Znaleziono 0 artykułów
31.07.2018

Klejnoty rodowe

Kora, 1983 rok (Fot. Tadeusz Rolke, Agencja Gazeta)

Zwinął się Tomasz Stańko z ziemskiego padołu zaraz po Korze. Jakby „poczekaj na mnie” zakrzyknął. Jakby towarzystwa chciał jej dotrzymać. Poszli razem w ten weekend duszny i lepki. I już nie wrócą, choć będą z nami do świata końca.

Weekend był duszny, lepki i śmiertelny. Dosłownie. Najpierw odeszła ona. I frazes „to niemożliwe” wyświechtanym być przestał natychmiast. Jak to tak? Jakim prawem? Dlaczego? Przecież to jest absurd, aberracja kompletna, pomyłka wagi najcięższej. Śpiewać nadal miała, do rockowego pieca dokładać, mądrych wywiadów udzielać dziennikarzom, coraz częściej już nie tak mądrym. Wywiadów, które z racji bezpośredniości, bezpretensjonalności i drapieżności na wagę złota były i na listę zagrożonych gatunków dopisać się je winno. Miała nadal głośno mówić o sprawach fundamentalnych. Takich, jak prawo kobiet do decydowania o tym, ile chcą mieć dzieci, albo o prawach osób LGBT. Bo nigdy nie bała się mówić głośno, co myśli. Nie analizowała, czy to jej nie zaszkodzi piarowo, czy z racji kontrowersji na promocję buta jej nie zaproszą albo szamponu do włosów łamliwych. Miała to tam, gdzie człowiek rozumny instagramowe posty mieć powinien, gdzie snapczaty nie docierają i tłiterów piski, czyli w największym poważaniu. Jednocześnie flirtować ze współczesnym polskim szołbiznesem na swoich zasadach potrafiła. 

Kora na 42 Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, 2005 rok (Fot. Mieczysław Włodarski/REPORTER, East News)

Była Kora artystką totalną, jedyną w swoim rodzaju, niepodrabialną. Przez długie lata swojej dzikiej scenicznej kariery dała fanom i fankom wiele ekstatycznych rozkoszy. Nie ma chyba w suwerenie ani jednej osoby, która nie umiałaby zaśpiewać choćby jednego jej i Maanamu przeboju. Bo czy jest ktoś, kto nie zna „Boskiego Buenos”, „Kocham cię, kochanie moje”, „Nic dwa razy”, „Luccioli”, czy „Szarych miraży”. I „Krakowskiego spleenu”, który nabrał nowego znaczenia, gdy o poranku – kilka dni temu – Kora postanowiła „stanąć ze słońcem twarzą w twarz”? Stwierdzić śmiem bezczelnie, że nie ma takiej osoby, bo być nie może. Zbyt ważną dla polskiej kultury przełomu wieków artystów była Kora, by nie znać jej imponującego dorobku. Śpiewać jej utwory będą kolejne pokolenia, na scenach licznych i domowych imprezach, nieśmiertelność Korze zapewniając. 

Tomasz Stańko (Fot. Stuart Nicholson, Getty Images)

Zostanie też na zawsze z nami muzyka Tomasza Stańki, chłopaka z Rzeszowa, a tak naprawdę z Krakowa, a tak naprawdę naprawdę obywatela świata grającego z największymi tuzami jazzu naszych czasów. Przeszedł Stańko drogę doprawdy niezwykłą z krakowskiej Akademii Muzycznej do tego, żeby zostać powszechnie uznanym za jednego z najlepszych trębaczy w historii. Trębacza rozpoznawalnego przez jazzowych koneserów po kilku dmuchnięciach w ustnik, trębacza posiadającego godną pozazdroszczenia muzyczną intuicję. Ale zwinął się Tomasz Stańko z ziemskiego padołu zaraz po Korze, jakby „poczekaj na mnie” zakrzyknął, jakby towarzystwa chciał jej dotrzymać. Poszli więc razem w ten weekend duszny i lepki. I już nie wrócą, choć będą przecież z nami do świata końca.

Tomasz Stańko, BMW Jazz Club (Fot. Jacek Domiński/REPORTER, East News)

Czas temu jakiś wjechało do Biblioteki Narodowej porsche Maryli Rodowicz. Stanęło w hallu głównym, zadziwiając wchodzących weń moli książkowych, którzy sięgnęli natychmiast po swoje smartfony, by furę Maryli w media społecznościowe zesłać. Leciały więc fotki w internetowy kosmos, wzbudzając komentarze rozmaite. Od zadziwienia zaczynając, a na oburzeniu kończąc, że jak to tak? Porsche w Narodowej? I jakieś sukienki pieśniarki w gablotach? Zdjęcia z Opola czy innego Sopotu? Czy to przystoi? Czy można tak? Czy przypadkiem manuskrypty Wincentego Kadłubka i Galla Anonima nie przewracają się z oburzenia w skarbcu narodowej książnicy przy placu Krasińskich? Czy dyrektor Tomasz Makowski rozumu nie postradał przypadkiem, bo z kierowanej przez siebie zacnej instytucji jarmark pierzastych kogucików i baloników na druciku zrobił? 

Bibliotekarskim szeptom nie było końca, bo wielu osobom w głowach się nie mieści, żeby narodowa instytucja potraktowała na równi kronikarzy największych, poetów i pisarzy z grajkami, sztukmistrzami i kuglarzami. A oni przecież współtworzą kulturę naszą w stopniu równym dawno wymarłym skrybom polski piastowskiej i jagiellońskiej. Wiedzą o tym doskonale w takich krajach jak Stany Zjednoczone, Francja czy Wielka Brytania, gdzie dorobek dwudziestowiecznych artystów pieczołowicie archiwizuje się dla kolejnych pokoleń. Dorobek zarówno tych, którzy odeszli, jak Kora czy Tomasz Stańko, jak i tych, którzy osiągając określony wiek, chcą zadbać o swoją spuściznę i zawczasu dogadują się z rozmaitymi instytucjami, by przekazać im swoje bogate archiwa domowe, jak zrobiła to Maryla Rodowicz. 

Piszę o tym wszystkim, bo chciałbym, żeby dorobek Kory i Tomasza Stańki się nie rozpierzchł. Żeby jakaś porządna państwowa instytucja w porozumieniu ze spadkobiercami zabrała artystyczne dzieło ich życia, zdigitalizowała i udostępniała kolejnym pokoleniom Polaków. Marzy mi się w Polsce instytucja (instytucje?), która zajmowałaby się archiwizacją i popularyzacją naszej najnowszej kultury, także muzycznej, bo zajmowanie się wyłącznie dorobkiem Chopina to jednak trochę za mało. 

Mike Urbaniak
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę