Znaleziono 0 artykułów
18.12.2020

Kocham święta!

(Fot. Hulton-Deutsch Collection/CORBIS/Corbis/ Getty Images)

Nie wszystkim będzie dane spotkać się z bliskimi, ograniczymy wydatki na prezenty, zmęczenie po lockdownie sprawi, że relaks będzie trudniejszy. Tegoroczna Gwiazdka na pewno będzie inna, co wcale nie znaczy – gorsza. Jak wprawić się w nastrój, radzi świąteczna maniaczka.

Mimo pomysłowych kostiumów gwiazd Halloween mogłoby dla mnie nie istnieć. Na andrzejki ostatnio wróżyłam w liceum. Nie obchodzę Wielkanocy, zapominam o rocznicach, w urodziny nie odbieram telefonu. Cały rok czekam na te jedne jedyne najważniejsze święta – na Gwiazdkę.

Z dzieciństwa nie pamiętam choinki uginającej się od pierników, stosu prezentów ułożonych od największego do najmniejszego ani chóralnego koncertu kolęd. Pozostało we mnie poczucie bliskości, ciepła, wzruszenia. Mam małą rodzinę, więc Gwiazdkę najczęściej spędzaliśmy we trójkę – tylko mama, tata i ja. Czasami pojawiali się dziadkowie, prawie nigdy wujkowie, zdarzało nam się po Wigilii odwiedzać przyjaciół. Ale w zupełności wystarczyli mi rodzice. I rytuały, które stworzyli. Jako indywidualiści raczej nie kultywowali tradycji, tylko wprowadzali własne zwyczaje – mieszanka wpływów z różnych stron Polski w połączeniu z ich pomysłami dała święta, które były tylko nasze.

Kadr z Cudu na 34. ulicy (Fot. EastNews)

Dla wielu osób zbliżające się święta będą inne niż dotychczasowe – trzeba będzie choć trochę zerwać z tradycją, spędzić je w mniejszym gronie, może z mniejszą liczbą prezentów. Ja wiem, że w takim wydaniu odnajdę się doskonale. Czas przedświąteczny już mi się podoba, bo miesiące spędzone w domu pozwoliły jeszcze bardziej docenić rytuały. Musieliśmy nauczyć się celebrować codzienność – od porannej filiżanki kawy do relaksującej kąpieli na dobranoc. A że święta dla mnie zaczynają się już wraz z początkiem grudnia, każdy dzień miesiąca jest pełen wydarzeń, choćby pozornie nic się nie działo.

Co roku nie mogę się doczekać pierwszego grudnia. Wtedy pozwalam sobie na trzy przyjemności zapowiadające święta. Na cały regulator włączam „All I Want For Christmas Is You”, zadając mężowi zawsze to samo pytanie – Mariah Carey czy jednak „Last Christmas” Wham! On wybiera to drugie, a ja coraz częściej skłaniam się ku smutniejszym piosenkom o świętach – „River” Joni Mitchell (chętnie w wykonaniu Roberta Downeya Jr. z „Ally McBeal”, w którym to serialu jest jeden z najgenialniejszych odcinków świątecznych w historii – „Making Spirits Bright” z drugiego sezonu, „Blue Christmas” Elvisa czy „I’ll Be Home for Christmas” Binga Crosby’ego. Niektórych utworów wolno już słuchać od początku miesiąca, ale „Driving Home for Christmas” odpalam dopiero na autostradzie do Katowic, gdzie mieszkają moi rodzice. Kolacji wigilijnej od ponad 20 lat towarzyszy melancholijna płyta „Witaj gwiazdo złota” Grzegorza Turnaua i Ewy Małas-Godlewskiej (fascynacja krakowskim bardem dawno nam minęła, ale te piosenki oddają nostalgię polskich świąt). A gdy pod choinką szukamy prezentów, przychodzi czas na „Dzień jeden w roku” Czerwonych Gitar.

(Fot. Getty Images)

Nie ma grudnia i nie ma świąt bez ulubionych filmów. Wszystkie trzeba zobaczyć co roku. Pierwszy w kolejce jest „Holiday”, bo co prawda dzieje się w okolicach świąt, ale kojarzy się raczej z poszukiwaniem ciepła zimą. Wielkie odliczanie do Gwiazdki jest motywem przewodnim „To właśnie miłość”, więc brytyjską komedię romantyczną też można zobaczyć przed 24 grudnia. Zdecydowanie mniejszą wagę przykładamy do „Kevina samego w domu”. Jest jeden film święty. „Cud na 34. ulicy” z 1994 roku oglądamy z mamą od 25 lat. Pierwszy raz w nieistniejącym już katowickim kinie Zorza, potem przed telewizorem, w pierwszy dzień świąt, obowiązkowo w szlafrokach. Film z Richardem Attenborough w roli świętego Mikołaja – Krissa Kringle’a, który Laponię zamienił na Nowy Jork – sprawia, że tak jak bohaterka filmu, mała Susan, znów wierzę w magię.

Wraz z początkiem grudnia zaczyna się też czas słodkości. Nigdy się nie odchudzam, ale zimą folguję sobie z jeszcze większą determinacją. Kalendarz adwentowy, kiedyś dostarczany w paczce z Niemiec od dziadków, potem kupowany na lokalnym bazarku, w końcu powszechnie dostępny, to lekcja cierpliwości, cieszenia się każdym dniem, dawkowania sobie przyjemności. Zupełnie inną funkcję pełnią czekoladowe mikołaje, bałwanki i inne misie – można je zjeść natychmiast, po kilka naraz.

Święta najbardziej kojarzą mi się ze światłem. Z grudniowych ciemności wyłaniają się lampki na choince, w całym domu płoną świece, w Wigilię czeka się na pierwszą gwiazdkę. Reszta dekoracji jest mniej ważna. Gdybym miała wybrać choinkę idealną, byłyby na niej tylko lampki. Ale na to nie pozwala mój tata. Podczas gdy w poranek wigilijny mama kroi grzyby na zupę, gotuje groch na groch z kapustą (najwspanialsze śląskie danie!) albo uciera ciasto na babkę, my zostajemy oddelegowani do ozdób. Trzeci do kompletu jest teraz mój trzyletni syn, któremu pozwalamy na najniższych gałązkach zawieszać słomkowe zabawki. Reszta rodziny, w tym mój mąż, mogą tylko podziwiać efekty naszej pracy. Czasami choinka ma tonację czerwono-złotą, czasami srebrzystą. Niedozwolone są różnobarwne bombki, pożądane – drewno, papier, wiklina. Ten skandynawski trend dotarł do nas pewnie wraz z Ikeą w latach 90., ale jak wszystkie świąteczne rytuały wydaje nam się własnym pomysłem.

Kadr z Kevina samego w domu (Fot. EastNews)

W kuchni rządzi mama, tata zawsze smaży karpia. I zawsze się przy tym denerwuje. Zdejmuje marynarkę, a na odprasowaną koszulę zakłada fartuch. I złorzeczy, że na pewno wszystko zachlapie. W tym roku po raz pierwszy karpia nie będzie. Pozostaną śledzie, które przygotowujemy z tatą kilka dni wcześniej. Poza tym będzie słodko – baba, raczej włoska panettone niż babcina z kakao, sernik, pierniczki. I kompot z suszu, którego nikt nie lubi, ale wszyscy chętnie wypiją.

Gdy już rozbłyśnie pierwsza gwiazdka, nagle wszystko cichnie. Nawet dziecko i pies są nagle jacyś zadumani. I wtedy zaczyna się to, co kocham w świętach najbardziej – błogość, intymność, spokój. Wszyscy zakładamy najlepsze ubrania. Choć przez ostatnie miesiące nie wyszłam z dresu, nie ma mowy, żebym usiadła do kolacji w czymś innym niż elegancka sukienka. Mama ma na tę okazję ulubioną biżuterię, tata i mąż – garnitury, syn koszulę, w której jak sam twierdzi, wygląda zupełnie jak dziadek. W tej ciszy, nad stołem przykrytym białym obrusem i udekorowanym brokatowymi gwiazdkami, choinkami i reniferami, przy choince i świecach, które dają światło, dzieje się magia. Choć nie jesteśmy religijni, a w najlepszym razie uznajemy się za agnostyków, dzielimy się opłatkiem. Gdy składamy sobie najszczersze, najbardziej osobiste, najbardziej wzruszające życzenia, nie da się nie zapłakać. To ten wyczekany moment bliskości.

W tym roku, zanim przytulę rodziców, zrobię test na COVID-19. Z gwarancją, że nie wyrządzę im krzywdy, dam się pochłonąć temu ciepłu, które rodzi się tylko w ten jeden dzień w roku. Dzień powrotu do domu, dzień powrotu do dzieciństwa, dzień powrotu do tego, co naprawdę ważne.

Helena Reszel
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę