Znaleziono 0 artykułów
18.04.2019

Upadek

Kadr z serialu „Nasza Planeta” (Fot. Netflix)

Arktyczny lód, który jest naszą ochronną tarczą, bo odbija promienie słoneczne i dzięki temu ochładza Ziemię, naprawdę się topi. W lecie 2018 roku stwierdzono, że jest go o 40 procent mniej niż o tej samej porze roku w 1980. Przyczyną jesteśmy my, co stara się pokazać serial „Nasza planeta” na Netfliksie. 

Dawno nie widziałam tak przerażającej sceny. Na 80-metrowym klifie, wystającym z Morza Arktycznego niedaleko północnych wybrzeży Rosji, leży gromada morsów. Klif, a zwłaszcza taki, który ma 80 metrów, to nie jest typowe miejsce odpoczynku tych zwierząt. Ciężkie, niezgrabne, z płetwami zamiast rąk i nóg – raczej unikają stromych ścieżek. Ale wspinają się, bo na plaży nie ma już miejsca. Tam morsy leżą jedne na drugich. Z góry wyglądają jak czerwono-brązowy dywan: kłębowisko ważących prawie dwie tony i mierzących cztery metry cielsk. Po kilku dniach odpoczynku stado wraca do wody. Zwierzęta, które wspięły się na klif, zachowują się, jakby zapomniały, jak wysoko weszły. Mają słaby wzrok, za to dobry węch: czują odpływające stado, słyszą też jego nawoływania. Gdyby leżały na krze, po prostu sturlałyby się do wody. Przesuwają swoje cielska do krawędzi. I spadają w dół, obijając się o kamienie, koziołkując, podskakując. Jedno po drugim lądują na kamieniach, 80 metrów niżej.

Kadr z serialu „Nasza Planeta” (Fot. Netflix)

Mają szczęście, jeśli umrą od razu.
Ta przyprawiająca o dreszcze scena pochodzi z nowego dokumentu „Nasza planeta” wyprodukowanego przez Netflix we współpracy z WWF. Wzorując się na słynnej przyrodniczej serii BBC, Netflix stworzył ośmioodcinkowy serial, który pokazuje piękno naszej planety. Przez cztery lata ponad 600 osób pracowało, żeby uchwycić godowe tańce rajskich ptaków, surfujące na fali pingwiny i pierwszy lot rzadkiego filipińskiego orła – małpożera. Tak samo jak w dokumentach BBC narratorem jest sir David Attenborough. Bez jego brytyjskiego akcentu i nuty ironii w głosie trudno wyobrazić sobie dzisiaj jakikolwiek serial przyrodniczy. Ale jest coś, co różni „Naszą planetę” od „Planety Ziemi”. W każdym odcinku autorzy pokazują nie tylko piękno przyrody, ale i skalę jej zniszczenia: płonące lasy, wybielające się rafy koralowe, wody pełne śmieci. Twórcy serialu bezpośrednio łączą pogarszający się stan naszej planety z naszym stylem życia. W scenie upadku morsów, która pojawia się pod koniec odcinka o zamarzniętych krainach, sir Attenborough wyraźnie zaznacza, że morsy gromadzą się w takim ścisku nie z wyboru, ale z desperacji: – Ich naturalnym domem jest morski lód, ale on wycofuje się na północ. Te klify to dla morsów najbliższe miejsce odpoczynku obok ich łowieckich terenów. Nie pozostawia wątpliwości, że gdyby nie zmniejszająca się przez ocieplenie klimatu pokrywa lodowa, morsy nie ginęłyby roztrzaskane o kamienie. Producentka tego odcinka, Sophie Lanfear, opowiada w „The Guardian”, co czuła podczas kręcenia sceny upadku: To szokujące zobaczyć coś tak dużego spadającego z takiej wysokości. Niektóre z nich umierają od razu, niektóre przygniatają te, które jeszcze są na brzegu. Niektóre nie umierają i wchodzą do morza tylko po to, żeby wrócić po chwili na brzeg i wydać ostatnie tchnienie. Leżą tam przed tobą i się trzęsą. To mnie naprawdę załamało.

Morsy na wybrzeżu Kanady (Fot. Wayne Lynch / East News)
Kadr z serialu „Nasza Planeta” (Fot. Netflix)

Ostatnie ujęcia pokazują kamienistą plażę usłaną trupami morsów. Zginęło ponad dwieście zwierząt. Nad cielskiem jednego z nich pojawia się niedźwiedź polarny. Zwęszył łatwy posiłek.

Łączenie śmierci morsów ze zmianami klimatycznymi spotkało się z krytyką wśród niektórych naukowców, o czym pisze Ed Yong, dziennikarz i felietonista „The Atlantic”. Upadki zdarzały się już wcześniej (choć nie na taką skalę), w czasach, kiedy arktyczny lód nie topniał w aż tak zastraszającym tempie. Przez trzy lata od 1994 roku naukowcy obserwowali morsy spadające z klifów na Alasce. Do dzisiaj nie znaleźli przyczyny tamtych upadków. Wielkie zgromadzenia morsów, sięgające nawet 100 tysięcy, nie są niczym nowym. Morsy na lądzie i lodzie zawsze żyją w ścisku (jednocześnie naukowcy przyznają, że zgromadzenia stały się większe niż w przeszłości – właśnie przez topnienie morskiego lodu). Ale najostrzej twórców serialu krytykowała Susan Crockford, zoolog z Uniwersytetu Wictorii. Uważa, że ekipa filmowa nakręciła wydarzenie z 2017 roku, kiedy z klifów u wybrzeży Rosji morsy zostały przegnane przez niedźwiedzie polarne. Netflix broni twierdzenia, że morsy umierają przez zmiany klimatyczne. Wypuścił klip pokazujący reakcje ekipy podczas filmowania upadku. Kamerzysta mówi: „Kiedyś spały na lodzie, nurkowały, jadły, wracały na lód. Proste”. A zapłakana Lanfear dodaje: To smutna rzeczywistość zmiany klimatycznej. Byłyby teraz na lodzie, ale nie mają innej opcji, niż przypłynąć na ląd, gdzie same siebie wystawiają na niebezpieczeństwo.

Mors pływający w Atlantyku (Fot: FLPA/Paul Hobson)

Tak naprawdę nie ma dla mnie znaczenia, czy morsy rzuciły się z 80metrowego klifu w dół, uciekając przed niedźwiedziami polarnymi, czy próbując dogonić odpływające stado. To kłótnia o detale, bo przecież morsy na tym klifie w ogóle nie powinny się znaleźć. Dyskusja o tym, co spowodowało upadek morsów, nie może odciągać od sedna problemu: arktyczny lód naprawdę się topi. Dowodzą tego kolejne badania. W lecie 2018 roku stwierdzono, że jest go o 40 procent mniej niż o tej samej porze roku w 1980. Na stronie Arctic Sea Ice News, na której co miesiąc publikowane są nowe dane, liczne wyliczenia i szczegółowe rozpiski o tysiącach kilometrów kwadratowych lodu, wynika jedno: z roku na rok morskiego lodu jest coraz mniej. Kiedyś maksymalną powierzchnię osiągał pod koniec marca. Dzisiaj po styczniu następuje załamanie i lód już się tylko cofa. Na początku kwietnia tego roku ukazały się wyniki badań prowadzonych przez glacjologa Jasona Boxa, który jasno stwierdza, że temperatura w Arktyce wzrasta wskutek ocieplającego się powietrza. Chyba nikogo już nie zaskakuje, że jest tam coraz więcej opadów deszczu i coraz mniej mroźnych dni. I że co roku ustanawiamy nowe rekordy ciepła na północny. Zmieniamy środowiska życia, nie tylko morsów, ale też krylu, pingwinów, wielorybów, fok i niedźwiedzi polarnych. I nasze środowisko, bo lodowa biała pokrywa jest naszą ochronną tarczą. Odbija promienie słoneczne i dzięki temu ochładza ziemię. Kiedy znika, zamiast niej pojawia się ciemna morska powierzchnia, która pochłania 90 procent energii słonecznej. Cieplejsze morze oznacza więcej topniejącego lodu. Błędne koło się zamyka. A morsom jest wszystko jedno, czy zginą wyczerpane szukaniem lodu do odpoczynku, czy spadając z klifu, na którym się znalazły, bo nie mogły znaleźć dryfującej kry.

Od kilku lat czytam naukowe raporty, które tak ostrożnie stawiają tezę o przyczynie zmian klimatycznych. Nie da się już od tego uciec. Przyczyną zmian klimatycznych jesteśmy my, co pokazuje serial „Nasza Planeta”. Podnosząca się temperatura Ziemi, znikanie lodu, zmiany środowiskowe, ginące gatunki – to wszystko to nasz upadek.

Katarzyna Boni
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę