Znaleziono 0 artykułów
15.10.2019

Jeszcze tańczą i drzwi są otwarte

Kumple przez klubem Planet, 1992 (Fot. Wolfgang Tillmans)

„No Photos on the Dance Floor!” – czytamy w wielu berlińskich klubach. To także tytuł wystawy fotografii dokumentujących dzieje tamtejszej sceny techno od upadku muru berlińskiego do dziś.

Pod koniec lat 80. Berlin Zachodni nie należał do miast rozrywkowych. Działała co prawda dyskoteka Dschungel, gdzie bawili się Iggy Pop i David Bowie, w Metropolu koncertował Einstürzende Neubauten, a obok dworca ZOO spotykali się fani Depeche Mode, ale i tak wiało nudą. Jeśli Zachód wydawał się zaściankiem, Wschód był totalną pustynią. Do czasu. Gdy opadł kurz obalonego muru, w Berlinie zaroiło się od lokali muzycznych. Mościły się w opuszczonych kamienicach, nieczynnych elektrowniach, hangarach, a nawet obskurnych pustostanach. Bez oficjalnych zgód i umów najmu. Żelazna kurtyna runęła, a wraz z nią uczucie ucisku i skrępowania, co dało zielone światło wielogodzinnym imprezom przy elektronicznych dźwiękach. Zjednoczone miasto stopniowo stawało się światową stolicą techno. Berlin był – jak stwierdził w 1994 roku jego burmistrz Klaus Wowereit –biedny, ale seksowny.

Ton stołecznemu clubbingowi nadał słynny Tresor, założony w 1991 roku w podziemiu domu towarowego Wertheim przez Dimitriego Hegemanna. Lokal ściągał zagranicznych DJ-ów, propagował mocne brzmienie i dał siedzibę wydawnictwu muzycznemu. Gdy miasto sprzedało parcelę na Mitte, klub zamknięto. W 2007 roku reanimowano go w elektrowni przy Köpenicker Straße i działa tam do teraz. W ślad za Tresor poszły Electro, E-Werk, Ostgut, Planet, Walfisch czy Exit. W pohitlerowskim schronie ulokował się Der Bunker, gdzie dzisiaj mieści się galeria sztuki Christiana Borosa. Z kolei do klubu Ufo, zajmującego piwnicę domu przy Schlesisches Tor, schodziło się po drabinie. To tam odbyło się afterparty po pierwszym Love Parade. Ściany z surowego betonu i wszechobecna ciemność, przecinana laserem lub pojedynczą żarówką, należały do wnętrzarskiego standardu. Spartańskie warunki nikogo nie zniechęcały. Wręcz przeciwnie. Postindustrialne przestrzenie idealnie współgrały z szorstkim techno, przy którym szalał tłum berlińczyków, zachłystujących się wolnością.

Klub Tresor, zdjęcie z  serii Temporary Spaces (Fot. Martin Eberle)

W Berghain puszczają hamulce

Chyba w żadnym innym klubie nie panuje taka swoboda jak w Berghain. Socrealistyczne gmaszysko elektrociepłowni, leżące na granicy Friedrichshain i Kreuzbergu, to mekka fanów techno i świątynia hedonizmu. Taką reputację Berghain zawdzięcza lokalnym imprezowiczom i przyjezdnym technoturystom, którzy skłonni są stać w długiej kolejce, by choć na chwilę wejść do środka. Nie wszystkim jednak jest to dane. „Wpuszczałem tych, co do których mogłem sobie wyobrazić, że sam chętnie bym obok nich i z nimi tańczył” – wspominał w autobiografii Sven Marquardt, legendarny selekcjoner Berghain. „Po dwudziestu latach, jakie tymczasem minęły na bramce, mam dobre wyczucie, kto będzie zakłócał spokój i przysporzy kłopotu, a jacy goście stworzą dobrą mieszankę na noc”. Nie ma reguły, kto przejdzie surową selekcję. Na tych, którym się to udało, czeka świat owiany mitami i aurą tajemniczości. Mrok, muzyka, używki i seks. Berghain to bowiem drugie wcielenie Ostgut – fetyszystycznego gejowskiego klubu, znanego z orgiastycznych nocy „Snax”. – Jeśli gdzieś mają ci puścić hamulce, to tylko w Berghain – mówi jeden z bywalców, chcący pozostać anonimowym. A prywatność to nieodłączna część tamtejszych zabaw.

Bez tytułu, zdjęcie serii Konfettinacht, 2007 (Fot. Carolin Saage)

Poczucie bezpieczeństwa

Berliński model technoekstazy obejmuje zwykle 72 godziny. Nocna eskapada rozpoczyna się w piątek, który – ni stąd, ni zowąd – zlewa się z niedzielą. Poniedziałek to zazwyczaj moment na regenerację, choć ci bardziej wytrwali balują jeszcze na imprezach startujących o poranku. Jedni wyglądają jak modele Ricka Owensa, drudzy jak skrzyżowanie dresiarza z kloszardem. Wielu nie przywiązuje wagi do wizerunku, bo tym, co się liczy, jest muzyczny trans. Żadnych norm, dress code’ów, kanonów czy zakazów. Może prócz jednego: nie rób zdjęć na parkiecie! – Zakaz fotografowania pozwala, by w epoce cyfrowej przetrwała tradycja, która istniała w kulturze klubowej na długo przed digitalizacją i wszechobecnymi aparatami – zauważa dziennikarz Jan Kedves. – Tą tradycją jest wspólne imprezowanie w miejscu, w którym można się zatracić w muzyce i czuć się wolnym i bezpiecznym. Wolnym od inwigilacji, monitoringu, konsekwencji czy bycia osądzanym przez świat zewnętrzny. Kluby okazały się oazami upragnionej i długo wyczekiwanej wolności, dla której soundtrackiem stało się techno.

Klub Berghein w Berlinie (Fot. Shaun Bloodworth/ PYMCA/ Universal Images, Getty Images)

Nie przestajemy tańczyć

Co paradoksalne, wystawa „No Photos on the Dance Floor!” odbywa się w C/O Berlin – galerii specjalizującej się w fotografii. Tylko nielicznym pozwolono utrwalać na kliszy to, co wydarzało się w klubowych wnętrzach. Jednym ze szczęśliwców był Wolfgang Tillmans. – Klub jest dla mnie abstrakcyjną machiną, nieustannie produkującą obrazy. To często obrazy na granicy widzialności. Kiedy wznosi się mgła, spoglądasz w stronę sufitu i oglądasz światła. Nieuchwytne i migoczące – mówi artysta. Na jego zdjęciach widzimy tasiemcowe kolejki do wejścia i pozbawionych sił clubbersów. Carolin Saage uwieczniła skąpane w konfetti imprezy w Bar 25. Giovannę Silvę zaintrygowały opustoszałe już parkiety, a Erez Israeli sfotografował odciśnięte na ramieniu pieczątki, zbierane od klubu do klubu, które później przekuł w tatuaże. Stemple, plakaty, ulotki (tzw. flyers) to także część berlińskiej ekspozycji. Znajdziemy na niej film Matthiasa Fritscha „Techno Viking”, który stał się sensacją YouTube, oraz audiowizualną instalację Carstena Nicolaia (aka Alva Noto), inspirowaną muzycznymi eksperymentami z Kraftwerk, Tresor i Ohm.

Klub Sax, 2001 (Fot. Wolfgang Tillmans , Galerie Buchholz Berlin/Cologne)

Wystawa w C/O Berlin opowiada barwną historię sceny techno, z którą niemiecka stolica jest kojarzona do dzisiaj. Ujawnia enigmatyczną i podniecającą rzeczywistość niekończących się imprez, które nie tylko stanowią zjawisko popkultury, symbol wolności i zjednoczenia, lecz dla wielu stały się także codziennością i stylem życia. Berghain, Tresor, Watergate i KitKat nieustannie przyciągają spragnionych dekadenckiej rozrywki. Mimo że co chwilę słyszy się o zamknięciu lokali lub o upadku berlińskiego technoclubbingu, ma się on całkiem dobrze. Potwierdza to kurator wystawy Felix Hoffmann: – Istnieje dziś wiele wolnych miejsc i nowych klubów, a my nie przestaliśmy jeszcze tańczyć.

 

Wystawa „No Photos on the Dance Floor! Berlin 1989-Today” w C/O Berlin (Amerika Haus, Hardenbergstraße 22–24) trwa od 13 września do 30 listopada 2019 roku.

Wojciech Delikta
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę