Znaleziono 0 artykułów
20.07.2019

Demontaż atrakcji: „Król Lew”

(Fot. materiały prasowe)

Disney nie docenia potęgi ludzkiej wyobraźni. Twórcy remake’u przeboju sprzed 25 lat każą nam wierzyć, że oglądamy film przyrodniczy. Ale dlaczego animacja naturalistycznie naśladująca dokument z National Geographic miałaby być bardziej wiarygodna? Mimo mieszanych recenzji wcale nie zanosi się jednak na to, żeby epoka powtórek się skończyła. Wręcz przeciwnie, nostalgia działa, więc dopiero się w tym recyklingu dzieciństwa rozkręcamy.

Patrząc, jak wszyscy postarzają swoje zdjęcia na Facebooku, mam ochotę skomentować ich pobożne życzenia: „Obyś jeszcze wtedy żył, obyś nie przytył 30 kilo i nie miał na twarzy śladów chorób ani wypadków”. Jakim cudem ludzie lekką ręką sprzedają swoje dane rosyjskiej aplikacji? Kieruje nimi nieodparta chęć, żeby wyobrazić sobie swoją starość: gładką, wyestetyzowaną, będącą tym samym życiem, co teraz, tylko bardziej siwym i pomarszczonym. Najlepiej skompromitował tę fantazję mój kolega, który przepuszczał swoją twarz przez proces postarzania aż 13 razy, dopóty, dopóki urządzenie nie przestało rozpoznawać rysów, a on stał się jednym wielkim glitchem.

(Fot. materiały prasowe)

Tak jak kusi nas fantazja o pięknej starości, nęci też wyobrażenie idealnego dzieciństwa z landszaftów, na których roześmiane łobuziaki hodują słodkie rumieńce, biegając na świeżym powietrzu. Można też przecież marzyć wstecz. I pamiętać nieskończone wakacje z patykiem na plaży, w stogu siana, w malinowym chruśniaku. Cóż, jeśli ktoś miał inne dzieciństwo – jego strata. Własnym dzieciom też można pleść androny, jakim to się było niespożytym duchem – zawsze na kajaku, gdzie wiosła rosły nam zamiast skrzydeł. Jak to możliwe, że tamten rodzic ze wspomnień był kimś lepszym niż ten obecny, wgapiony w telefon nawet na klozecie? Że łapczywie połykał promienie słońca zamiast promieniowania ze smartfona? Obrusza mnie to bajdurzenie, bo dzieciństwo to żadna utopia, lecz bardzo trudny czas, gdy nawet my sami nie możemy ze sobą wytrzymać. Już własne ciało jest dla nas nieznośne. Dzieciństwo to czkawka, kolka i skurcz – nie czasem i nie pojedynczo, ale codziennie i wszystkie naraz.

(Fot. materiały prasowe)

O uporczywym ubarwianiu wspomnień, tak bardzo, że w kolorowance robi się dziura, traktuje nowy „Król Lew” – bajka dla dorosłych, którzy przetwarzają swoje dzieciństwo w wersji de luxe. Dotyczy to nie tylko tego filmu, lecz także innych tytułów z serii ostatnich remake’ów Disneya, które imitują stare dzieła w ulepszonym kształcie. Teraz Dumbo lata na uszach jak perszing, lawirując między aktorami, Mary Poppins spada z nieba ciężko niczym przesterowany dron, a dżin z Aladyna wije się jak słup dymu z e-papierosa. Mimo kinowych klęsk superprodukcji wcale nie zanosi się na to, żeby epoka powtórek się skończyła. Wręcz przeciwnie, nostalgia działa, więc dopiero się w recyklingu dzieciństwa rozkręcamy.

Wcale nie zazdroszczę reżyserowi Jonowi Favreau, że musiał się zmierzyć z kultowym oryginałem z 1993 roku. Na pewno łatwiej mu będzie z drugą częścią „Księgi dżungli”, którą właśnie przygotowuje dla Disneya. Może tam rywalizować sam ze sobą, a poprzeczki nie ustawił zbyt wysoko. Najmniej zazdroszczę jednak reżyserowi polskiego dubbingu – Waldemarowi Modestowiczowi, który z poprzedniej obsady filmu zostawił tylko Wiktora Zborowskiego w roli Mufasy (tak samo jak w wersji amerykańskiej zostawiono Jamesa Earla Jonesa). Piosenkę „Hakuna matata” dał do odśpiewania Maciejowi Stuhrowi i Michałowi Pieli, którzy wykonują ją wcale nieźle, lecz cóż z tego, skoro wciąż dźwięczy w uszach jej niezapomniana wersja w wykonaniu Krzysztofa Tyńca i Emiliana Kamińskiego, porywająca energią i entuzjazmem, podczas gdy ta nowa jest jedynie jej leniwym echem.

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)

Gdy parę lat temu Disney wprowadził na ekrany starego „Króla Lwa” przetransferowanego do 3D, uderzała prostota tej opowieści. Trwała zaledwie 80 minut, ale był to czas znakomicie wyzyskany. Godzina seansu została rozłożona na zestaw przebojowych piosenek i widowiskowe sekwencje, jak choćby ta, w której stado bawołów galopuje przez wąwóz. Teraz film trwa ponad dwie godziny, przez co fabuła obnaża, jak bardzo jest płytka, wypełniona bagnem efektów specjalnych, gdzie wieje skisły swąd perfekcyjnego nudziarstwa. Z rysunkowych dziejów Simby, porównywanych zawsze do historii Hamleta, została w nowym filmie tylko struktura opowieści. Główne postaci, wątki, punkty kulminacyjne są wprawdzie te same, ale nowy film dłuży się niemiłosiernie, jakby mit „Króla Lwa” się wyczerpał, choć to przecież nieprawda. Najciekawszy i najdowcipniejszy jest zdecydowanie drugi akt, gdy wypędzony Simba zaprzyjaźnia się z Pumbą i Timonem i żyje z nimi w rajskiej dolinie. Znów to drugoplanowe postaci są najzabawniejsze, iskrzą dialogiem, w którym skoro „wszystko mu jedno, to dzieciak ma depresję”, a „mnie wciąż powala, gdy puszczam bengala”. Nieustanne kłótnie Timona i Pumby dynamizują narrację filmu i unoszą się nad patetycznym, ociężałym światem ku lekkiej chmurce humoru.

Wszystko jak w pierwotnej wersji zalewa płonąca łuna Afryki, ale po 25 latach od premiery już się tak bardzo nie egzotyzuje Czarnego Lądu, nie poetyzuje się stepów i pustyni. I to z pewnością największe osiągnięcie nowego „Króla Lwa”, że główne role powierzono wyłącznie czarnym aktorom. W oryginalnej wersji dialogowej grają Donald Glover, Beyoncé Knowles, Chiwetel Ejiofor, Alfre Woodard, John Kani i Florence Kasumba. Biali aktorzy są tu w takiej samej mniejszości, jak czarni w pierwotnej wersji, w której wystąpili m.in. Whoopi Goldberg, Niketa Calame i Robert Guillaume.

Zasadniczą kwestią, tak samo jak wtedy, jest poczucie winy, zaszczepione małemu Simbie przez złego wuja Skazę, który pomaga mu uwierzyć, że dzieciak jest sprawcą tragedii. Kto raz dał się wpędzić w fałszywą odpowiedzialność, będzie miał ją zawsze, powtarza film za swoim pierwowzorem. Owszem, tylko nie wiadomo, jakim cudem Simba pozbywa się tej brunatnej trucizny. Ani jak to robi, że w jednej chwili zmienia się w sprawiedliwego władcę. Płynie to w jego żyłach? Trudno dać się przekonać po schyłku wszystkich europejskich monarchii. Nie wiadomo także, dlaczego hieny rezygnują z padliny, by nagle wziąć się za żywe zwierzęta. Albo jak rosnący lew jest w stanie przejść na swoisty weganizm, czyli w tym przypadku jedzenie wielokolorowych robaczków, podobnych do żelków Haribo.

A przecież to realizm przyświeca nowej dynastii remake’ów Disneya. Dlatego mają na nas zrobić wrażenie te falujące sierści, lśniące ślepia, paszcze z kapiącą śliną. Każe nam się wierzyć, że oglądamy film przyrodniczy, obrazujący zwyczaje lwów, które o świcie do polowania budzą się z przeciągłym ziewaniem. Tylko dlaczego animacja naturalistycznie naśladująca film z National Geographic miałaby być bardziej wiarygodna niż rysunkowe ludziki? Czy głębiej wejdziemy w świat „My Little Pony”, jeśli tęczowe włosie na grzywach kucyków będzie wyglądało realnie? Obecne władze studia Disneya nie doceniają potęgi ludzkiej wyobraźni, która sprawia, że podczas udanego seansu uwierzymy w „Piękną i Bestię” bez potrzeby wyjaśniania, jaka to biologiczna mutacja i co wyjdzie z jej krzyżówki z człowiekiem. Wiarygodność świata na ekranie nie zależy wcale od poziomu „dokumentalności” przyrody, tylko od tego, czy ktoś umie dobrze opowiadać.

(Fot. materiały prasowe)

Dlatego ideę kręgu życia, która stoi u podstaw mitu „Króla Lwa”, opowieść o tym, że królem zostaje się, aby potem odejść, w nowej wersji włożono do zakutych łbów widowni młotem i łopatą. Oto kłąb lwiej sierści trafia do ptasiego gniazda, potem wraz z liśćmi zjada go żyrafa, następnie niesie na grzbiecie mrówka itd. Twórcy filmu traktują widza jak idiotę, który nie rozumie procesu przemian w przyrodzie. I jest to oczywiście widz dorosły, bo dziecko wie to wszystko instynktownie, a zarazem powtarza tę wiedzę w każdej książeczce i kreskówce. To my nie czujemy się częścią świata tak bardzo, że dziwimy się, że gdy wreszcie zabetonowaliśmy kraj, wykładając każdą dróżkę kostką Bauma, każą nam nagle hodować jakieś łąki, żeby owady przetrwały, a susza nas nie zniszczyła.

Dużo bardziej od kręgu życia przekonuje mnie więc inna metafora pokazana w filmie: kulki gnoju toczonej przez żuka. Jeśli żuk toczy ją wystarczająco długo, kulka staje się wielokrotnie większa od niego samego. Toczenie gnoju zdaje się ponad jego siły. Przypuszczam, że Walt Disney, który przekonuje nas od prawie stu lat, że marzenia się spełniają, nigdy by nie zgadł, że sam kiedyś stanie się takim żukiem.

Adriana Prodeus
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę