Znaleziono 0 artykułów
03.03.2021

60 lat Muzeum Włókiennictwa w Łodzi: O czym mówią tkaniny

(Materiały prasowe)

Jubileuszowa wystawa w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi „Działy otwarte / Działy zamknięte” to wielopoziomowa historia związków między tkaniną a odzieżą, ale też tkanin z państwowością, ubrań z literaturą, osób produkujących z użytkowniczkami i użytkownikami, wreszcie mody z tożsamością – płciową, narodową, każdą. Niesamowite, o jak wielu rzeczach mogą mówić tkaniny. 

Gdybym miała zgadywać, co zobaczę na wystawie poświęconej jubileuszowi Muzeum Włókiennictwa, raczej nie wpadłabym, że zastanę tam dywan ku czci reformy wojewódzkiej z 1975 roku. Tymczasem zastałam. Jest imponujący, zajmuje kawał ściany i przedstawia mapę Polski, na niej 49 herbów miast zwieńczone współczesnym godłem. Orzeł bowiem, inaczej niż w PRL, ma na głowie koronę. Jak twierdzi Marcin Różyc, kurator tej części ekspozycji, koronę doszyto po 1989 roku. Praca Haliny Ładanowskiej pochodzi z lat 1975–1976, wtedy na pewno miał gołą głowę.
A to nie koniec zaskoczeń. Wystawa „Działy otwarte / Działy zamknięte” to jedna wielka niespodzianka. Można spacerować po niej w tę i z powrotem i za każdym razem znajdować coś nowego. Bo też o to chodziło głównej kuratorce muzeum Marcie Kowalewskiej – pokazać zbiory w niepokazywanych dotąd kontekstach.

(Materiały prasowe)

„Działy otwarte / Działy zamknięte”: Wystawa utkana jak esej 

Tytuł wystawy „Działy otwarte / Działy zamknięte” pochodzi z tekstu, w którym współzałożycielka i długoletnia dyrektorka łódzkiego muzeum, Krystyna Kondratiuk, objaśniała strukturę instytucji. Po 60 latach nadszedł czas na reinterpretację – nie tylko zgromadzonych dzieł, ale także roli i definicji muzeum. O tej toczy się w świecie dyskusja. W 2019 roku podczas Konferencji Generalnej Międzynarodowej Rady Muzeum ICOM w Kioto zaproponowano atrakcyjne brzmienie: „Muzea są wielogłosowymi przestrzeniami demokratycznej integracji służącymi krytycznemu dialogowi na temat przeszłości i przyszłości”. Wystawa w Łodzi sprzyja tej definicji. 
Marta Kowalewska i dyrektorka Muzeum Aneta Dalbiak zaprosiły do współpracy dwie artystki i kuratora. Wpuściły ich do archiwów i zostawiły wolną rękę – wiadomo było tyle, że związana z łódzką ASP dr Dominika Krogulska-Czekalska zajmie się tkaniną przemysłową, artystka Małgorzata Markiewicz – artystyczną, a Marcin Różyc, który jest kuratorem i krytykiem mody – odzieżą. Mogły powstać trzy ekspozycje, powstała spójna opowieść. Bo okazało się, że poszczególne działy są otwarte na inne, współgrają, współpracują. Jak zauważa Dominika Krogulska-Czekalska – słowa „text” i „textile” mają wspólne źródło – „texere”, czyli „tkać”. Badaczka Karolina Sulej, która recenzowała tę wystawę w magazynie „Miej Miejsce”, napisała, że to ekspozycja-esej. 
Istotnie, autorki i autor snują – skoro już jesteśmy przy włókienniczych metaforach – wielopoziomową historię związków między tkaniną a odzieżą, ale też tkanin z państwowością, ubrań z literaturą, osób produkujących z użytkowniczkami i użytkownikami, wreszcie mody (jeśli włączymy w nią proces powstawania, a nie tylko efekt) z tożsamością – płciową, narodową, każdą.

(Materiały prasowe)

Marcin Różyc: Budowanie sensów

Dzięki temu mógł w muzealnej przestrzeni zawisnąć dywan poświęcony reformie wojewódzkiej. Praca Haliny Ładanowskiej jest wprawdzie dobrze znana koneserom (tkanin, nie województw), ale być może nie najbardziej reprezentatywna dla twórczości łódzkich artystek i artystów. Muzeum Włókiennictwa to wszak sceneria Międzynarodowego Triennale Tkaniny – imprezy wymyślonej jeszcze w latach 60. (i realizowanej od 1975 roku) przez Krystynę Kondratiuk, wystawiały tam swoje prace mistrzynie pokroju Magdaleny Abakanowicz po to, by świat pamiętał o polskiej szkole tkaniny. 

Marcin Różyc wybrał „Mapę Polski” nie dla jej urody, a dla sensu. Powiesił pomiędzy pokoikiem z żupanami a rzeźbą Przemysława Branasa z lat 2018–2019 „Gucci, Louis Vuitton, Prada, Nike, Adidas, Acne, Bottega Veneta, Balenciaga, Miu Miu, Dior, Hermes Paris”. Branas zbudował herosa ze znalezionych na śmietnikach opakowań po markowych ciuchach. W pokoiku z żupanami spotykamy XIX-wieczne żupany galicyjskie zestawione z żakietem zaprojektowanym w 1990 roku przez Jerzego Antkowiaka. Pomiędzy nimi wisi obraz Krzysztofa Gila „Mama mówiła, że miała oczy w kolorze nieba”. Romski artysta namalował autoportret, na którym ubrany w żupan trzyma na rękach niebieskooką prababkę. Jej polskie pochodzenie dawało nadzieję rodzicom Gila, że syn nie będzie wykluczony. 
Różyc zestawia te elementy – żupany, PRL-owską propagandę i logotypy znanych marek – by przyjrzeć się wykorzystaniu ikonografii. Żupan, z pochodzenia orientalny, stał się narodowym polskim strojem – symbolem polskości. Potężna w zamyśle Polska lat 70. zasługiwała, by ją pracowicie utkać. Współczesna moda, a wraz z nią współczesny mężczyzna nadymają się do rozpuku, a w środku okazują się puści. 
– Czar tworzenia mody zestawiam z czarem tworzenia państwa – tłumaczy Marcin Różyc. – Moda musi oszukać, że nie jest zwykłą rzeczą, tak samo państwo musi oszukać, że nie jest zwykłym kawałkiem ziemi, o który trzeba dbać, a czymś, co trzeba czcić, za co warto oddać życie. To oczywiście może być piękna idea, tak jak moda jest piękna.

(Materiały prasowe)

Dominika Krogulska-Czekalska: Bogactwo możliwości

Równie mocne wrażenie wywołuje wyświetlone na tle stylowych krzesła i fotela zdjęcie Salonu Czerwonego pałacu w Nieborowie. W dalszym planie ekspozycji pilnuje pani z twarzą zasłoniętą maseczką. W pierwszym – dziewczyna w stylu hippie i niebieskich kapciach z plastiku robi selfie przed lustrem. W głowie majaczy mi słynne zdjęcie Martina Parra z turystami fotografującymi w Luwrze „Monę Lizę”. Głowa, jak to ona, robi psikusy, bo w Nieborowie nie ma ani tłumów, ani dzieł wpisanych w popkulturę wystarczająco mocno, by tłumy przyciągać. Smartfon i maseczka na zdjęciu Urszuli Tarasiewicz mówią o ciągłości czasu, może też coś o filtrowaniu rzeczywistości nie tyle przez obiektyw telefonu, co przez epokę, w której żyjemy. Bo przecież zwiedzając pałac w Nieborowie, wyobrażamy sobie, że dotykamy dziedzictwa Radziwiłłów. Rzadko pamiętamy, że po wojennych zniszczeniach (akurat w tym wypadku nie były one dramatyczne) trzeba tam było zrobić remont. Zdjęcie Salonu Czerwonego to właśnie opowieść o rekonstrukcji. Bo czerwone obicia ścian, foteli i kotara w drzwiach to prace Adama Nahlika i Heleny Przytulskiej z 1970 roku. Zrekonstruowali wtedy francuską tkaninę z XVIII wieku. W zaawansowanym XXI wieku podświadomość zrównuje artefakty sprzed 300 lat i raptem 50. Jedno i drugie było dawno, to wystarczy. Zdjęcie z Nieborowa to pomysł dr Dominiki Krogulskiej-Czekalskiej. Ma wywołać z pamięci współzałożyciela Muzeum Adama Nahlika, następcę Krystyny Kondratiuk na stanowisku dyrektora. Nahlik, badacz i twórca tkanin, miał duży wpływ na działalność spółdzielni „Rękodzieło Artystyczne”, która zajmowała się między innymi rekonstrukcją tkanin zniszczonych w czasie wojny. „Myślę, że wspólne działanie artysty włókiennika z wytwórcą wypełnia dziś jakąś lukę wytworzoną przez wprowadzenie do przemysłu XIX wieku krosien mechanicznych, wielkoprzemysłowych metod produkcji, które orientując się na masowość, nie sprzyjały równocześnie kulturze” – mówił Nahlik, a Krogulska-Czekalska uważa to zdanie za kluczowe do zrozumienia swojej części wystawy. – O dokonaniach i spostrzeżeniach dr. Nahlika warto rozmawiać w XXI wieku, kiedy stoimy przed koniecznością natychmiastowych zmian w myśleniu o konsumpcji, produkcji czy rozwoju. Sugestia zatrzymania wzrostu ma stworzyć nadzieję dla ludzkości – mówi. Do pokazania, jak zatrzymać wzrost, nie rezygnując z bogactwa możliwości, zaprosiła swoich studentów z Pracowni Tkaniny Dekoracyjnej łódzkiej ASP. Wspólnie zastanawiają się, czy współczesność stworzyła nowy ornament.

(Materiały prasowe)

Małgorzata Markiewicz: Dość powściągliwości

Wystawę zamykają „Biusto-nogi”, które siedzą na „Rozstępach”. Prace Lidii Cankovej (1983) i Natalii Koncy (współcześnie) dzieli 40 lat, a łączy zrozumienie dla kobiecej niedoskonałości. To zwieńczenie przygotowanej przez Małgorzatę Markiewicz ekspozycji, której osią jest kobiece zmaganie z rzeczywistością. Artystka mówi w wywiadach, że punktem wyjścia dla jej interpretacji muzealnych zbiorów była lektura katalogów, w których wraz z awansem kobiet na wyższe stanowiska znikały feminatywy. – Duże poruszenie na Biennale w Lozannie w 1962 roku wywołały polskie artystki, m.in. Magdalena Abakanowicz, Jolanta Owidzka. Zaprezentowały one własnoręcznie wykonane tkaniny, co jako praktyka było bliższe tradycji tkactwa ludowego niż salonowym gobelinom tworzonym na bazie malarskich kartonów przez mistrzów tkackich. W Lozannie dały się słyszeć głosy, że te polskie „dziewczynki” trzeba sprowadzić na właściwą drogę, że są zbyt nieokiełznane i łamią reguły. To wejście przez kobiety w kontekst kultury dotychczas pomijający wszystkie inne osoby, niebędące białym mężczyzną, to tworzenie opowieści o sobie samych, swoim własnym językiem, na własnych warunkach, stało się dla mnie inspiracją do pracy – tłumaczy w rozmowie opublikowanej na stronie Centralnego Muzeum Włókiennictwa. 
Dlatego teraz oddała kobietom głos i dorzuciła trochę własnego. Spoiwem tej części wystawy są cytaty z tekstu francuskiej filozofki Hélène Cixous „Śmiech Meduzy”. Mówią, w największym skrócie, o tym, że kobiety muszą wreszcie mówić własnym głosem, przestać wstydzić się opinii i emocji, nie ukrywać siebie samych. Najlepiej widocznym obiektem jest praca autorstwa Markiewicz „Meduza”. Utkana z wełen, lnu i sizalu symbolizuje koniec powściągliwości, w każdym sensie. Bo to, zdaje się, Markiewicz chce przekazać – dość powściągania, rozciągnijmy nici, wici, wątki tak szeroko, jak tylko chcemy. A nie jedynie, jak się da.

Jubileusz Muzeum Włókiennictwa: Brawurowe otwarcie

Wystawę „Działy otwarte / Działy zamknięte” po prostu trzeba zobaczyć. Nie trzeba interesować się modą, wystarczy mieć ciekawość. Bo mnóstwo tam świetnych rzeczy, które działają w kontekście i zupełnie bez. Różowa puderniczka, makatka „Olsztyn” utkana przez Barbarę Hulanicką (imienniczkę Biby), książka Marty Madejskiej „Aleja Włókniarek”, suknie Telimeny i łącząca dom mody z „Panem Tadeuszem” gra wideo „Mrówki” Luke’a Jascza i Dominika Zwyrtka, poświęcone związanym z muzeum kobietom tkaniny stworzone przez współczesne włókniarki. Krótko mówiąc, mnóstwo tam detali do wyłuskania. Muzeum, korzystając z jubileuszu, brawurowo otworzyło zamknięte dotąd działy. 

* Przy okazji Vogue Festiwal i naszych trzecich urodzin zapraszamy was na film, w którym Marcin Różyc oprowadzi was po wystawie „Działy otwarte / Działy zamknięte”. Wideo dostępne na stronie Vogue.pl od piątku 5 marca.

Aleksandra Boćkowska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę