Znaleziono 0 artykułów
03.05.2019

5 rzeczy, których nie wiecie o Warmii i Mazurach

Kordaki (Fot. materiały z książki) 

Pensjonat w liczącym 200 lat domu, Toskania w pobliżu Morąga, sala kinowa w lochach odbudowanego pałacu, stylizowany na nowoczesną stodołę dom, leśne SPA i gospodarstwo rolne z 200 owcami tuż pod rosyjską granicą. Aleksandra Klonowska-Szałek, autorka przewodnika „Odetchnij od miasta”, specjalnie dla nas odkrywa tajemnice najpiękniejszych regionów Polski.

Plajny. Ogród Dobrych Myśli

Kiedy docieram pod bramę w Plajnach, jest już prawie połowa grudnia, a Polska wcale nie wygląda ładnie. Na niebie szara ścierka, wokół bezlistne drzewa i wyciszone wioseczki. Na podwórkach nie bawi się żadne dziecko, ławki pod sklepem puste, wieje zimny wiatr. Próżno więc szukać kogoś, z kim można by pogadać. I w tym wszystkim na końcu drogi pojawia się podcieniowe cacuszko, cukiereczek z niebieskimi okiennicami.

Potem wychodzi Paulina, uśmiecha się, zaprasza do budynku z werandą, nalewa herbaty, podaje ciasto marchewkowe i odbiór tej grudniowej jesieniozimy zaczyna być zupełne inny.

Możliwe, że w jej 200-letnim domu mieszkali kiedyś mennonici. Ten odłam anabaptystów z Niderlandów uznawał chrzest wyłącznie dorosłych osób, a wierni jako pacyfiści odmawiali służby wojskowej i z zasady nie sprawowali żadnych urzędów. Z powodu prześladowań i braku ziemi uprawnej w Holandii w XVI wieku przyjechali do Polski na obecne tereny Żuław Wiślanych i w okolice Elbląga. Przyjęto ich tu z otwartymi ramionami i jako specjalistów od melioracji szybko doceniono, a odmienna religia nie stanowiła żadnego problemu.

Dom Pauliny w Plajnach znajduje się 17 kilometrów od Pasłęka – miasta założonego przez przybyszów z Niderlandów w XIII wieku. Jest domem podcieniowym, jednym z niewielu, które się jeszcze ostały.

– Plajny to robota mojej mamy. – Paulina z uśmiechem patrzy, jak pochłaniam ciasto marchewkowe, i opowiada o początkach pensjonatu. – Wymyśliła, że kupimy mały domek nad jeziorem, żeby sobie w nim odpoczywać.

Ale potem, w nocy, znalazła Plajny w gazecie z darmowymi ogłoszeniami, no i to nie był mały domek. Mama maluje, więc kiedy zobaczyła to cudo, postanowiła dom kupić i pomalować.

Ruina miała dużo szczęścia. Rodzice Pauliny to doświadczeni inżynierowie budowlani. We współpracy z konserwatorem zabytków odrestaurowali główny dom, a później resztę gospodarstwa.

– Na początku nikt z nas nie myślał o pensjonacie. Ja trochę jeździłam po świecie, wróciłam akurat z mężem z Meksyku, pracowałam w korporacji w Warszawie. Ale potem wszystko się zmieniło.

Po rozwodzie z mężem i korporacją Paulina zdała egzamin na tłumacza przysięgłego i ruszyła na Warmię.

– Wiesz, jak jest na Mazurach – jezioro na każdym kroku i lasy. Warmia jest inna. Zachwyciły mnie jej przestrzenie. Takie do pooddychania... – wspomina.

Plajny (Fot. materiały z książki)

– A skąd pomysł na pensjonat?

– Tańczę flamenco i zawsze wydawało mi się, że miejsc na warsztaty wyjazdowe jest w Polsce za mało.

Ogród Dobrych Myśli jako pensjonat wystartował w 2015 roku.

– Mieliśmy sporego stracha – ciągnie opowieść. – No bo co tu jest? Wydawało się nam, że przecież nic nie ma! Pola, łąki, dom i spokój. Przed przyjazdem pierwszych gości uzbroiłam się po zęby w foldery, ulotki, opowieści. A goście przyjechali, posłuchali i odparli: „To jest wszystko bardzo ciekawe, ale nam się nie chce”. Wtedy zeszło ze mnie ciśnienie i zrozumiałam, że ludzie nie przyjeżdżają do takich miejsc po „atrakcje”.

Jednak slow life na Warmii nie jest dla wszystkich. Paulina podkreśla, że w żadnym pokoju nie ma telewizora, nie sprzedają też mocnych alkoholi. To raczej miejsce dla tych, którzy docenią pyszne sery z Koziej Farmy Złotna, warzywa z własnego warzywnika, zioła suszone nad kuchnią i opowieści o mennonitach, dawnych mieszkańcach, których duchy gdzieś tu pewnie krążą.

Plajny (Fot. materiały z książki)

Poza głównym domem z podcieniem w gospodarstwie znajduje się jeszcze obora, dom właścicieli, budynek z otwartą kuchnią i oranżerią, w której odbywają się warsztaty. Do Ogrodu Dobrych Myśli przyjeżdża wiele zorganizowanych grup, które znajdują tu odpowiedni dla siebie spokój, salę warsztatową albo przestrzeń do tańca.

Plajny (Fot. materiały z książki)

Podczas rozmowy z Pauliną obserwuję krzątające się w kuchni kucharki. Przygotowują obiad dla grupy nauczycieli z Elbląga, która właśnie szkoli się w przeszklonej sali do ćwiczeń. Pachnie kawą i ciasteczkami. Od bieli ścian odcinają się niebieskie elementy – to w Plajnach kolory obowiązujące. Podobnie jak dobre myśli, od których miejsce wzięło nazwę. Tuż przy stole w kuchni, na tablicy z bardzo starą ramą widnieje kredowy napis: „Teraz wszyscy jesteśmy rodziną. Siadajcie, gdzie macie ochotę”.

Plajny (Fot. materiały z książki)

Co najmniej jedna dobra myśl przychodzi mi do głowy, kiedy stąd wyjeżdżam: „Tu mieszkają ludzie, którzy ratują stare miejsce z duszą, malują i tańczą flamenco. Będzie wam tu dobrze”.

Plajny 10 14-407 Godkowo tel. 500 320 651 www.plajny.pl

Kordaki

Kordaki (Fot. materiały z książki) 

„Wpadaj, tylko daj nam 20 minut”.

SMS od Michała dociera do mnie, kiedy kolor nieba na horyzoncie zamienia się w groźny grafit. Przy wąskiej drodze i licznych zakrętach może mi to zająć dużo więcej...

Jestem niedaleko, w Zełwągach nad jeziorem Inulec. Droga z Zełwągów do Probarku Małego zajmuje niepełny kwadrans. Mapa kusi nazwami, które kojarzę ze Slowhopa. Znam przecież Cierzpięty (z domu wakacyjnego Sielanka), Faszcze (Osada Dzika Kaczka), powinnam wpaść do Piecek, zjeść w Kadzidłowie, w końcu zobaczyć Dom Poręby. Wśród nich na trasie jest jedno miejsce, którego nie mogę ominąć, i ludzie, z którymi chcę przybić piątkę w pierwszej kolejności. Tatiana i Michał z domu wakacyjnego Kordaki. Robi się późno, zaczyna grzmieć, ale pal sześć – jadę. Z drogi na Mrągowo zjeżdżam w mniejszą, a potem jeszcze mniejszą, aż w końcu docieram do czerwonej tablicy z napisem „Mazurski Park Krajobrazowy”.

Dookoła robi się jeszcze piękniej – pusta droga w lesie, maleńkie wioski, co najmniej pięć niezwykłych domów, które miałabym ochotę zaprosić na Slowhopa i których gospodarzy chciałabym poznać, burzowe niebo i wiele mijanych tabliczek z napisem „Wolne pokoje”. Jak w PRL, kiedy szukaliśmy z rodzicami taniego noclegu w Bułgarii.

Kordaki (Fot. materiały z książki) 

Ale w samych Kordakach nigdy nie ma wolnych pokoi. Serio – prawie stuprocentowe obłożenie, choć gospodarz zazwyczaj mówi, co myśli, nie jest typem „dogadzacza za wszelką cenę” i lubi, kiedy samochody na podwórku stoją w pewnym porządku. A jednak goście przyjeżdżają tu cały rok.

Dojeżdżam przed zmierzchem. Stoją tutaj dwa domy, a na niewielkim podwórku parkuje kilka samochodów z warszawską rejestracją. W domu wszystko to, czym się kiedyś zachwycałam, oglądając zdjęcia. Kadr jak z filmu – granatowy kominek, zapalone świece, na ceglanej podłodze rozłożone dwa ogromne psy.

Siadamy przy wielkim dębowym stole z surowego drewna. Goście jadają przy nim śniadania, dzieci malują (widać ślady kredek woskowych), gospodarze pracują (dwa laptopy i kieliszek wina). To taki stół sensoryczny – pijesz pachnącą miętę, ziołową herbatkę, wcinasz ciepłe ciasto z wiśniami i mimochodem głaszczesz szczeliny w drewnie. Robiłam to przez cały wieczór w Kordakach.

Kordaki (Fot. materiały z książki) 

− Jak to możliwe, że jest tak czysto? – zadaję głupie pytanie kogoś, kto kilka godzin wcześniej wydrapywał paznokciem czekoladę ze szpar w podłodze.

− No przestań, a jak myślisz, dlaczego prosiliśmy o te 20 minut?

Salon, w którym siedzimy, jest prywatną przestrzenią gospodarzy, normalnym domem, który tylko rano staje się miejscem, gdzie goście mogą zjeść śniadanie. Ale tuż po nim to przestrzeń rodzinna, to tu suszy się pranie, odrabia się lekcje i rozwala na kanapie przy serialu z Netfliksa. Bez tych terytorialnych i czasowych granic prowadzenie agroturystyki i jakiekolwiek normalne życie byłyby trudne do zniesienia. Goście mieszkają w drugim domu i mają do dyspozycji większy apartament (naprawdę wielki, jego powierzchnia to 120 metrów kwadratowych i zmieści się tam sześć osób) i mniejszy (dla dwóch osób). 

Wystarczy mi wieczór, żeby stwierdzić, dlaczego goście przyjeżdżają tu tabunami. Tatiana to jedna z najcieplejszych osób, jakie kiedykolwiek spotkałam, a Michał, mimo talentu do tworzenia jasnych zasad i szczerych wypowiedzi, jest typem kumpla, który śmieje się zaraźliwie i z którym można przegadać całą noc przy butelce dobrego wina. Jeśli ktoś szuka spektakularnej historii o ucieczce z wielkiego miasta – tu ją odnajdzie. Obydwoje, Tatiana i Michał, pracowali w poprzednim (miejskim) życiu w branży filmowej. On był operatorem filmowym, ona – drugą reżyserką. Wiadomo, jak to jest: aktorzy, premiery, bankiety, high life, lampka prosecco w dłoni, długie wieczory, późne poranki. W tym miejscu powinno się znaleźć zdanie „I wtedy postanowili zacząć proste życie na wsi”. Nie wiem, czy tak jest, dawno przestałam o to pytać.

Na stałe zamieszkali w Probarku Małym w 2010 roku, całkowicie zmieniając swoje życie akurat w dniu katastrofy w Smoleńsku. Ich proste życie to przytulone do lasu gospodarstwo na końcu wsi, dwójka dzieci, goście dwóch apartamentów i zdalna praca przy własnych projektach. Michał pracuje dla kilku magazynów wnętrzarskich, fotografując najpiękniejsze domy i mieszkania w Polsce. Tatiana nadal działa w branży filmowej – szuka reżyserów do filmów reklamowych. Na początku w Kordakach wcale nie było łatwo. Teraz trudno im stąd wyjeżdżać. Wracając do domu przez zamglony las, myślę, że całkowicie to rozumiem.

Probark Mały 9 11-700 Probark Mały tel. 501 255 024 www.kordaki.pl

Kolonia Mazurska Mierki

Do Kolonii Mazurskiej Mierki prowadzi mnie długa leśna droga, pachnący sosnowy bór i ciekawość, czy miejsce, o którym tyle wiem z rozmów z Danką i relacji jej gości, okaże się dokładnie takie, jak je sobie wyobrażałam.

Kolonia Mazurska (Fot. materiały z książki)

Wiem całkiem sporo. Że Danka zbudowała swój drewniany dom na polanie w lesie pod Olsztynkiem. To nie są jakieś tam lasy, tylko Puszcza Napiwodzko-Ramucka, około 1500 metrów kwadratowych boru sosnowego z podziemną rzeką, ponad stoma jeziorkami leśnymi i jeziorem Pluszne.

Historia Danki z grubsza pasuje do tej opisywanej przez Małgorzatę Kalicińską. Przyjechała tu sama, postawiła drewniany dom i niewielką stajnię, a potem postanowiła przyjmować gości. Więcej od niej nie wyciągnę, bo niespecjalnie przepada za opowiadaniem o sobie. Wzrusza ramionami, kiedy dopytuję, jak to zrobiła, sama, taki dom na polanie w lesie.

− E tam – mówi niechętnie. – Już nie jestem sama, nie ma sensu o tym pisać.

Teraz jest Piotr. Rybak z zawodu. Obydwoje z Danką są częścią tego samego endemicznego gatunku. Ludzie leśno-wodni, tacy, co nie boją się tego, co w lasach i jeziorach, i jeśli nie ma ich akurat w domu, prawdopodobnie spędzają czas tam, gdzie żaden trwożliwy mieszczuch raczej się nie zapuści. Nigdy nie widziałam ich wspólnego selfie, są za to mistrzami w fotograficznych ujęciach przyrody z perspektywy gumowców. Bywa, że kiedy w sezonie wynajmą wszystkie pokoje, łącznie z własnym, nocują na jeziorze w pontonie. Zdarza się, że gdzieś w namiocie w lesie.

− Gdyby to ode mnie zależało, mieszkałabym jeszcze bardziej w lesie i jeszcze bardziej na bagnach – mówi Danka, a Piotr potwierdza krótkim kiwnięciem głowy.

Daleko nie mają, Puszcza Napiwodzko-Ramucka jest pozostałością ogromnego kompleksu zwanego Wielką Puszczą albo Puszczą Galindzką, rozpościerającego się między Nidzicą, Olsztynkiem, Giżyckiem, Ełkiem a rzeką Narew. Naprawdę jest gdzie dyskretnie zejść ludziom z oczu.

Las, las, jego najgłębsze zakamarki i jeziora – o tym Danka może mówić dużo.

Kolonia Mazurska (Fot. materiały z książki)

– Tu są miejsca dla tych, co się nie boją zejść z leśnego duktu. Gdzie dziki mają wanny i skąd widać najpiękniejszy wschód słońca na Warmii i Mazurach. Polowali w naszych lasach Chruszczow, Breżniew, Fidel Castro i wszyscy chcieli spać w łóżku Göringa, który jeszcze przed wojną upodobał sobie te lasy – ciągnie swą opowieść Danka. – Żeby te wszystkie osobistości miały spokój przy polowaniach, wysiedlono wioskę Orzechowo. Została po niej przepiękna polana. Stoi tam wielki kościół, stara plebania i bardzo duży (jak na wioskę, której nie ma) cmentarz. Są tam i polskie, i niemieckie nazwiska.

Kolonia Mazurska Mierki to agroturystyka w środku lasu. Nie hotel, nie pensjonat – Danka podkreśla, że to jest po prostu agroturystyka i żeby się nie spodziewać nie wiadomo czego. Na wszelkie sposoby próbuje gości uprzedzić, że nie ma wanny z hydromasażem i klimatzatorów. Nie będzie śniadań do łóżka i room service. Będą po prostu polana w lesie, fajny dom z drewna, wielki kominek i kupa drzew wokół. 

Kolonia Mazurska (Fot. materiały z książki)

W drewnianym domu jest pięć pokoi i coś w rodzaju salonu z kominkiem, który odgrywa rolę centrum zasilania ciepłem. To prosta, wiejska sytuacja: nie napalisz, nie ma ciepła. No, chyba że to bijące od gospodarzy i psa Puppy Kulki – zgodnie z imieniem wielkiej puchatej kuli napakowanej futrem i energią. Ktoś ją kiedyś podrzucił pod drzwi Danki i Piotra i już została.

Patrzę na nią i rozumiem decyzję gospodarzy. Kiedy Puppy biega po okolicy, w ostatnim momencie omijając naturalne przeszkody – jej futro biegnie kilka sekund później. Jak w animacji Disneya. Patrzenie na nią powinno się zalecać w terapiach antydepresyjnych. W Kolonii mieszkają też dwa konie, Arizona i Pompidou, choć nie ma tu typowej stajni. Jest raczej stajnia „slow”, w której może dojść do pierwszego ważnego kontaktu dorosłego z koniem. Będzie wtedy jazda wierzchem, spacery z koniem po lesie i coś w rodzaju terapii. Sama Danka jest zresztą hipoterapeutką i do swoich zwierząt ma specjalny stosunek. Pewnie dlatego nadal „uczy” swoje konie, a pomagają jej w tym nasi polscy zaklinacze.

Kolonia Mazurska (Fot. materiały z książki)

Nie do końca wiem, czy zaliczyć Kolonię Mazurską Mierki do Warmii, czy do Mazur, i nie wiedzą tego sami gospodarze, bo jak mi tłumaczą, przebiega tu ostra granica między dwoma regionami. Można zrobić rozkrok i połową ciała być na Mazurach, a drugą połową cieszyć się urlopem na Warmii. Taki wypoczynek idealnie warmińsko-mazurski.

Mierki 61B
11-015 Olsztynek
tel. 501 721 766 www.koloniamazurska.pl

Hotel Gallery 69

Był mroźny lutowy dzień, rozpoczynał się akurat walentynkowy weekend. Budynek wcale nie wyglądał jak dawna szkoła. Ani tym bardziej jak hotel. Zamiast wypolerowanego recepcyjnego holu, pokrytego odporną na plamy przemysłową wykładziną, zobaczyłam korytarz, w którym na podłodze leżało kilkanaście par białych figurówek. Rzuconych dość niedbale, jakby jakaś wesoła grupa po prostu zdjęła je z nóg w pośpiechu i pobiegła na obiad. W pokojach hotelowych dywany leżały na surowej podłodze i wszystko wyglądało inaczej niż w jakimkolwiek innym polskim hotelu. I choć teraz Galery69 jest częścią Design Hotels, sieci zrzeszającej najpiękniejsze hotele na świecie – wtedy surowy beton i sklejka jeszcze nie kojarzyły mi się z designem.

No i basen. Rezerwowany jakoś dziwacznie, jako usługa na wyłączność dla pary lub grupy przyjaciół. Nie był lokalnym ośrodkiem sportu i rekreacji jak wszędzie, lecz dawał luksus posiadania całego basenu z sauną tylko dla siebie. Podczas wieczornego ogniska, rozpalonego w formie naciętego drewnianego bala na tafli jeziora, gospodarze opowiadali o sobie i hotelu. Nawet nazwa była zaskakująca. O tym, że pisałam ją z błędem, dowiedziałam się dopiero dziewięć lat później.

Hotel Gallery 69 (Fot. materiały z książki) 

„Galery69” wcale nie oznacza galerii, mimo że to miejsce trochę ją przypomina. Genezę nazwy znajduję na stronie hotelu: „łódź wioślarzy jako synonim ciężkiej pracy oraz galeria w prostym skojarzeniu. 69 nawiązuje do starego powiedzenia: żeby główkować, trzeba mieć łeb sześć na dziewięć”. I tak na każdym kroku. Wszędzie tu widać skłonność, by iść pod prąd, w drugą stronę, trochę w poprzek.

Tak naprawdę najpierw była Manufaktura69, miejsce, gdzie małżeństwo z nadmiarem kreatywności mogło swobodnie wyrzucać z siebie pomysły i przetwarzać je na meble. Zaprojektowane i stworzone w Manufakturze69 łóżka, szafy, drewniane rzeźby musiały znaleźć się w jakimś showroomie. Nie było na niego lepszego miejsca niż dawna szkoła w Dorotowie, malowniczo położona nad samym Jeziorem Wulpińskim.

Meble, rzeźby, potem własna kolekcja ubrań. Wszystko nieoczywiste, zastanawia i budzi mieszane uczucia. Tak ma być. Tak miało być od samego początku. Małgosia i Wojtek, właściciele Hotelu Galery69, projektują nie tylko przedmioty i meble wypełniające hotel, lecz także czas gości. Organizują wyjątkowe koncerty nad jeziorem, znane nie tylko w okolicy. Zimą wyciągają gości na łyżwy, zapraszają na deskę surfingową albo zjazdówki, które później Wojtek ciągnie za quadem. Latają na bojerach, uprawiają snowkiting, czyli coś w rodzaju zimowego kitesurfingu, urządzają wikińskie ogniska na jeziorze, kuligi i nic z tego nie jest zwyczajne.

– To nasz dom i cały nasz świat – mówi Małgosia Żółtowska, właścicielka Hotelu Galery69. – Sami go kreujemy, a nasi goście znajdują tu naszego ducha. To on kręci się po pokojach, siedzi w meblach, czuć go w smakach w restauracji. Wszystko jest według naszych zasad. Robimy ciekawe rzeczy, ale od razu zastrzegamy, że nie wszystkim będzie u nas dobrze.

Hotel Gallery 69 (Fot. materiały z książki) 

W tym, co mówi Małgosia, i w sposobie, w jaki mówi (ciepły, choć stanowczy), daje się wyczuć lata doświadczeń. A dokładnie 19 lat hotelarskiej praktyki, dostosowywanie swoich oczekiwań do wymagań gości przy jednoczesnym 

trzymaniu się własnych reguł. Trzeba jeszcze pamiętać o recenzjach, nie tylko dobrych. W świecie, w którym komercyjny sukces odnoszą hotele skrojone pod potrzeby rodzin z dziećmi, gospodarze wybrali kategorię „tylko dla dorosłych”. A przecież jako założycielka Slowhopa znam reakcje na ograniczenie gości wyłącznie do osób dorosłych. Niekoniecznie pozytywne.

Hotel Gallery 69 (Fot. materiały z książki) 

– Kiedyś ktoś powiedział, że nie mamy dla niego oferty, bo podróżuje z dziećmi. Odparliśmy, że ta oferta, owszem, jest, ale inaczej obmyślona – opowiada pogodnie Małgosia. – Kiedyś, gdy będzie potrzebował czasu dla siebie, wybierze może właśnie nasz hotel.

Na każdy zarzut, że przecież jak to tak bez dzieci, gospodarze cierpliwie odpowiadają, że po prostu nie ma tu dla dzieci warunków. Hotel stoi we wsi, przy dość ruchliwej ulicy, goście spędzają czas głównie w budynku i nad jeziorem. Nie ma miejsca na place zabaw i bawialnie. Nie należy się również spodziewać całkowitej ciszy. Hotel jest przecież z założenia miejscem, gdzie są inni ludzie i ich emocje.

– Może być różnie – dodaje z uśmiechem Małgosia, a ja pilnie studiuję odpowiedzi Hotelu Galery69 na niepochlebne komentarze w internecie.

Takie rzeczy podcinają skrzydła wszystkim początkującym gospodarzom pensjonatów. Doświadczonym już nie. Odpowiedzi są jednak konsekwentne, pełne kultury i pogody ducha.

Hotel Gallery 69 (Fot. materiały z książki) 

– Ja naprawdę szanuję wszystkie opinie. Te dobre i te złe, bo na tych drugich się uczymy. Ale od lat pracuję nad tym, żeby hotelarstwu i restauracjom dać ludzką twarz, i staram się pokazać, że istotą naszej pracy nie jest służalczość. Zapraszamy gości, czekamy na nich, pokazujemy nasz pomysł na to, by wyjechali nieco zaskoczeni, może zrobili u nas coś, czego nie robią na co dzień. Ale nigdy nie będziemy dostosowywać się do roszczeń. Tak postanowiliśmy i chyba dzięki temu mamy fajnych gości, świadomych tego, po co do nas przyjeżdżają. Pewnie dlatego nadal cieszy nas to, co robimy.

Dorotowo 38
11-034 Stawiguda tel. 606 743 890 www.hotelgalery69.pl

Agrozagadka

Agrozagadka (Fot. materiały z książki)

U Moniki i Maćka jest kameralnie (tylko dwa pokoje na piętrze) i stuprocentowo autentycznie. Prowadzi tu z Bogaczewa tylko jedna droga, która kończy się przy gospodarskich zabudowaniach, jakby ktoś chciał powiedzieć: tak, to właśnie tutaj chciałeś się znaleźć, nigdzie dalej już nie jedź. Z niewielkiego patio na pewno wyjdzie gospodarz, właściciel najszerszego uśmiechu na Mazurach, zaraz za nim Monika i obiecujący zapach z kuchni, a potem dwójka ich dzieci.

Byłam w Agrozagadce w najgorszym momencie wczesnej jesieni. To był jeden z tych dni, które powinno się z godnością ignorować przy własnym kominku, czekając, aż minie. Albo przyjechać w miejsce, które już samo w sobie oferuje dobrą terapię. Zarówno Monika, jak i Maciek mają dokładnie ten sam przydział energii. Dużo mówią, dużo gestykulują, dużo się uśmiechają. To nie jest stała cecha gospodarzy takich miejsc. Bywa, że właściciele pensjonatów i agroturystyk mają powyżej uszu pytań o to, jak to się wszystko zaczęło, skąd przyjechali i czy przypadkiem nie pracowali wcześniej w korporacji. Przy tak ogromnej liczbie gości trudno im się dziwić, przecież opowiadają te historie setki razy. I wcale się nie garną do kontaktu z gościem, zostawiając i jemu, i sobie wystarczająco dużo przestrzeni.

Z Moniką i Maćkiem jest inaczej. Człowiek ma wrażenie, że spotkał się z dawno niewidzianymi przyjaciółmi. Można z nimi gadać godzinami,

Agrozagadka (Fot. materiały z książki)

opowiadać, jeść sery i popijać warzonym przez Maćka piwem. Przy czym ważne jest to, że wcale nie trzeba tego robić. Pokoje dla gości są na piętrze i mają niezależne wejście.

Monika i Maciek pochodzą z Mazur i jak wielu Polaków przez pewien czas poszukiwali szczęścia w Irlandii. Tam urodził się ich synek, dumny zresztą z bycia poniekąd Irlandczykiem. Po paru latach wrócili do siebie i – takie miałam wrażenie, będąc w Agrozagadce – przywieźli trochę tej irlandzkiej wesołości i poczucia humoru ze sobą.

Nikt się tu na nic nie sili, jest, jak jest, i po jednym dniu każdy się orientuje, że jest dokładnie tak, jak być powinno. We wnętrzach widać dobry pomysł na odnowienie starego domu w smaczny sposób. Dają tutaj dobre jedzenie, osobiście warzone piwo, sery własnej produkcji i taki kawał serdeczności, że człowiek wyjeżdża na przyjemnym, wakacyjnym rauszu i leci na tych emocjach jeszcze przez jakiś czas. Poczują się tu dobrze rodziny z dziećmi, które szukają wiejskiego azylu, single i pary łaknące dobrego towarzystwa uśmiechniętych ludzi oraz wrogowie kostek rosołowych i sklepowego jedzenia.

Agrozagadka (Fot. materiały z książki)

Bogaczewo 50
11-500 Giżycko
tel. 512 016 991 www.agrozagadka.com

A dodatkowo Aleksandra Klonowska-Szałek dzieli się z nami sekretami Warmii i Mazur.

To nie to samo

Warmia to nie Mazury, a Mazury to nie Warmia. Jest Warmia i są Mazury. I nigdy, przenigdy niech was nie podkusi, żeby te dwie rzeczy łączyć. Przynajmniej w obecności mieszkańców Warmii i Mazur. Pozostałym jest wszystko jedno…

Najmniejsze miasteczko świata

Kryptonim W-1 – takie oznaczenie tuż po wojnie otrzymał tajny rządowy ośrodek w Łańsku na Pojezierzu Olsztyńskim. Jeszcze przed wojną bogate w zwierzynę lasy odwiedzał Herman Göring, a po wojnie przyjeżdżało tu na polowania wielu komunistycznych dygnitarzy, a nawet koronowane głowy. Oprócz Bieruta, Cyrankiewicza i Gierka bywali tu Chruszczow, Breżniew, Castro, a nawet szachinszach Iranu Mohammad Reza Pahlawi. W lasach niedaleko Łańska znajduje się wieś widmo. Orzechowo padło ofiarą chciwości ówczesnych rządzących. W celu zwiększenia terenów łowieckich dla ośrodka rządowego w Łańsku w latach 70. mieszkańcom kazano się wynosić. Pozostały tylko samotny kościół i kilka domów. Aktualnie w Orzechowie mieszkają cztery osoby.

Sztuka życia

Na Warmii znajduje się jedna z najbardziej artystycznych wiosek w Polsce. Okolice Nowego Kawkowa przyciągają wolne dusze. To tam znajduje się największe w Polsce pole lawendy, do agroturystyk ściągają grupy jogowe z całej Polski i wszyscy przyznają, że to miejsce ma w sobie specjalną energię. We wrześniu warto się wybrać do Nowego Kawkowa na festiwal Sztuka w Obejściu. Inicjowany przez znany już Teatr Węgajty festiwal to jedyny czas, kiedy wszystkie agroturystyki, galerie, kawiarnie i miejsca twórcze otwierają szeroko drzwi dla odwiedzających, kuszą pysznym jedzeniem i zapraszają na wydarzenia, spektakle i wykłady.

Tratwą po trawie

Kanał Elbląski to jedyne miejsce w Polsce, gdzie statki płyną po trawie. Ponad 150 kilometrów z Elbląga do Ostródy można pokonać w taki właśnie niezwykły sposób. Wielki budowniczy Kanału Elbląskiego Georg Jacob Steenke lubił niewykonalne zadania, więc gdy poproszono go o zaprojektowanie połączenia jezior Pojezierza Iławskiego przez jezioro Druzno z Elblągiem i Zalewem Wiślanym, solidnie się przygotował. Pojechał nawet do USA, gdzie przyglądał się kanałowi Morris z 23 pochylniami. Tam zdobył inspirację, ale Kanał Elbląski zrobił po swojemu. Zaprojektował pięć pochylni, które miały zniwelować 100-metrową różnicę poziomów między akwenami. Statki pokonują wzniesienia na specjalnych wózkach, napędzanych wyłącznie siłą wody przez ogromne koła wodne.

Aleksandra Klonowska-Szałek (Fot. materiały prasowe)

Biegnący z wilkami

Na północny wschód od Węgorzewa, w Lasach Skaliskich znajduje się prywatne państwo – Republika Ściborska. Panują tam skautowskie zasady: nie można pić alkoholu, palić tytoniu ani przeklinać. To jedno z niewielu miejsc w Polsce, gdzie można pojeździć psimi zaprzęgami, a nawet zrobić kurs maszera. Twórcą Republiki Ściborskiej jest Darek Morsztyn, zwany Biegnącym Wilkiem. Dawniej nauczyciel WF, teraz założyciel Muzeum Marii Rodziewiczówny, Muzeum Polarnego, osiedla traperskich chat (można w nich mieszkać) i organizator najbardziej dzikiego zimowego festiwalu Biegun Zimna.

Okładka książki (Fot. materiały prasowe)

 

Aleksandra Klonowska-Szałek
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę