Znaleziono 0 artykułów
11.06.2019

Hamlet w rzeźni

„Hamlet” (Fot. Magda Hueckel)

Clue tego artystycznego przedsięwzięcia opiera się na pomyśle, by widzowie sami wybierali, czego i kogo chcą słuchać oraz co i kogo oglądać. Maja Kleczewska wystawiła „Hamleta” z zespołem Teatru Polskiego w Poznaniu. Elsynor zagrała przestrzeń Starej Rzeźni. 

To od zawsze jedyna sztuka Szekspira, którą chciałam wyreżyserować – mówiła piętnaście lat temu Maja Kleczewska, tuż przed premierą swojego „Makbeta” w Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu. Wywołała tamtym spektaklem wielką awanturę, w której brali udział wszyscy – od dziennikarzy po miejscową kurię. Ten spektakl wykatapultował reżyserkę do teatralnej ekstraklasy, stając być może za zmianą jej zamiarów wobec szekspirowskiego dorobku. Artystka zajmuje się nim bowiem do dzisiaj. Ma już na koncie „Sen nocy letniej” w Starym Teatrze w Krakowie, „Burzę” – najpierw w bydgoskim Teatrze Polskim, potem w hamburskim Deutsches Schauspielhaus i „Jak wam się podoba” w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Teraz przyszedł czas na „Hamleta”.

„Hamlet” (Fot. Magda Hueckel)
„Hamlet” (Fot. Magda Hueckel)

Praca nad „Hamletem” zaczęła się od castingu na tytułowego bohatera. Na przesłuchania zaproszono ukraińskich aktorów. Zgłosiło się kilkudziesięciu chętnych, ale rezultat okazał się niezadowalający. Trzeba było Hamleta zheadhuntować. Tak zaproszenie do współpracy otrzymał Roman Lutskyi, któremu w ramach polskiego kolonializmu nasze media, nawet te liberalno-lewicowe, nieustannie spolszczają nazwisko na Łucki. Decyzja o ukraińskim Hamlecie wydała mi się ze wszech miar fantastyczna, biorąc pod uwagę parę już milionów Ukraińców, którzy od kilku lat współtworzą nasz kraj. Taki gest publicznej instytucji kultury, jaką jest poznański Teatr Polski, warto nagrodzić głośnym przyklaśnięciem, a nawet długą owacją. Nie bez znaczenia była tu z pewnością postawa szefa artystycznego rzeczonej sceny, Macieja Nowaka, znanego powszechnie ze swojej słabości, żeby nie powiedzieć miłości, do naszych wschodnich sąsiadów.

„Hamlet” (Fot. Magda Hueckel)

Maja Kleczewska dostaje od jakiegoś czasu duszności, gdy ma reżyserować na tradycyjnej scenie. „Czarne pudełko” wydaje się być dla niej za ciasne, więc szuka przestrzeni, dających możliwość większego swawolenia – zarówno dla niej, realizatorów i aktorów, jak i – a może przede wszystkim – widzów. Wynajduje więc coraz częściej, ku rozpaczy trzymających kasę dyrektorów, kolejne wielkie przestrzenie, które nie są podzielone na scenę i widownię. Pozwalają tym samym na intymne obcowanie z aktorami. Kleczewska przetestowała to nie tak znowu dawno w warszawskiej hali ATM, gdzie wystawiła – zamykając swój wybitny tryptyk o Zagładzie polskich Żydów – „Golema” (produkcja Teatru Żydowskiego). A teraz, zamiast do sterylnej przestrzeni stołecznego studia filmowo-telewizyjnego, zaprasza widzów do ponad stuletniej Starej Rzeźni. W niej właśnie, Elsynorze przy poznańskich Garbarach, toczą się krwawe, nomen omen, losy bohaterów tej najsłynniejszej ze sztuk.

„Hamlet” (Fot. Magda Hueckel)

To miejsce, trzeba od razu powiedzieć, okazało się strzałem w dziesiątkę. Postindustrialne i historyzujące przestrzenie Starej Rzeźni robią, tak na dobrą sprawę, połowę spektaklu. Wyłożone przez Zbigniewa Liberę czerwoną wykładziną, wieloma dywanami wraz ze skromnym, symbolicznym umeblowaniem, tworzą przestrzeń, którą natychmiast chce się eksplorować i nieprędko z niej wychodzić. Szkoda, że nie wspomogła jej równie świetna reżyseria światła, bo to, co zrobił Marcin Koszałka uznać należy za osiągnięcie – delikatnie mówiąc – umiarkowane. Podobnie zresztą jak jego wideo, które sprowadza się głównie do tego, że statyczna kamera z jednego pomieszczenia przekazuje obraz na ścianę drugiego. No naprawdę, niezwykły to wyczyn. Wszechogarniająca jest za to budująca dramaturgię wielu scen muzyka Cezarego Duchnowskiego. Muzyka, dodajmy, nadawana bezpośrednio do słuchawek, gdyż clue tego artystycznego przedsięwzięcia opiera się na pomyśle, by widzowie sami wybierali, czego i kogo chcą słuchać oraz co i kogo oglądać. Do wyboru są trzy kanały dające cudowną wolność indywidualnej nawigacji. Drugim „plusem dodatnim”, że polecę wałęsizmem, jest to, że słuchawki pozwalają na totalne skupienie, zakłócane często w teatrze szeptami sąsiadów, wyciąganiem cukierków zaraz po rozpoczęciu przedstawienia, czy też gruźliczym kaszlem osoby za naszymi plecami. Tutaj można mieć innych widzów kompletnie w nosie, oddając się bez reszty szekspirowskiej uczcie.

„Hamlet” (Fot. Magda Hueckel)

Uczcie, na której gospodarzą aktorzy Teatru Polskiego, trójka gościnnych aktorów w rolach wiodących: Roman Lutskyi (Hamlet), Alona Szostak (Gertruda) i Michał Sikorski (Horacjo) oraz spora grupa ludności mająca symbolizować – jak czytamy w zapowiedzi spektaklu – „prowadzony tu i teraz międzypokoleniowy i międzykulturowy dialog”. Trudno tu jednak mówić o jakimś międzykulturowym dialogu, kiedy zaproszeni do niego o różnym kolorze skóry czy pochodzeniu ludzie dostali od reżyserki funkcję statystów, pałętających się tu i ówdzie w ramach pretensjonalnej choreografii Kai Kołodziejczyk. Wygląda to więc raczej na dialog udawany, jakże typowy dla wielu Europejczyków. Największym jednak felerem jest brak odpowiedzi na pytanie, dlaczego Hamlet jest Ukraińcem, a Gertruda Rosjanką. Jeśli ktoś z widzów zna odpowiedź na to pytanie, proszę o niezwłoczny kontakt z redakcją.

„Hamlet” (Fot. Magda Hueckel)

Ale są naturalnie w tym „Hamlecie” prawdziwe aktorskie cudowności, choć przyznaję szczerze, że nie zdążyłem się wszystkim dokładnie przypatrzeć, bo większość czasu spędziłem przy stole z parą królewską – zblazowanym Klaudiuszem (w tej roli świetny jak zwykle Michał Kaleta) i nadpobudliwą Gertrudą (brawa dla Alony Szostak). Nie mogłem właściwie się od nich odkleić do tego stopnia, że porzuciłem na długo samego głównego bohatera. Zdarzyło mi się także przegapić dziejące się akurat w innej części Elsynoru morderstwo na Poloniuszu (pyszny w tej roli Wojciech Kalwat). Wiadomo, w „Hamlecie” człowiek nie nadąża za morderstwami. Największym jednakowoż aktorskim zwycięzcą w tym spektaklu jest wspomniany Michał Sikorski, student Wydziału Aktorskiego Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie, którego przypominający dość jednoznacznie Stephena Hawkinga Horacjo jest po prostu genialną kreacją. Warto za nim podążać, tylko trzeba uważać, żeby go nie zgubić w tłumie, bo bywa w manewrach na swoim wózku elektrycznym dość raptowny.

„Hamlet” (Fot. Magda Hueckel)

Jest „Hamlet” Mai Kleczewskiej, mimo kilku wad, spektaklem pięknym i intrygującym. O jego sile świadczy najlepiej to, że po wyjściu dyskutuje się o nim bez końca. A także to, że chce się nań wrócić. Nie da się też nie zauważyć, że ruszyła na niego gremialnie młodzież, a młodego widza ściągnąć do teatru wcale nie jest łatwo. Być może nawet stanie się to przedstawienie teatralnym fenomenem wielkopolskiej stolicy, czego bardzo jej życzę. Sam zresztą mam zamiar jeszcze do Elsynoru w Starej Rzeźni powrócić.

William Szekspir, „Hamlet”, reż. Maja Kleczewska, najbliższe spektakle: 11-13 czerwca (18:30 i 20:00), teatr-polski.pl

Mike Urbaniak
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę