Znaleziono 0 artykułów
31.12.2018

Podsumowanie 2018 roku: muzyka

Adriana Grande (Fot. Getty Images)

W Polsce słuchaliśmy Taconafide, a świat docenił naszych artystów niezależnych. Nostalgia za muzyką młodości mieszała się z patrzeniem w przyszłość. Inspiracji szukaliśmy w dźwiękach z najdalszych zakątków świata i u dawnych mistrzów. Przedstawiamy najważniejsze osobowości sceny muzycznej mijającego roku. Posłuchajcie ich piosenek w sylwestra! 

Sztafeta pokoleń

Kali Uchis i A$AP Rocky na prezentacji Prada Linea Rossa (Fot. Getty Images)

Większość z nas największym afektem darzy muzykę swojej młodości. Wszystkie te piosenki, które towarzyszyły nam przy pierwszych pocałunkach, pierwszych kieliszkach wina i pierwszych tańcach dyskotek szkolnych. Ciemną stroną nostalgii jest to, że stając się dorosłym, każde kolejne pokolenie zaczyna w czambuł potępiać muzykę następnej generacji. I tak właściwie od początków muzyki rozrywkowej słuchamy litanii narzekań na to, że ten czy inny, nowy gatunek, nie ma nic wspólnego z melodią czy harmonią. Szereg płyt wydanych w tym roku na rynku szeroko pojętej muzyki popularnej zadaje kłam takim twierdzeniom. Od intymnego krążka Ariany Grande, który jest wyrazem optymizmu nawet w obliczu tragedii, przez dwubiegunowe wręcz w swoim emocjonalnym sznycie, post-klubowe piosenki Robyn, po będący bodajże najlepszym przykładem eklektycznego, self-made popu schyłku drugiej dekady XXI wieku, debiutancki album Kali Uchis. A do tego należałoby jeszcze dodać futurystyczno-seksualne szlagiery Janelle Monáe, a także szereg wykonawców, którzy formułę chwytliwych piosenek mieszają z awangardowymi rozwiązaniami muzycznymi: Trizah czy Father John Misty.

Cudowne lata

Mariah Carey w trakcie występu podczas  American Music Awards 2018 (Fot. Getty Images)

Z nostalgią za muzyką młodości wiąże się, widoczna już od ponad kilkunastu lat, dźwiękowa retromania spod znaku Adele czy Amy Winehouse. O ile jednak obie odnosiły się w swojej twórczości do nagrań sprzed dobrych kilku dekad, aktualnie najwięcej artystów tęsknie spogląda w kierunku lat 90-tych. Antropologowie kultury dawno już bowiem wyliczyli, że cykliczność trendów następuje w okresach miej więcej 20-letnich. O ile fascynacja najntisami przynosi nam wiele muzycznych koszmarków, to gdy nostalgię na warsztat bierze Blood Orange, czyli brytyjski wokalista i producent Devonté Hynes, efektem są porywające nagrania, które równie chętnie zerkają w przeszłość, co wypatrują przyszłości. Niezależnie od tego, czy sięgniemy po jego kolejny solowy krążek, wydany przed kilkoma miesiącami album „Negro Swan”, czy po wyprodukowany przez niego utwór z nowej płyty Mariah Carey „Giving Me Life”, poza wspominkami sprzed dwóch dekad, najść nas mogą również przemyślenia nad tym, dokąd zmierza współczesna popkultura..

Rap jest kobietą

Nicki Minaj (Fot. Getty Imags)
Reklama

Wystarczy rzucić okiem na statystyki serwisów streamingowych, by uświadomić sobie skalę popularności rapu. O ile na wyczerpujący przegląd tego światka musiałbym poświęcić drugie podsumowanie podobnych rozmiarów, to warto w jego obrębie wyłonić choćby jedną tendencję. Nigdy wcześniej w tym skrajnie zmaskulinizowanym, samczym środowisku, nie słychać było tak wielu kobiecych głosów. Od mainstreamowych gwiazd takich jak Nicki Minaj czy Cardi B, po alternatywne poetyki w rodzaju Noname czy Tierry Whack, spektrum stylistyczne i tematyczne żeńskiej sceny hiphopowej jest dziś bardziej zróżnicowane niż kiedykolwiek wcześniej. Stefflon Don, Rico Nasty, CupcakKe, Leikeli47, Junglepussy czy Young MA to tylko początek długiej listy Mistrzyń Ceremonii, które różni właściwie wszystko, z wyjątkiem tego, że są pewnymi siebie kobietami, które o swoim, niełatwym zwykle życiu, opowiadają rymami składanymi do bitu.

Hip-hop wreszcie w polskim mainstreamie

Quebonafide i Taco Hemingway (Fot. East News)

Skoro już jesteśmy przy rapie, przenieśmy się na chwilę do Polski, gdzie składający się z dwóch największych aktualnie gwiazd tego gatunku, duet Taconafide wyważył drzwi do głównego nurtu. Przez ponad dwie dekady swojego istnienia nadwiślański rap zdążył przejść imponującą ewolucję. Stał się nie dość, że w pełni profesjonalną branżą rozrywkową, to jeszcze światkiem barwniejszym i bardziej różnorodnym niż jakikolwiek inny trend muzyczny. Mainstreamowe media i wielka fonografia wciąż podchodziły do niego jednak z dziwną mieszanką strachu i pobłażliwości. Wystarczył jednak jeden album i, w przeważającej większości wyprzedana, stadionowa wręcz trasa Taco Hemingwaya i Quebonafide, by radio zaczęło wreszcie puszczać rap, a wielkie marki zaczęły walczyć o swój kawałek tego ociekającego lukrem tortu. I choć światek nadal pozostaje bezkompromisowy, a często nawet hermetyczny, zaczynają się w nim mieścić wszystkie inne gatunki – od popu, przez punk i reaggae, aż po jazz.

Polscy artyści niezależni podbijają świat

Rodzimy mainstream śni o podboju świata, a jego przedstawiciele, obudzeni w szarej, polskiej rzeczywistości, pytają dlaczego żadnemu krajowemu zespołowi nie udało się zrobić międzynarodowej kariery. Przeważająca większość z nich wierzy w to, że śpiewając po angielsku, kopiując amerykańskie trendy i starając się na siłę wpasować w aktualne mody, przetrze wreszcie szlaki i… właśnie dlatego nie dociera, tam gdzie chce. Bowiem tylko indywidualizm, oryginalność i trudna do uchwycenia, ulotna lokalność, jest w stanie przedrzeć się przez, szturmowane nieustannie, gęste sito anglosaskiego rynku muzycznego. A jak te cechy pielęgnować, artyści mogliby się nauczyć od przedstawicieli naszej krajowej sceny niezależnej. Składający się ze skrzypka Stefana Wesołowskiego i producenta elektronicznego Piotra Kalińskiego, neo-klasyczny, elektro-akustyczny projekt Nanook of the North swoją debiutancką płytę wypuścił bowiem w tym roku nakładem prestiżowego niemieckiego labelu Denovali Records. Za to poruszający się po obrzeżach sztuk wizualnych i stricte dźwiękowej ekspresji, apokaliptyczno rockowy duet BNNT, kontynuuje współpracę ze szwedzkim gigantem free jazzowego saksofonu, Matsem Gustaffsonem. Natomiast muzyka znanej lepiej jako Resina, eksperymentującej z formą solowej gry na wiolonczeli Karoliny Rec, podczas swoich rozlicznych zagranicznych wojaży zawędrowała między innymi na pokaz Gucci. O kolejnych wydawnictwach jazzowego septetu EABS w samych superlatywach wyrażają się opiniotwórczy brytyjscy dziennikarze, minimalistyczny multiinstrumentalista Wacław Zimpel dostaje zaproszenie do sesji nagraniowej dla BBC Radio, a najnowszy album Tobiasza Bilińskiego (Coldair/Perfect Son) już za moment będzie miała swoją premierę pod szyldem ikonicznej amerykańskiej wytwórni Sub Pop, której nazwę rozsławiły takie zespoły jak Nirvana czy Soundgarden.
 

Jazz Is Not Dead

„Heaven and Earth”, Kamasi Washington (Fot. materiały prasowe)

Środowisko jazzowe kilka dekad temu stało się mocno wsobne. O miejsce tego gatunku w szerokim obiegu muzyki popularnej zaczęli się jednak kilka lat temu upominać tacy artyści, jak Kamasi Washington, Shabaka Hutchings, Idris Ackamoor, czy na naszym rodzimym podwórku zespół EABS. Wszyscy oni zamiast upopiać tę formułę, niebezpiecznie zbliżając się do muzyki z windy, tworzą ognisty jazz. Choć zakorzeniony w tradycji, model jego promocji i oprawy wizualnej, a także dobór miejsc na koncerty, jest na wskroś współczesny. Pozwala więc z jazzem obcować szerszym gremiom słuchaczy. Takie płyty jak „Heaven and Earth”, „Your Queen Is A Reptile”, „An Angel Fell” czy „Repetitions (Letters To Krzysztof Komeda) Live At Jazz Club Hipnoza (Katowice)” nie trafiają więc tylko do branżowych podsumowań mijającego roku, ale robią spore zamieszanie w zestawieniach lifestyle’owych mediów.

Słyszałem ostatnio dobry film

Kadr z serialu „Ślepnąc od świateł” (Fot. Materiały prasowe HBO)

Światowa kinematografia bacznie przysłuchuje się muzyce niezależnej. Drzwi, które do hollywoodzkiej produkcji u schyłku zeszłego wieku otworzył przed artystami awangardowymi Trent Reznor, przekroczyli w ostatnich latach między innymi Micah Levi („Under The Skin”) czy Kavinsky („Drive”). W tym roku dołączyli do nich Colin Stetson i Thom Yorke. Co ciekawe, awangardowi klasycy sprawdzili w soundtrackach do filmów grozy. Amerykański saksofonista stworzył muzykę do „Hereditary”, a lider Radiohead nagrał bodajże swój najlepszy solowy album do remake’u „Suspirii”. I choć formuła muzyki do horroru pozwala jej autorom na większą dezynwolturę niż konwencja takiej chociażby komedii romantycznej, to współprace z różnej maści sonicznymi eksperymentalistami nie zdarzają się tylko na jej polu. Hit serwisów streamingowych, oparty na powieści Jakuba Żulczyka, serial „Ślepnąc od świateł”, udźwiękowili bowiem klasycyzujący wolnomyśliciel Marcin Masecki i niestrudzony eksplorator syntetycznych światów, Tomasz Mirt.

Uchem po mapie

 „Lala Belu”, Hailu Mergia (Fot. Materiały prasowe)

Termin world music wymyślili, oczywiście, Anglosasi. Pozwoliło im to przypieczętować pozycję kolonizatora globalnego rynku muzycznego. Do jednego worka wrzucili więc muzykę etniczną Sahary Zachodniej, koreański pop i dyskotekowe hybrydy z Brazylii czy Portoryko. I choć w dobie dostępu do dźwięków z najdalszych nawet zakątków świata określenie to straciło już znaczenie, to jeśli zdefiniujemy je jako rytmy wyróżniające się lokalnym sznytem, wciąż może ono pomóc w pisaniu o muzyce. Ocierających się o wybitność albumów w tej kategorii wychodzi więc co roku więcej niż w jakiejkolwiek innej kategorii muzycznej. W tym roku swój drugi album wydała odświeżająca formułę flamenco, niesamowicie charyzmatyczna, Katalonka Rosalía, jeden z klasyków etiopskiego jazzu Hailu Mergia wypuścił swój pierwszy od lat studyjny album „Lala Belu”, a Maryam Saleh, Maurice Louca i Tamer Abu Ghazaleh poczęli spajać egipski pop z psychodelicznym bluesem i ciemnym trip-hopem na zupełnie osobnym krążku „Lekhfa”. Żeby jednak żadni Anglicy czy Amerykanie nie poczuli, że nadal są władcami światowej fonografii, w tej właśnie kategorii wymienimy również świetny longplay jednej z naczelnych współczesnych wokalistek country, Kacey Musgraves oraz kompilację nagrań brytyjskiego, reggae’owego trio wokalnego z przełomu lat 70. i 80. –Brown Sugar.

Koniec albumu?

John Coltrane „Both Directions At Once – The Lost Album” (Fot. Materiały prasowe, Impulse)

A skoro już pojawiła nam się w tym zestawieniu pierwsza antologia, nie sposób nie wspomnieć o tym, jak szerokim polem do poszukiwań jest rynek składanek, reedycji i, po raz pierwszy prezentowanych światu, zapomnianych, bądź zagubionych nagrań. Swoje „nowe” albumy wypuścili bowiem w 2018 roku… John Coltrane i Prince. Płyty „Both Directions at Once: The Lost Album” i „Piano & A Microphone 1983” to tylko wierzchołek góry lodowej. Ukazały się także tysiące longplayów takich renomowanych oficyn jak Soul Jazz, Finders Keepers, Light in the Attic, czy nasze krajowe wydawnictwo GAD Records. I choć branżowe statystyki są ostatnio bezlitosne dla albumu, a szczególnie jego kompaktowej wersji, pokazując że sprzedaż tego nośnika spadła w pierwszym półroczu 2018 roku o blisko połowę, to nie martwimy się, że muzyka przestanie ukazywać się w takim kształcie. Nawet jeśli współcześni muzycy porzucą bowiem format albumu, moszcząc się pośród tak lubianych przez serwisy streamingowe pojedynczych singli, dźwiękowi archiwiści zatroszczą się o to, żebyśmy zawsze mieli, co kupować na, wciąż rosnących w sprzedażową siłę, winylach.

I nagle ciemno, i wiatr jak bicze…

Tomasz Stańko, 2014 rok (Fot. Jacek Dominski/REPORTER, East News)

Pociąga mnie różnorodność. Inspirują mnie te szalone, pełne wrażeń, czasy. To, jak patrzę na artystów z zupełnie różnych nurtów, którzy współpracują ze sobą, jak różne gatunki mieszają się i przeplatają. Tolerancja, która jest tak bardzo istotna w życiu, jest piekielnie ważna również w sztuce. Czasem nawet na siłę warto się zmusić, żeby pielęgnować w sobie szacunek dla inności. Nawet, gdy leci disco polo, trzeba usiąść i z powagą nadstawić ucha. Postarać się zrozumieć, jakie były intencje tych ludzi, bo na pewno były dobre. Codziennie należy ćwiczyć swoją otwartość na sztukę, a nie ufać tylko rozumowi i kulturze – powiedział mi blisko siedem lat temu Tomasz Stańko w odpowiedzi na pytanie o to, jak postrzega rynek muzyczny. I to właśnie z powodu tej otwartości brakować mi będzie największych głosów rodzimej muzyki, których przyszło nam pożegnać w tym roku. Pierwszy trębacz Rzeczpospolitej, Kora i Robert Brylewski, poza swoim imponującym dorobkiem twórczym, wnosili do polskiej kultury pokłady tolerancji. Wartości, które wydają się być w odwrocie. A jedną z nielicznych przestrzeni, w których wciąż mają się dobrze, jest właśnie muzyka.

 
Filip Kalinowski
Reklama
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę