Znaleziono 0 artykułów
08.01.2019

Prognozy na 2019 rok: muzyka

Madonna (Fot. Getty Images)

Nowe albumy zapowiadają Adele, Madonna i Rihanna. Rock and roll is not dead, ale musi podzielić się miejscem na rynku nie tylko z wszędobylskim rapem, ale także latynoską muzyką taneczną. Za to na poszukiwanie nowych brzmień udamy się na niszowe festiwale, do Afryki i na Soundcloud.

Rok kobiet

Lana Del Rey (Fot. Getty Images)

W marcu 2018 roku blisko 50 światowych festiwali i konferencji muzycznych (należą do nich m.in. tacy giganci jak niemiecki Reeperbahn Festival, kanadyjski MUTEK czy brytyjski The Great Escape) podpisało porozumienie, na mocy którego przed 2022 rokiem doprowadzą do zrównania liczby artystów i artystek występujących na ich scenach. I choć tego typu odgórny parytet jest zawsze kwestią dyskusyjną (i nie mam pojęcia, jak traktowane będą zespoły, w których liderką jest dziewucha a sekcją rytmiczną trzech chłopów), to sama idea zadbania o pozycję kobiet w środowiskach tak zmaskulizowanych, jak elektroniczne czy rapowe, jest jak najbardziej słuszna. W sukurs wszystkim kuratorom tych wydarzeń przyjdzie natomiast cały pierwszy szereg współczesnych wokalistek. Swoje nowe longplaye zapowiadają m.in. Madonna, Janet Jackson, Lana Del Rey, Adele, Lady Gaga i Rihanna. A z racji tego, że nawet tak nierówna wokalistka jak Mariah Carey wydała w 2018 roku naprawdę dobry album, jestem tym bardziej ciekawy, co pokażą jej zazwyczaj nieco jaśniej błyszczące koleżanki.

Futurologia stosowana

Grimes (Fot. Getty Images)

Pośród wspomnianych piosenkarek celowo nie wymieniłem Grimes, której piąty album również ukaże się najprawdopodobniej w 2019 roku. Claire Elise Boucher, jak naprawdę nazywa się ta kanadyjska wokalistka, producentka i artystka wizualna, od diw współczesnej sceny odróżnia jednak nie tylko nieporównywalnie mniejsza skala oddziaływania, ale również – a w tym kontekście przede wszystkim – jej do szpiku rytmu progresywne podejście do muzyki. A to, że ta poszerzająca formułę piosenki popowa dywersantka ostatnimi czasy pojawia się w mediach częściej w roli dziewczyny jednego z największych wizjonerów XXI wieku, założyciela PayPala, SpaceX i Tesli, Elona Muska, promocji jej kolejnego krążka na pewno nie zaszkodzi. I nie mam tu wcale na myśli siły  oddziaływania tabloidowych plotek, ale futurystyczne zainteresowania, które łączą tę parę. Zaprezentowany niedawno w sieci, pierwszy od kilku lat singiel Kanadyjki, nie dość bowiem, że jest równie chwytliwą jak hałaśliwą elektro-rockową hybrydą, to jeszcze jest hymnem na cześć sztucznej inteligencji.

Szaleństwo i geniusz

Kanye West (Fot. Getty Images)

Na 2019 rok premierę kolejnego albumu przełożył również inny z największych wizjonerów XXI wieku, człowiek, którego wpływ na współczesną muzykę i szerzej rozumianą, całą właściwie popkulturę, jest trudny do przecenienia. Choć w powszechnej świadomości Kanye West, czyli Yeezy, funkcjonuje zwykle w roli zadufanego w sobie szaleńca, któremu ktoś powinien wreszcie ograniczyć dostęp do internetu, to aktualny, (ponad)dźwiękowy krajobraz hip-hopu, a co za tym idzie i całego dzisiejszego rynku muzyki rozrywkowej, wyglądałby bez niego zupełnie inaczej. Podobnie więc jak w przypadku bodajże najważniejszego albumu nowego millenium, krążka „808s & Hertbreak”, w jego najnowszym longplayu zasłuchiwać się będą nie tylko raperzy, ale również wszelkiej maści muzycy, graficy, filmowcy i ludzie mody. Czy na „Yandhi”, jak ma się nazywać ten krążek, uda mu się zaprosić Boba Dylana, o kontakt z którym prosi publicznie od kilku tygodni, nie mam pojęcia. Czy trafi nań którykolwiek z dotychczasowych przecieków z sesji nagraniowych realizowanych m.in. w Ugandzie, też na razie trudno orzec. Czy w ogóle w porywie swojego narowistego temperamentu nie wyrzuci on tej płyty do kosza, by nagrać zupełnie inną, również nie możemy być pewni. Cokolwiek jednak wyda pod swoim nazwiskiem ten bipolarny geniusz, na pewno odbije się szerokim echem.

Powrót do matecznika

South African Music Awards (Fot. Getty Images)

Jako, że Kanye niejednokrotnie już swoimi nagraniami podsumował to, czym scena niezależna żyła już dobre kilka miesięcy, a nawet lat wcześniej, jego niedawna wycieczka do Ugandy ma szansę zwrócić oczy i uszy świata na Afrykę. Alternatywa już bowiem od dłuższego czasu tętni rytmami tej kolebki światowej cywilizacji. Efektem mogą być wydawane na winylowych krążkach kompilacje nagrań z muzyką tradycyjną, cieszące się ogromną popularnością koncerty etiopskich jazzmanów albo robiące wiralowe kariery taneczne dokonania tamtejszych producentów. A, że te polirytmiczne struktury, transowe melodie i hipnotyczne wokale w równym stopniu oddziaływają na zmysł słuchu, co na wzrok, afrykański trend ma szansę przyjąć się nie tylko w muzyce, ale również kinematografii, modzie czy sztukach wizualnych. Bo też, nie oszukujmy się, ten drugi co do wielkości kontynent, wciąż pozostaje w ogromnym stopniu ziemią nieznaną.

Armada Latina

Cardi B (Getty Images)

Krzesana na zrębach takich gatunków jak pop, trap czy, przede wszystkim, reggaeton, współczesna latynoska muzyka taneczna jest oczywiście najbardziej popularna w swoim mateczniku, czyli właściwie całej Ameryce Południowej – od Portoryko, po kraniec Chile. Jako że ogromna część Stanów Zjednoczonych mówi po hiszpańsku, a właściwie całym światem bujają podobne, bioderkowe rytmy (najjaskrawszym tego przykładem jest oczywiście wszędobylskie „Despacito”), przyjdzie nam jednak dopiero docenić (bądź jeszcze bardziej znienawidzić) tego typu dyskotekowe hybrydy salsy i merengue. Jedna z największych gwiazd tego brzmienia, Kolumbijczyk J Balvin będzie headlinerem przyszłorocznej edycji hiszpańskiego festiwalu Primavera. Zanim więc wszystkim nam przyjdzie bawić się przy podobnych dźwiękach, warto sprawdzić, kim są Bad Bunny, Ozuna i Anuel AA.

Rock around the clock

Vampire Weekend (Fot. Getty Images)

Gdy światowy obieg muzyki rozrywkowej szturmem zdobyty został przez rap i r’n’b, a pośród niedawnych laureatów nagród Grammy coraz trudniej znaleźć jakichkolwiek rockmanów, z przyszłym rokiem fani klasycznych składów gitara-bas-perkusja-wokal wiążą pewne nadzieje. Swoje kolejne krążki zapowiadają bowiem na 2019 rok takie zasłużone grupy, jak My Bloody Valentine, The Raconteurs, Weezer, Vampire Weekend, czy posługujący się od tego roku również nazwą Los Unidades, Coldplay. A jeśli dodać do tego szeregu jeszcze święcący ostatnimi czasy spore sukcesy brytyjski band znany pod nazwą The 1975, spektrum stylistyczne ich rockowych poszukiwań daje dosyć wyczerpujący ogląd różnorodnych gitarowych brzmień ostatnich kilku dekad. Ten niesłychanie różnorodny gatunek nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

W tyglu wrze

Na razie jednak przeważająca większość muzyki dąży do wymieszania gatunków, z coraz większą dezynwolturą łącząc nawet najdalsze nurty. A, że dodatkowo jeszcze w dobie powszechnej cyfryzacji każdej dziedziny życia mainstream zbliżył się do sceny niezależnej tak blisko jak nie był jeszcze nigdy w historii muzyki rozrywkowej coraz trudniej zarysowywać w tym dźwiękowym światku jakiekolwiek granice. Awangardowi producenci współpracują z gwiazdami światowych estrad, wielkie wytwórnie podpatrują modele promocyjne niszowych oficyn, a będąc samoukiem wrzucającym swoją nagrania do sieci, można w jeden dzień stać się światową gwiazdą. I nic nie wskazuje, żeby 2019 rok miał przynieść w tej kwestii jakąkolwiek zmianę. Co też poza pojedynczymi przypadkami artystów, którym ktoś podkrada zobaczone na Instagramie, bądź zasłyszane na Soundcloudzie pomysły, powinno nas właściwie wszystkich cieszyć, bo efekty takiego stanu rzeczy są jak na razie przynajmniej tak dobre jak te, które wymieniłem w naszym niedawnym podsumowaniu roku 2018.

10 piosenek, które napisałem i zarapowałem po polsku

Dawid Podsiadło (Fot. Materiały prasowe)

W 2018 roku polski rap rękami Taco Hemingwaya i Quebonafide wziął w swe posiadanie rodzimy rynek muzyki popularnej. W międzyczasie wywodzący się z tego środowiska twórcy marki Flirtini za pomocą czterech już części kompilacji „Heartbreaks & Promises” zaprezentowali naszym rodakom zupełnie nowe, bitowe spojrzenie na formułę popowej piosenki, a inni reprezentanci tej sceny od kilku lat piszą teksty dla takich wokalistek i wokalistów jak Rosalie, Julia Wieniawa czy Kortez. Za to Dawid Podsiadło w jednym ze swoich ostatnich wywiadów opowiada, że formuła rapowej piosenki jest dla niego pociągająca. Możemy się więc spodziewać nieporównywalnie większej ilości międzygatunkowych związków. A czy będą obu tym gatunkom i, przede wszystkim, słuchaczom przynosić korzyść czy szkodę, czas pokaże.

Towar eksportowy

W podsumowaniu 2018 roku pisałem również o Tobiaszu Bilińskim, którego płyta „Cast”, nagrana pod pseudonimem Perfect Son, ukaże się już 15 lutego nakładem opiniotwórczego wydawnictwa Sub Pop (jego logo rozsławiły tak legendarne składy jak Nirvana i Soungarden). Po lokalnym środowisku alternatywnym krążą również bardzo wiarygodne plotki o tym, że to nie jedyna rodzima produkcja, która wyjdzie w najbliższym czasie nakładem tej renomowanej oficyny. A z racji tego, że z roku na rok rosnący szereg przedstawicieli polskiej sceny niezależnej regularnie wydaje i koncertuje zagranicą, wieloletnie utyskiwania rodaków na to, że właściwie nikt z krajowych twórców muzyki rozrywkowej nie ma szans zyskać rozgłosu na anglosaskim rynku fonograficznym, z roku na rok wydają się coraz mniej przystawać do rzeczywistości. Nawet jeśli żadnemu z polskich muzyków nie udałoby się zawojować światowych scen (oby nie), to każde z jego światowych dokonań pomoże mu zyskać większy rozgłos w Polsce. Z czego cieszyć się mogą nie tylko oni sami, ale też szerokie grono słuchaczy, którzy nigdy z ich muzyką się nie zetknęli, bo naprawdę rzadko pojawia się w mediach głównego nurtu.

Małe jest piękne

Skoro na początku wspomniałem o festiwalach muzycznych, warto się też zastanowić nad ich najbliższą przyszłością. Bo o ile kwestia finansowania w wielu przypadkach decyduje o ich dalszym rozwoju, to od kilku lat coraz bardziej widoczna jest tendencja odwracania się od bezdusznych gigantów rynku i szukania tego, co najciekawsze w pobliskich… krzakach. Zamiast na którykolwiek z przypominających supermarkety wielkich festiwali, ludzie coraz liczniej wybierają się na mniejsze, zazwyczaj oddolnie organizowane, wydarzenia muzyczne, których skala i spektrum muzyczne jest w Polsce coraz szersze, a w Europie właściwie nieprzebrane. Od rosnących w siłę już od dobrych kilku lat, organizowanych przez naszych zachodnich sąsiadów, inicjatyw takich jak Plötzlich am Meer czy Garbicz, przez małe festiwale miejskie, takie jak częstochowska Frytka OFF, ostrowski Tatarak czy gorzowski Dym, aż po zupełnie niszowe, realizowane przy pomocy starego podręcznika DIY, rodzinne wręcz eventy, takie jak Dźwiękodziałka czy Parzybroda, lista podobnych imprez jest równie pokaźna, jak zdywersyfikowana, a atmosfera na nich panująca zupełnie niepowtarzalna.
Filip Kalinowski
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę