Znaleziono 0 artykułów
24.04.2020

Randkowanie na ekranie

(Fot. materiały prasowe)

Żądni seksu uczestnicy „Too Hot to Handle”, zamknięci w luksusowej willi na plaży, mogą wygrać 100 tys. dolarów pod warunkiem, że zrezygnują z bliskości fizycznej. Podobne telewizyjne formaty, w których chodzi o szukanie miłości, oglądają na świecie tysiące ludzi. Dlaczego tak chętnie śledzimy losy rozebranych do rosołu blondynek i mięśniaków, którzy piją drinki z palemką, rozmawiają o życiu i marzą o happy endzie?

Netfliksowe „Too Hot to Handle” wysyła grupę napalonych dwudziestolatków na meksykańską plażę. Ku uciesze milionów widzów platformy mają śmiać się i płakać, zakochiwać i złościć, pić i przeklinać. Niby nic nowego. Jedyne zastrzeżenie? Chociaż bardzo chcą zedrzeć z siebie ubrania, bo do tej pory szli przez życie jako serial swipers, czyli uzależnieni od Tindera miłośnicy szybkich przygód, ryzykują utratą nagrody pieniężnej, jeśli wykonają jakąkolwiek czynność seksualną. Pozostaje im więc budować głębsze relacje oparte na wzajemnym zrozumieniu, obopólnej akceptacji i wspólnych doświadczeniach. Producenci Netfliksa przechwalają się, że podobnie jak w przypadku dwóch poprzednich przebojów reality TV – „The Circle” (o tym, jak zdobyć sławę w dobie mediów społecznościowych) i „Miłość jest ślepa” (o randkach w ciemno przez ścianę kubika) – „Too Hot to Handle” to eksperyment psychologiczny mający udowodnić, że płytcy, próżni i powierzchowni pięknisie mogą stać się lepszymi ludźmi, gdy zostaną zmuszeni do spojrzenia w głąb siebie. Mizogini z siłki nagle zobaczą w kobietach nie świeże mięsko, a partnerki do treningu, a może nawet rozmowy. Królowe selfie otworzą się na potrzeby emocjonalne. Czy Netfliksowi udało się to dorastanie na ekranie? Dość powiedzieć, że reguły zostały wielokrotnie złamane, złość wyrażano głośno, a nagrodę w końcu uszczuplono. Ale niektórzy zyskali szansę na miłość, a o to producentom, uczestnikom i nam, widzom, przecież chodzi.

(Fot. materiały prasowe)

W czasie izolacji, gdy single jak nigdy wcześniej borykają się z samotnością, a pary są na siebie skazane 24 godziny na dobę, weryfikujemy najważniejsze życiowe wybory. Czy jestem z właściwą osobą? Czy naprawdę chcę być sama? Czy randki na Tinderze dają mi szczęście? Oglądanie zagubionych uczestników „Too Hot to Handle”, „Miłość jest ślepa” czy polskiego „Hotelu Paradise” (od 2003 r. powstało 56 edycji w 14 krajach świata), który przyciąga przed ekrany TVN7 700 tys. widzów, może mieć działanie terapeutyczne. Stęsknieni kontaktu tym chętniej podglądamy, jak inni nawiązują relacje. Sprawdzamy, jak daleko posuną się piękni ludzie z telewizora. Nie mogąc ruszyć się poza cztery ściany własnego mieszkania, chętnie przenosimy się na rajską wyspę, gdzie piasek jest biały, palmy dają cień, a wikt i opierunek zapewniają producenci. Na myśl o beztrosce odczuwamy eskapistyczną rozkosz. Reality TV, traktujące dorosłych ludzi jak dzieci, których trzeba pilnować, zapewniać im wszelkie wygody i ustanawiać zasady zachowania, jeszcze nigdy nie było tak dalekie od rzeczywistości.

Ale też założeniem tego typu programów nigdy nie było przyglądanie się „prawdziwemu życiu”, tylko kreowaniu na potrzeby widzów dramatów, intryg i skandali. MTV już w 1992 r. pokazało „Real World”, czyli reality show, w którym kilkoro atrakcyjnych młodych ludzi mieszkało pod jednym dachem. Na przełomie wieków na całym świecie nastała era „Big Brothera”. Telewizyjny krajobraz w Stanach Zjednoczonych zmienił „The Bachelor” i jego kolejne odsłony – „The Bachelorette” i „Bachelor in Paradise” (podobny do „Hotelu Paradise” – mieszkańcy muszą zrobić wszystko, by każdy kolejny tydzień zakończyć z partnerem u swojego boku). Tutaj jeden mężczyzna albo jedna kobieta może znaleźć miłość swojego życia wśród kilkunastu kandydatów, przespać się z iloma osobami chce, a w końcu zaręczyć na oczach milionów wzruszonych widzów. Uczestnicy „Bachelora” i podobnych programów – tak w Polsce, jak i na świecie – natychmiast stają się gwiazdami, co dziś przekłada się na setki tysięcy lajków na Instagramie i setki tysięcy złotych i dolarów w kontraktach reklamowych. Motywacja uczestników jest więc oczywista – jeśli nie znajdę miłości (a raczej nie znajdę), to przynajmniej nieźle na tym zarobię. A widzowie, nawet ci bardzo ironiczni i bardzo niechętni, z wypiekami na twarzy śledzić będą kreację romansu, a potem z równym zaangażowaniem dalsze losy zakochanych i porzuconych na ich profilach w mediach społecznościowych. Problemem może być tylko identyfikacja kolejnych zwycięzców i przegranych, bo w uniwersum „Bachelora” i jemu podobnych wszyscy wyglądają, mówią i zachowują się tak samo. Długowłose dziewczyny są opalone, jakby całe dnie spędzały na plaży, wykonują zawody takie jak higienistka, dekoratorka wnętrz albo trenerka fitness, a pod maską wyzwolonych feministek skrywają dusze romantycznych domatorek. Faceci zajmują się sprzedażą nieruchomości, coachingiem albo marketingiem, bielą zębów wygrywają nawet z blaskiem fleszy i są gotowi ślubować „że cię nie opuszczę aż do śmierci” już po trzech randkach. Nie trzeba chyba dodawać, że w życiu tak nie jest. Ale znowu, wcale nie ma tak być.

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)

Reality show o miłości z założenia jest obłudne. Sprzedając romantyczny mit o miłości od pierwszego wejrzenia, księciu z bajki i happy endzie, tak naprawdę powiela zupełnie inny schemat. Bardziej rynkowy, bardziej statystyczny, bardziej tinderowy. Cóż, jeśli da się nam do wyboru kilkanaście katalogowo pięknych kobiet i/lub mężczyzn, w końcu kogoś z tej puli wybierzemy. Tak jak w klasie, biurze czy aplikacjach randkowych – wielką miłością okaże się ktoś, z kim mamy realną szansę zbudować przyszłość, a nie wyśniona bratnia dusza z drugiego końca świata. Podsycając umiejętnie mit prawdziwej miłości – w większym stopniu u widzów niż u uczestników, producenci reality TV robią z nami, co chcą.

Głównymi bohaterami tych programów zawsze byli ukryci po drugiej stronie kamery producenci, którzy niczym sprawni lalkarze kazali swoim marionetkom robić to, co przyniesie jak najwyższą oglądalność. Emitowany w latach 2015-2018 serial „UnReal” pokazał bezwzględne producentki „Everlasting”, fikcyjnego programu opartego na założeniach „Bachelora”. Były o wiele mądrzejsze, sprytniejsze i bardziej bezwzględne niż uczestnicy. Raz po raz doprowadzały do spektakularnych upadków poszukujących miłości naiwniaków. Równie często przekraczały granice, upajając się władzą nad ludzkim losem. Uczestnicy serialowego programu przedawkowywali leki, ulegali wypadkom, popełniali samobójstwa. Tymczasem zgorzkniałe Quinn i Rachel (grane przez genialne Constance Zimmer i Shiri Appleby), którym nie było dane zaznać bezwarunkowej miłości, próbowały udowodnić, że tak naprawdę nikt nikogo nigdy nie potrafi pokochać.

(Fot. materiały prasowe)

Pytanie tylko, po której stronie chcielibyśmy się znaleźć – świadomych producentów, którzy wiedzą, że nie wystarczy dobrze wyglądać w bikini, żeby złapać męża, czy uczestników, którzy równie naiwnie, co idealistycznie, wciąż chcą wierzyć, że może być jak w komedii romantycznej. Kto opowiada się po tej drugiej stronie, ma w telewizji co oglądać.

Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę