Znaleziono 0 artykułów
06.03.2019

Jacek Kołodziejski: Sztuka potrzebuje otwartych drzwi

Zdjęcie z wystawy (Fot. Jacek Kołodziejski)

Pomysł uczynienia rudości przedmiotem projektu towarzyszył mi od dawna. To mój niedosłowny autoportret. Temat odmienności był mi bliski od dzieciństwa – rozmawiamy z artystą w przededniu wernisażu „Freckle/s” w rabbithole ART ROOM w hotelu H15.

Na wystawie, tak jak w filmie, każdy detal ma znaczenie. Jeden fałszywy akcent psuje ogólne wrażenie – tłumaczy mi Jacek Kołodziejski w swojej warszawskiej pracowni na chwilę przed wernisażem „Freckle/S”. Nad jego głową wisi wielkoformatowy wydruk jednego ze zdjęć. Jednego z najbardziej niepokojących. Bo fotograf wybiera tylko te kadry, które wywołują w oglądającym delikatne poczucie dyskomfortu, a nawet radykalnie wyrywają z codzienności. W tym przypadku modelka pomalowana na czarno patrzy przenikliwie w przestrzeń. Wcześniej to zdjęcie oraz mu towarzyszące, przedstawiające modeli, w przeważającej mierze rudych i piegowatych, Kołodziejski pokazywał już w Nowym Jorku i Los Angeles. Wystawa zasłużyła na liczne laury, a album po niej wydany był nominowany do Fotograficznej Publikacji Roku 2017 na Fotofestiwalu w Łodzi oraz do Fotograficznej Publikacji Roku 2017 w plebiscycie Fotopolis i Digital Camera Polska. Artbook otrzymał także Złoty Miecz w konkursie Klubu Twórców Reklamy. Warszawa będzie dla wystawy ostatnim przystankiem. – Pomysł uczynienia rudości przedmiotem projektu towarzyszył mi od dawna. To mój niedosłowny autoportret. Temat odmienności był mi bowiem bliski od dzieciństwa – opowiada Kołodziejski. – W centrum jest dla mnie estetyka – dodaje. – Na początku wysublimowana, z czasem stawała się mocniejsza. Szukałem coraz ciekawszych bohaterów. Ich rudość jest nieoczywista. Uwypuklałem ich cechy, a nawet dorysowywałem im piegi. Modele, tak jak aktorzy, grali wymyślone przeze mnie role – opowiada. Podkreśla, że zdjęcia działają najmocniej w mnogości, w dużym formacie, w lekko klaustrofobicznym wnętrzu galerii. – Jesteśmy przyzwyczajeni do oglądania zdjęć w internecie, a one uruchamiają się w pełni dopiero w przestrzeni. Wychodzenie do galerii jest dziś coraz rzadsze, staje się więc niemal mistycznym przeżyciem – mówi.

„Freckle/S” (Fot. Jacek Kołodziejski)
Plakat wystawy (Fot. materiały prasowe)

W „Freckle/S” przez rudość artysta podejmuje kwestie akceptacji, inkluzywności, równości. Szczególnie rezonują one w Polsce, kraju homogenicznym, w którym każda odmienność budzi zdziwienie. – To, że jestem rudy, wpływało na to, jak byłem postrzegany jako dziecko. Zwłaszcza że wychowałem się w małym miasteczku. Nie mogłem pozostać anonimowy, wyróżniałem się – opowiada, zastrzegając, że projekt nie jest formą autoterapii. Podchodzi do niego z przymrużeniem oka, ironicznym uśmiechem, dużą dozą dystansu. Zwraca też uwagę na nowe konteksty, które się przed nim otworzyły, gdy pokazał swoje prace na świecie. – W Nowym Jorku usłyszałem, że nadeszły czasy, w których każdy może być każdym. To widać na ulicy. Czarnoskóra dziewczyna domalowuje sobie piegi, farbuje się na rudo i nikogo to nie dziwi. Dowolność kreowania swojej tożsamości w wielokulturowym świecie była dla mnie zaskakującym wnioskiem z tej wystawy – dopowiada.

Wystawa Jacka Kołodziejskiego (Fot. materiały prasowe)

Przyznaje jednak, że sztuka nie powstaje w oderwaniu od artysty. Poczucie odmienności pozostało w nim na zawsze. Uwalniającym doświadczeniem był wyjazd na studia do Poznania. Na Wydziale Komunikacji Multimedialnej na Akademii Sztuk Pięknych zrozumiał, że niedopasowanie to stały element tożsamości artysty. Na temat tego, kim jest artysta, Kołodziejski ma sprecyzowaną opinię. – Przymierający głodem artysta przeklęty? Nie przekonuje mnie to. Widzę moją rolę na styku komercji i sztuki. Chciałbym moimi pracami sprawić radość, nauczyć estetyki, otworzyć ludzi na sztukę. Kampania Rzeczy Warszawskich, która wisiała w całej stolicy, miała świetny feedback. Dostałem nawet e-maila gratulacyjnego z Guggenheim – cieszy się Kołodziejski. Z takim samym zaangażowaniem realizuje autorskie projekty, reklamy, jak również kampanie społeczne takie jak HejtStop. – Sztuka potrzebuje otwartych drzwi. Wolę mówić o niej w kontekście popkultury, a nie hermetycznie – tłumaczy.

„Freckle/S” (Fot. Jacek Kołodziejski)
Wystawa Jacka Kołodziejskiego (Fot. materiały prasowe)

Kołodziejski pracuje też na styku dyscyplin. Nie ogranicza się do fotografii. Tworzy instalacje, projektuje, maluje, rzeźbi, kręci wideo. – Czasami większą frajdę niż sama sesja sprawia mi przygotowanie do niej – mówi. Kiedyś rozwijał się bardziej spontanicznie, zmierzając od pomysłu do pomysłu, teraz wytycza sobie konkretną ścieżkę. Wystawiał już w Centrum Sztuki Współczesnej i Galerii Raster, a na świecie m.in. podczas Międzynarodowego Festiwalu Fotografii w Arles i Miesiąca Fotografii w Bratysławie. Obecnie pracuje nad instalacją poświęconą architekturze Le Corbusiera. – To artysta totalny, który, balansując między precyzją a szaleństwem, budował własne odrębne światy – opowiada Kołodziejski. Żeby spotkać się z dziełem legendarnego architekta, fotograf pojechał do klasztoru dominikanów La Tourette – Beton, spektakularny widok, totalny zen. Pokój przypominał celę. Szerokość pokoju była na wyciągnięcie rąk. To przeżycie odświeżyło moje myślenie o duchowości. Przeżyłem katharsis – mówi o swoim doświadczeniu. W klasztorze, do którego pielgrzymują artyści z całego świata, Kołodziejski stworzył instalację. – Jej mocnym elementem jest kolor w myśl tezy, że kolor buduje kształt. Zderzenie koloru z surową formą La Tourette przyniosło spektakularne rezultaty. Gdy poczułem jednak hermetyczność tego projektu, postanowiłem go połączyć z wideo. I zaczął inaczej działać. Może zostanę reżyserem? – zastanawia się artysta, bo nie ma dziedziny sztuki, którą by odrzucał. Chodził kiedyś do szkoły muzycznej, studiował nie tylko sztukę, ale także film, a jego partnerka, Ania Łoskiewicz-Zakrzewska z Beza Projekt, zajmuje się designem. Wzajemnie na siebie wpływają. A że ograniczenie nie leży w naturze Kołodziejskiego, możemy się spodziewać, że jego kolejne multidyscyplinarne projekty zdobędą świat.

Ekspozycję można oglądać od jutra w rabbithole ART ROOM w hotelu H15. Kuratorką wystawy jest Wiktoria Michałkiewicz.

Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę