd itd., ale one stanowiły tylko ozdobę, ponieważ cała polityka sprawcza działa się w Komitecie Centralnym PZPR, jedynej de facto liczącej się partii. Pozostałe, czyli Stronnictwo Demokratyczne i Zjednoczone Stronnictwo Ludowe, to były przybudówki.

Kiedy pani zobaczyła, że coś jest nie tak z tym ustrojem?

Wydaje mi się, że dopiero kiedy znalazłam się w Pradze, czyli tak naprawdę w 1967 roku.

A przedtem?

Pewnie uważałam, że władzy zdarzają się błędy i wypaczenia, ale generalnie jest to normalny system. Ja przecież nie miałam skali porównawczej, w ogóle nie znałam innego świata. Nigdy nie byłam na Zachodzie. W wieku około siedemnastu lat, w liceum zaczęłam czytać wydawnictwa „Kultury” paryskiej i one powoli otwierały mi oczy. Przy czym mnie nie interesowały jakieś ustrojowe, filozoficzno-politologiczne dywagacje, tylko przede wszystkim prawda o stalinizmie. A czym był stalinizm, że to coś strasznego, wiedziałam właściwie już w wieku sześciu, siedmiu lat. Na pewno wiedziałam już po referacie Chruszczowa, czyli od 1956 roku. Bardzo dużo się o tym mówiło.

W domu się mówiło?

Tak, w domu, u znajomych. Poza tym po śmierci Stalina uświadomiłam sobie, że rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana niż mi się wydaje. Myśmy mieszkali w Warszawie przy ul. Koźmińskiej. W tym samym domu byli ZWM-owcy, czyli ludzie zaangażowani w komunizm. Tam między innymi mieszkali Kuzińscy, z których córką Joasią chodziłam do przedszkola. To była moja najbliższa przyjaciółka, do tego mleczna siostra. Jej mama, Lodzia Kuzińska, pracowała w KC i mocno wierzyła w ten ustrój. 

Agnieszka Holland z córką Kasią Adamik (Fot. Getty Images)

Tego dnia, kiedy umarł Stalin, jak zwykle zeszłam piętro niżej po Joasię, bo razem miałyśmy iść do przedszkola. A tam panowała absolutna histeria, chyba nawet musieli wezwać pogotowie, ponieważ Lodzia dostała ataków rozpaczy. Potem zeszłam jeszcze niżej, do przybudówki, gdzie mieszkali dozorcy, po ich córkę Ewkę, z którą też się kolegowałam. I tam zobaczyłam ludzi, którzy świętowali z powodu śmierci Stalina. Oczywiście nie jestem w stanie dziś odtworzyć swojego ówczesnego procesu myślowego, bo miałam niecałe pięć lat, ale zobaczyłam, że świat może być zróżnicowany, mogą być różne punkty widzenia. Bardzo ważną osobą w moim życiu była niania, prosta kobieta ze wsi. Analfabetka z głęboką mądrością serca, ale też charakterkiem. Ona miała siostrę Antosię, która czasem do niej przyjeżdżała. Pamiętam, jak kiedyś, jeszcze za życia Stalina, u rodziców byli goście, a ta Antosia prasowała. I strasznie mocno waliła przy tym żelazkiem w deskę. Aż ojciec przyszedł i spytał, czemu ona tak uderza tym żelazkiem. Antosia powiedziała: „Stalina po łbie tłukę”. Ojciec skonfundował się, nie wiedział, jak się zachować. Byłam tego świadkiem. 

Nie zareagował na to?

Nie zareagował. Chyba w ogóle się nie odezwał. 

Był w szoku?

Chyba tak. Wyczułam, jakby napięcie zawisło w powietrzu, pewnie dlatego zapamiętałam to wydarzenie. Nie sądzę, abyśmy kiedykolwiek o tym później mówili. No, w każdym razie wiedziałam bardzo wcześnie, że różnie na tę naszą rzeczywistość można patrzeć. To była chyba moja pierwsza lekcja pluralizmu.

A w domu rodzice omawiali śmierć Stalina? Jak oni zareagowali?

Nie pamiętam. Pamiętam płacz u Kuzińskich, zabawę na dole, reakcji rodziców jednak nie pamiętam.

Ale w domu rozmawiano o polityce?

Mnóstwo. Dyskutowali o tym moi rodzice, a po ich rozwodzie także mama z ojczymem i ich przyjaciółmi. Drugi mąż mamy, dziennikarz i publicysta Stanisław Brodzki, też był żydowskim komunistą, nawet znacznie bardziej homo politicus niż mój ojciec. Brodzki do 1957 roku kierował działem kulturalnym „Trybuny Ludu”, a potem pracował w tygodniku „Świat” i w „Polskich Perspektywach”. Natomiast ojciec po pierwszym okresie powojennym, liczę w tym stalinizm, przeżył ogromne rozczarowanie i skupił się na innych sprawach, pozapolitycznych. Rzucił dziennikarstwo, zrobił doktorat z socjologii w PAN, wydał książkę o Ludwiku Krzywickim, zaczął jeździć po świecie. Interesował się bardzo kulturą, sztuką, miał mnóstwo znajomych w tych kręgach. Na przykład moje inicjacje kulturalne nastąpiły dzięki ojcu. Zabierał mnie do teatru, do kina, na koncerty. 

Uciekał w inną sferę życia?

Nie sądzę, myślę, że miał po prostu bogatą osobowość, złożony intelekt. Wydaje mi się, że szeroko patrzył na życie, na jego różne aspekty. Nie dało się go zbyt prosto określić, wtłoczyć w sztywne ramy. Ojciec zaczął komunizować szalenie wcześnie, właściwie niemalże jako dziecko. To mi opowiadała Helena Lemańska, która była z nim w organizacji syjonistycznej Haszomer Hacair. Mówiła mi, że Henio (Hersz) był ich przywódcą intelektualnym i duchowym, a miał ledwie dwanaście lat. I w pewnym momencie ich zdradził, tak to odebrali, bo przeszedł do komunistów. Wstąpił najpierw do Rewolucyjnego Związku Niezamożnej Młodzieży Szkolnej, a w 1935 roku do Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej, organizacji wtedy nielegalnej. I co gorsza, zabrał ze sobą grupkę kolegów z Haszomer Hacair. Igor Newerly opisał mojego ojca w jednej ze swych książek. Napisał, jak ojciec przyszedł na zebranie redakcji „Małego Przeglądu”, to było pismo po polsku dla żydowskiej młodzieży, które powstało z inicjatywy Korczaka i Newerlego, redagowane przez dzieci i młodzież. Zjawił się tam jako ośmio- czy dziewięciolatek z pistoletem i powiedział, że domaga się miejsca dla rewolucyjnej młodzieży. Zobaczyłam wtedy ojca jak gdyby z innej perspektywy.

Kiedykolwiek rozmawialiście o jego wyborach politycznych?

Nie, nigdy. Zginął, kiedy miałam trzynaście lat. Zresztą nasze stosunki były dość powierzchowne.

Kiedy wyprowadził się z domu?

Właściwie to mama go wyprowadziła. To było jakieś dwa lata przed jego śmiercią, czyli około 1959 roku. Wyprowadził się, a potem był rozwód. Ojciec nigdy mi nie opowiadał o swoich wojennych przeżyciach, nigdy nic nie mówił o swojej rodzinie, która zginęła w Holocauście. W ogóle nic, zero. Wszystko, co wiem, pochodzi z opowieści jego starszej siostry, która uciekła z getta, a potem jakoś dostała się na roboty i przeżyła. Tam poznała swojego przyszłego męża, pod koniec wojny urodziło im się dziecko. Ojciec niejako wymógł na nich, by po wojnie wrócili do Polski, o co zresztą mieli do niego potem żal. Po 1968 roku wyemigrowali do Szwecji. 

Agnieszka Holland z mamą na premierze filmu „Pokot” (Fot. Adam Jankowski /Reprter)

Ojciec przed wojną zaczął studia medyczne na Uniwersytecie Warszawskim i we wrześniu w czasie obrony stolicy był felczerem w szpitalu polowym. Potem przedostał się do Lwowa, gdzie pracował w „Czerwonym Sztandarze”. Po wybuchu wojny niemiecko-rosyjskiej był w armii – najpierw w czerwonej, a później u Berlinga, jako oficer sanitarny, następnie jako instruktor w Wydziale Polityczno-Wychowawczym II Dywizji Piechoty. 

Po wojnie na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie studiował filozofię, odegrał niechlubną rolę, atakując profesorów za ich „nieprawomyślność”. Podpisał, jako jeden z ośmiu studentów, list otwarty przeciwko prof. Władysławowi Tatarkiewiczowi, co spowodowało odsunięcie Tatarkiewicza od zajęć ze studentami. W okresie stalinowskim pisał napastliwe artykuły do gazet. O prof. Kazimierzu Twardowskim na przykład, że jego filozofia jest „skrajnie obskurancka i klechowska”. Do 1947 roku był redaktorem naczelnym „Walki Młodych”, czołowego pisma zwalczającego wszelkie odchylenia od linii partii. 

Myślę, że był głęboko przekonany, że najważniejszym zadaniem po wojnie jest budowa ustroju, który nie dopuści do powtórki tego, co działo się w czasie wojny. To determinowało wszystko. Sądzę, że namiętnie wierzył w wyższe racje nowego systemu. Ale też miał w sobie wystarczająco dużo sprawności moralno-intelektualnej, by w momencie, kiedy najgorsze fakty stalinizmu wyszły na jaw, gdy okazało się, jak działał ten mechanizm, wyrwać się z niego. Kiedy stało się oczywiste, że to, co się działo po wojnie z ideą komunizmu, to nie były tylko błędy i wypaczenia, ale że wydarzyły się złe, straszne, zbrodnicze rzeczy i że, być może, zło jest zawarte w samym systemie. Bardzo tę utratę kolejnego swego świata i wiary przeżył. 

Idea piękna, tylko ludzie do niej nie dorośli?

Taka ocena była dość powszechna. Mój ojczym na przykład bardzo trudno rozstawał się z tą ideą. Ojciec łatwiej – myślę, że wpadł w rodzaj pewnego smutnego nihilizmu, ale nie bronił tamtego systemu. Mówię na podstawie tego, co słyszałam podczas różnych dyskusji na aktualne tematy polityczne. Tych dyskursów było mnóstwo i bez przerwy.

W domu?

W domu. I za czasów ojca, i tym bardziej za czasów ojczyma. One skupiały się zresztą głównie na maglowaniu, co i kto mówił w Biurze Politycznym. Nieustanne rozważania: tamten powiedział to, kto za kim stał i co to oznacza itd., itd. Nie znosiłam tego od wczesnej młodości, uważałam, że to zupełnie jałowe. Wtedy uznałam, że na tym właśnie polega polityka – że to jest jakaś naparzanka, idiotyczna, nieciekawa i w gruncie rzeczy bezideowa. Pewnie dlatego tak długo stroniłam od oceny tego systemu, nie chciałam mu się przyglądać. Trzymałam się z daleka od – wedle mnie jałowych – dywagacji politycznych.

Mama, dziennikarka, też żyła polityką?

Mama nie była Żydówką, przed wojną jako nastolatka lewicowała. W czasie wojny działała w AK, walczyła w Powstaniu Warszawskim. Bardzo źle oceniała decyzję o wybuchu powstania, uważała ją za zbrodniczą, mówiła mi tak, kiedy byłam jeszcze dzieckiem. Miała też negatywny stosunek do tego, co zrobiły polskie władze II republiki: w jaki sposób przegrały wojnę, na parę tygodni przedtem uprawiając narodową tromtadrację, uciekając do Rumunii i na Zachód, i zostawiając ludzi samym sobie. 

Kiedy się poznali z ojcem?

Po wojnie. Mama do 1947 roku pracowała w Naczelnym Komitecie Wykonawczym Stronnictwa Ludowego jako sekretarka pewnego działacza ludowego. W każdym razie obracała się w kręgach ludowych. Była bardzo młodziutka, kiedy się spotkali z ojcem na jakimś zebraniu – urodziła się w 1925 roku. Po wojnie studiowała na UW w tym samym czasie, co ojciec. Była bardzo ładną kobietą, taką promienną – pszenną, niebieskooką blondynką. Wiem, że cieszyła się dużym powodzeniem, szczególnie wśród żydowskich komunistów, ale nie tylko. Konwicki mi kiedyś powiedział: „wszyscy kochaliśmy się w pani mamie”. Stała się komunistką pod wpływem ojca.

Na tyle wierzącą, że też podpisała się pod tym listem ośmiu studentów przeciwko Tatarkiewiczowi. Coś z tej wiary przekazywała dzieciom?

Przekazywała to, co stanowiło jej system wartości, czyli lewicowość, ale bardziej społeczną niż ideologiczną. Była bardzo inteligentną osobą, ale nie intelektualistką, znacznie bardziej ją interesowali ludzie niż teorie czy mechanizmy. Ciekawa jest historia jej ojca. Ten mój dziadek pochodził z biednej chłopskiej rodziny spod Piotrkowa. Tam było mnóstwo dzieci, już nie pamiętam ile, ale on był bardzo zdolny i jakiś jego stryj – urzędnik w Rosji – postanowił go wykształcić. Dziadek skończył szkołę i można powiedzieć, że wysoko zaszedł jak na chłopskie dziecko – został inspektorem szkolnym na Wołyniu. Stamtąd go wyrzucono, ponieważ odmówił fałszowania statystyk na temat języka ukraińskiego i poczucia ukraińskości wśród uczniów.

Agnieszka Holland (Fot. Piotr Zając / Reporter / East News)

Naciskano, by zaniżać?

Absolutnie. Chodziło o to, by wykazać, że właściwie tam wszyscy chcą się uczyć po polsku i mówią po polsku. On uważał, że to po pierwsze, nieprawda, a po drugie, nie ma powodu, by walczyć z poczuciem ukraińskości. Znałam tego dziadka, umarł, kiedy miałam jedenaście, dwanaście lat. Ale jego historię znam bardziej z opowieści mamy o nim niż jego własnych. Wiem, że dwa razy starł się z władzą i został zdegradowany. Drugi raz zdarzyło się to po utworzeniu obozu w Berezie Kartuskiej i wsadzeniu polityków opozycji. Dziadek był piłsudczykiem, miał wielki szacunek dla Piłsudskiego, ale po Berezie Kartuskiej zaczął wypowiadać się przeciwko naczelnikowi państwa. Odmówił wstąpienia do Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem, a miał na utrzymaniu żonę i dwójkę dzieci. Wtedy go karnie przeniesiono na emeryturę. Potem uczył w prywatnych szkołach. Był człowiekiem z zasadami i myślę, że mama to po nim odziedziczyła. Niepokorny, nie był komunistą, broń Boże, ale lewicowcem, propaństwowcem i legalistą w demokratycznym tego słowa znaczeniu. Demokratą był niewątpliwie. Po wojnie mama skontaktowała go ze swoim szefem ludowcem i ludowcy go posłali do Żar. Przez krótki okres był tam starostą czy kimś takim. Do ludowców mu było blisko, to jego korzenie.

Nie miał nic przeciwko temu, że córka związała się z komunistą?

Zdaje się, że ojca dość lubił. Nie miał nic wspólnego z antysemityzmem, tego w jego domu nie było absolutnie. Mama przecież w czasie wojny udawała narzeczeństwo z pewnym ukrywającym się Żydem, by go chronić.

Rodzice mówili o niesprawiedliwości społecznej?

Mówili, o tak. Znali przedwojenną wieś, wiejską biedę, znali ucisk kresowy. Byli bardzo krytyczni wobec II RP, szczególnie ostatniego okresu, sanacji. Podczas II wojny światowej dla mamy i dla jej najbliższej przyjaciółki Danki Majdy, późniejszej aktorki, decydujące było doświadczenie Holocaustu. One chodziły razem w Warszawie na tajne komplety do szkoły im. Królowej Jadwigi i wtedy nawet obiecały sobie, że jeżeli przeżyją wojnę, to ich mężami zostaną Żydzi i one będą rodzić im dzieci. Obie to spełniły. Myślę więc, że ta idea była podstawą związku mamy z ojcem. Nie sądzę, aby ona się w nim zakochała, co potem niedobrze wpłynęło na ich wzajemne stosunki.

To było złe małżeństwo?

Zdecydowanie niedobrane. A na dokładkę – co zrozumiałam dopiero jako dorosła osoba – ojciec był straszliwie poharatany emocjonalnie przez wojnę i stratę swojej rodziny. 

Dlatego partia stała się jego rodziną?

Nie, myślę, że nie. Przez stosunkowo krótki czas był zażartym hunwejbinem, z tego okresu najbardziej znana jest ta jego nagonka na starszych profesorów, na Tatarkiewicza zwłaszcza. Robił to zresztą razem z Leszkiem Kołakowskim. Na pewno był hunwejbinem bardzo wierzącym, ale jednocześnie cały czas trochę dla partii kłopotliwym, bo nieprzewidywalnym. Wiadomo, że właśnie z tego powodu nie do końca mu ufali. Potrafił zachowywać się nieodpowiedzialnie, nie nadawał się na wiernego syna partii. 

Nieodpowiedzialnie, czyli jak?

Powinien kogoś pochwalić, komuś się podlizywać, a on z niego kpił. Wiadomo było, że na Heniu nie można polegać, bo w każdej sytuacji potrafi strzelić jakąś gafę polityczną.

Po 1956 roku dokonał dużego zwrotu politycznego – z chwalcy systemu stał się
jego głośnym krytykiem. Zginął 19 grudnia 1961 roku, wyskakując z szóstego piętra, z własnego mieszkania w trakcie rewizji zrobionej przez Służbę Bezpieczeństwa. 

Jak to dokładnie wyglądało, dowiedziałam się dość późno. Kiedy zginął, matka nic mi nie mówiąc, wysłała mnie na kolonie zimowe. Poprosiła też wychowawczynię, bym nie miała kontaktu z prasą. No i dowiedziałam się o śmierci ojca z gazety właśnie – kupiła ją koleżanka, z którą dzieliłam sypialnię. Zresztą był tylko jeden nekrolog ojca, władze zgodziły się tylko na ten jeden. I akurat był w tej gazecie, którą przyniosła koleżanka. Czytała ją i nagle zawołała: „Ty, Agnieszka, czy to nie jakiś twój praszczur?”. Wtedy to zobaczyłam.

Było napisane, że zmarł śmiercią tragiczną?

Tak, śmiercią tragiczną. Wyobraziłam sobie więc, że wpadł pod samochód. Miałam przed oczami całą scenę: wychodzi z teatru z jakąś kobietą, widzi przejeżdżającą taksówkę, wybiega na jezdnię, by ją zatrzymać, i... Potem wychowawczyni mi powiedziała, że wypadł z okna.

Mówiła dlaczego, jakie były okoliczności?

Nie, nic. Tylko że ze swojego mieszkania. Nie miałam pojęcia, że był aresztowany. Nic nie wiedziałam. 

A po powrocie z zimowiska?

Wtedy mama powiedziała mi o samobójstwie. Ale nie poznałam całej politycznej otoczki jego śmierci, nie miałam pojęcia o aresztowaniu, nie wiedziałam, że przesłuchiwali też moją mamę i ojczyma. Nie drążyłam tego tematu w rozmowach z mamą, bo ona wtedy była w bardzo złym stanie psychicznym. Chciałam ją oszczędzać.

Krystyna Naszkowska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę