Znaleziono 0 artykułów
17.08.2019

Demontaż atrakcji: Pewnego razu… w Hollywood

Kadr z Pewnego razu... ( fot. East News)

Nieważne, jak naprawdę żyje się w La Rochelle. Ważne, jak kurort jawi się latem. Podobnie jest w filmie Tarantino, który nawet nie bawi się prawdą, tylko traktuje widzów jak turystów.

Wakacje 2019. Jeszcze przed seansem moja córka pyta, kto tym razem będzie grał Tarantino. Wiele razy słyszała już tę nazwę i ma wrażenie, że to jakiś kolejny bohater: obok Spidermana, Batmana i Tintina. I owszem, okazuje się, że będzie to jak zwykle głębokie zanurzenie w TarantinoVerse.

Film oglądamy w La Rochelle, małym francuskim kurorcie w jedynym tutejszym kinie, które gra wersję bez dubbingu. Widownia jest pełna turystów i wieczór toczy się idealnie, bo na zewnątrz się chmurzy i jak na zamówienie zaczyna się mżawka – ulubiona pogoda kiniarzy. Ustanie na moment po napisach końcowych. Akurat, żeby zdążyć dojść na kolację z widokiem na ocean, podyskutować o filmie przy garnku pełnym muli. Staroświecki anturaż kina idealnie zgrywa się z tym, co właśnie widzieliśmy – snem o złotym Hollywood, które opowiada sobie bajkę na dobranoc.

Wakacje 1969 w Los Angeles były podobno przesycone niepokojem. Joan Didion pisała, że w noc po zamachu bandy Mansona rozdzwoniły się telefony z różnymi wersjami wydarzeń i liczbami ofiar. Mieszkańcom fabryki snów zaczęły nagle śnić się koszmary. Pisarka połączyła w eseju przypadkowe fakty: to, że ona i Roman Polański byli rodzicami chrzestnymi jednego dziecka, że sukienkę ślubną, którą założyła w dniu zamachu na JFK, Polański oblał niechcący czerwonym winem, a akurat wtedy była pełnia. Jak wielu innych i ona szukała znaków, żeby objaśnić sobie rzeczywistość. Jednak żadna historia nie potrafiła obłaskawić lęku przed przemocą, która odtąd mogła nadejść znów bez uprzedzenia w każdej chwili. Opowiadanie bajek nie usuwa istnienia zła. Wiedziała o tym Didion, ale czy wie Tarantino – nie jestem już taka pewna.

Kadr z Pewnego razu... /()fot. East News

Myśląc o jego kinie, mam przed oczyma krwawy żart i wykopaną z archiwów, stylową wersję jakiejś znanej piosenki. A najlepiej gwizdania, najlepiej znanego z „Kill Billa”, choć skomponował je legendarny Bernard Hermann do dreszczowca „Twisted Nerve” w ulubionym 1969 roku. Wszyscy znamy tę tarantinowską przemoc – odrealnioną, groteskową, zagraną w konwencji jednego ze starych filmowych gatunków. Gdy zatem rozeszła się wieść, że reżyser kręci film o mordzie sekty Charlesa Mansona, spodziewałam się kolejnej odsłony pomsty: Żydów na nazistach w „Bękartach wojny”, czarnych niewolników na białych plantatorach bawełny w „Django”, a teraz ofiar Rodziny na samozwańczym guru, który mordując rękami swoich wyznawców ciężarną Sharon Tate, zapowiadał apokaliptyczną wojnę ras, nazwaną przezeń „Helter Skelter”, tytułem piosenki z białego albumu The Beatles. Nic takiego ostatecznie nie ma miejsca. Nie to jest jednak przyczyną mego rozczarowania.

Głównym tematem „Pewnego razu… w Hollywood” jest przełom epok: lat 50. symbolizowanych przez western: czasy walki dobra ze złem i stereotypowej męskości, którą utożsamia grany przez Leonardo di Caprio, Rick Dalton – gwiazdor, z każdym dniem coraz bardziej bezużyteczny. Równocześnie zaczyna się era wodnika lat 60., prawie 70.: młode, bose hipiski ze śpiewem na ustach buszują w śmietniku szukając resztek jedzenia. Jedna z nich o pseudonimie Pussy (Margaret Qualley), tak samo new-age'owym jak inne imiona mieszkańców rancha: Tex, Sundance, Gypsy, Froggy i Delilah, wpada w oko (ze wzajemnością) staremu, ale wciąż jaremu, kaskaderowi. Ów gość Cliff Booth (Brad Pitt) to dobry chłop, żyjący na tyłach plenerowego kina, gdzie dzieli przyczepę z ukochanym psem. W przeciwieństwie do aktora, którego dubluje, Cliff pije witaminowe koktajle, wszędzie wożąc alkoholika, który stracił prawo jazdy.

Kadr z Pewnego razu... /(fot. East News)

Ci dwaj stanowią właściwie jedną postać: jej autodestrukcyjną i konstruktywną stronę, bo nawet morderstwo zrzędliwej żony przedstawione jest tu jako budujące. Mężczyźni ze starych czasów czują lęk przed zmianą zwiastowaną przez nowe czasy. Nie wiadomo, czy będzie tu dla nich miejsce, bo rządzić będą kobiety – dlatego ślepy starzec (Bruce Dern) pozwoli wodzić się za rękę rudej Squeaky (Dakota Fanning), śpiąc w dzień, a wieczorem oglądając z nią serial. Jeśli zaśnie przed telewizorem, ona będzie niezadowolona, a on bardzo nie lubi jej rozczarowywać. Starsi goście obecni w tej fabule (starszych babek nie ma, bo jak wspomniałam, zdążyli wszystkie pozabijać) czują do tych nowych kobiet zarazem pogardę, zaciekawienie, niezrozumienie oraz pociąg seksualny. W przeciwieństwie jednak do mężczyzn z tamtych czasów, każą wylegitymować się nieletniej zanim skuszą się na szybki numerek. Ten komentarz wprost, jaki wygłasza film Tarantino, miesza się z niejednoznaczną wizją #metoo, jaką najwyraźniej podziela amerykański reżyser. Dla niego skończył się męski western, a zaczął kobiecy – gdy Cliff kroczy przez zamieszkałą przez hipiski scenografię westernowego miasteczka, wystraszone brudaski wystawiają przeciw niemu wiotkiego chłopca do bicia.

Kadr z Pewnego razu... /(fot. East News)

W nowym pokoleniu nie ma mocnych mężczyzn, więc starzy znów muszą pokazać, kto tu rządzi. Wprawdzie nie potrafią do końca rozczytać, co się wokół nich dzieje, dlatego utożsamiają ze zmianą także nowe książęta Hollywood: Polaka z Londynu, który właśnie nakręcił „Dziecko Rosemary” i Sharon Tate, najpiękniejszą dziewczynę w całej hollywoodzkiej wsi. Ale tylko zazdroszczą parze. Nie potrafią się do niej zbliżyć.

Stare niby wyczerpało się i musi odejść, choć wciąż wspaniale ogląda się jego podrygi – scena, gdy Rick Dalton gra zapominając tekstu, to prawdziwy hymn miłości do aktorów, hołd dla tych, którzy za role oddają prawdziwe życie. Rickowi partneruje mała dziewczynka (Julia Butters), większa profesjonalistka niż on, zaczytana w biografii Walta Disney'a i całkowicie oddana misji swego zawodu. Wyrozumiała dla jego cierpienia, rzuca mimochodem, żeby nie zwracał się do niej poufale. Dalton ma w niej poważną partnerkę na planie. Jaka czeka ją przyszłość, nie wiadomo. Wokół tłoczno jest od aktorów: niedoszłych, niezauważonych, nieobsadzonych czy wymazanych. Swoim filmem Tarantino potwierdza ich los – po seansie długo zastanawiałam się, kogo grali tu Lena Dunham, Kurt Russell czy Luke Perry. Rozczarował mnie także instrumentalny i pretekstowy udział Sharon Tate (Margot Robbie) w historii o zamachu na jej życie. Pokazywana wciąż jako śliczna zjawa, nie ma charakteru, ani też zupełnie żadnych właściwości. Oglądając z widzami film, w którym wystąpiła, staje się przezroczysta, jakby była tylko światłem z projektora. Gdy zaś jedyny raz rozmawia z Rickiem przez domofon, brzmi bezcieleśnie niczym głos z zaświatów. Tarantino traktuje Tate tylko jako pretekst do swojej gawędy.

Na planie Pewnego razu w Hollywood /(fot. East News)

Piękny epizod – hołd na cześć domowego kina – gra w niej Al Pacino. Jego Marvin Schwarz podziwia talent Daltona, oglądając jego kreacje prosto z kopii na projektorze 35 i 16mm. Rytuał smakosza kina: kubańskie cygaro, kieliszek koniaku można wyobrazić sobie równie dobrze w wykonaniu samego reżysera. Z filmem bohaterowie TaraninoVersu budzą się i kładą spać, spędzają każdą wolną chwilę, niezależnie: na tyłach kina czy przed telewizorem. Bez filmu nie ma życia, mówi więc reżyser, każąc nam wierzyć, że tylko ono ulepszy rzeczywistość. Jednak ta bajka, do jakiej nieoczekiwanie chce nas przekonać w finale „Pewnego razu… w Hollywood”, to odebranie kinu jego mocy wpływania na rzeczywistość. Mocy, w którą sam Tarantino zdaje się nie wierzyć. Dlatego może zrealizował właśnie swój przedostatni film. Na razie bowiem wciąż utrzymuje, że wraz z dziesiątym zamierza zakończyć karierę. Bo trudno mu będzie dalej widzieć w kinie tylko medium do opowiadania dobranocek?

Kadr z Pewnego razu... /(fot. East News)

W to, że kino w starym kształcie musi przetrwać bez telewizji, wierzą na pewno francuscy kiniarze, zaciekle walczący z Netflixem. Głośno o nich jest zawsze w Cannes, gdy blokują na festiwalu premiery z platform cyfrowych. Wrzucają wsteczny bieg kina – uważa każdy, kto jak Tarantino kocha film w dowolnej postaci.

Kadr z Pewnego razu... (fot. East News)

Ale teraz, w czasie wakacji, można być wdzięcznym francuskim wstecznikom. W każdej mieścinie natrafiam na szereg kin – jak to, w którym oglądaliśmy „Pewnego razu...”. Miasteczko La Rochelle można ogarnąć jednym spojrzeniem jak sklep pełen lśniących zabawek zrobionych na stare: maleńkie latarnie morskie, młyńskie koło, wieża obronna z powiewającą flagą, staroświeckie lodziarnie i barwne karuzele z morskimi stworzeniami. Tworzą staroświecką scenografię, w jakiej przed laty toczyło się, niczy film z Jacque'iem Tati zabawne, urocze życie. Bez imigrantów, bez bezrobocia, bez napięć rasowych – słodka wersja rzeczywistości, w jaką podczas sezonu mają uwierzyć turyści. Nieważne, jak naprawdę się tutaj żyje. Ważne, jak jawi się latem. Nierealnie, świetliście i pięknie. Podobnie jest w filmie Tarantino, który nawet nie bawi się prawdą, tylko traktuje widzów jak turystów. I może to jest właściwy problem. Że dziś każdy z nas wierzy w coś zupełnie innego.

 

Adriana Prodeus
Sortuj wg. Najnowsze
Komentarze (2)

Ola Salwa
Ola Salwa26.08.2019, 22:45
Wspaniały tekst o TarantonoVerse ! Dziękuję Adriana.

Wczytaj więcej
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę