Znaleziono 0 artykułów
06.12.2019

Serial z przeszłości: „Ally McBeal”

(Fot. EastNews)

Neurotyczna 30-latka szuka miłości w wielkim mieście, próbując godzić karierę z randkami, życiem towarzyskim i czasem dla siebie – tak mógłby brzmieć opis fabuły co drugiego współczesnego serialu. Patronką ich bohaterek jest Ally McBeal, bardziej krucha, prawdziwa i wrażliwa niż Carrie Bradshaw, której perypetie śledziliśmy równolegle na przełomie mileniów.

Wystarczyło jedno zdjęcie, by powróciły wspomnienia. Modelka, influencerka i właścicielka marki Inamorata, Emily Ratajkowski, wrzuciła na Instagram swój nowy projekt – pastelowy kostiumik z mini i obszerną marynarką. Niemal identyczny 20 lat temu nosiła Ally McBeal.

Bohaterce równie ikonicznej, choć rzadziej wspominanej niż Carrie Bradshaw, krótkie spódniczki, wysokie obcasy i pociągnięte szminką usta służyły za tarcze w walce z szowinizmem – w biurze, na sali sądowej i w barze po pracy. Serialowi od początku zarzucano tanie przedstawienie walki o prawa kobiet. „Czy feminizm umarł?” – pytano na okładce „Time’a”, na której zdjęcie odtwórczyni tytułowej roli, Calisty Flockhart, umieszczono obok prawdziwszych zdaniem redakcji bojowniczek o prawa kobiet – Betty Friedan i Glorii Steinem.

(Fot. Getty Images)

Gdy miałam 15 lat, mówienie bez ogródek o uczuciach, umawianie się z innym mężczyzną co odcinek i wygrywanie spraw w zupełności mi jako manifestacja girl power wystarczało.

Feralny finał

Research do tego cyklu pozwala mi bezkarnie powracać do ulubionych filmów i seriali. „Plotkara” mnie bawiła, „To właśnie miłość” zirytowało, a „Ally McBeal” rozczuliła. Żeby odkryć ją na nowo, musiałam dotrzeć do krańca internetu. Podczas gdy wiele produkcji z tamtej epoki rozsiadło się wygodnie na platformach streamingowych, serial Davida E. Kelleya (teraz odpowiedzialnego m.in. za „Wielkie kłamstewka”) z lat 1997-2002 nie miał tyle szczęścia. Nikt też nie przebąkuje o jego odświeżonej wersji.

Calista Flockhart (Fot. EastNews)
Obsada na gali (Fot. Getty Images)

Może dlatego, że zakończył się nie z hukiem, lecz z kwileniem. O finałowym, piątym sezonie, w którym Ally zakochuje się w Jonie Bon Jovi i opiekuje się córką, o której dopiero co się dowiedziała (kiedyś oddała jajeczka do banku komórek jajowych i urodziło się dziecko – już samo to rozwiązanie fabularne woła o pomstę do nieba), nawet tak wierni fani jak ja nie chcą pamiętać. Podobnie jak o tym, że scenarzyści w trzecim sezonie uśmiercili Billy’ego, pierwszą miłość Ally, od której wszystko się zaczęło (a konkretniej od wzajemnego wąchania pup w dzieciństwie, bo widzieli, że robią tak psy), po tym jak kazali łagodnemu jak baranek prawnikowi zmienić się w szowinistyczną świnię. I jeszcze o tym, że od Ally odszedł Larry Paul, czyli ten, który zgodnie z założeniami twórców miał być tym jedynym.

Gdy po brawurowych dwóch pierwszych sezonach przyszedł widoczny spadek formy, w czwartym „Ally” musiała się odbić od dna. Udało się właśnie dzięki granemu przez Roberta Downeya Jr. cynikowi o złotym sercu, który pokochał główną bohaterkę ze wszystkimi jej lękami, kompleksami i neurozami. Pech chciał, że aktor w tym czasie nie potrafił się  wyrwać ze szponów nałogu. Zamiast dotrwać z Ally do planowanego w ostatnim odcinku czwartego sezonu ślubu, został zwolniony z pracy z dnia na dzień, pozostawiając „Ally...” i Ally bez happy endu. To po nim przyszli Bon Jovi, córka niespodzianka i spadek oglądalności.

Neurotyczna osobowość naszych czasów

Na długo zanim znalazłam „Ally” tam, gdzie zazwyczaj w internecie nie zaglądam, kolekcjonowałam wszystkie odcinki na kasetach wideo. Co tydzień nagrywałam je z telewizji, oglądałam po kilkadziesiąt razy, dzieliłam się przemyśleniami z przyjaciółkami. Gdy miałam 15 lat, byłam pewna, że skończę tak jak ona – samotna prawniczka w pastelowych kostiumach, która nigdy nie zazna szczęścia. „Ally...” oglądałam dla piosenek, piżam i procesów sądowych. Mój tata, adwokat, twierdził, że to najlepiej napisane przemowy w historii telewizji. Cóż z tego, że w sprawach na granicy absurdu – kwestii istnienia świętego Mikołaja, legalizacji trójkąta małżeńskiego czy mężczyzny, które bije ludzi, żeby zrozumieli, kogo naprawdę kochają.

Na początku studiów napisałam nawet pracę roczną, w której określiłam Ally jako „neurotyczną osobowość naszych czasów”. Kategoria stworzona przez psychoanalityczkę Karen Horney wyróżniała osobowości narcystyczne, niespełnione, skonfliktowane same ze sobą. Ale byłam jeszcze za blisko Ally. Nie potrafiłam na nią spojrzeć obiektywnie, bo nie patrzyłam z dystansu na siebie. Wciąż była dla mnie świętą, a hagiografie rzadko uchodzą za dobrą literaturę.

Staroświecka i postępowa

Kim byłaby Ally dzisiaj? Zapewne wiecznie niespełnioną Tinderellą. Zawieszoną między dziewczęcością a kobiecością. Poranioną przez rodziców. Traktującą przyjaciół jak rodzinę. Roztańczoną, rozkapryszoną, rozbitą. „Ally...” nie zestarzała się paradoksalnie dlatego, że już w momencie powstania była staroświecka. Pomijając nieudolne z punktu widzenia osiągnięć technologii AD 2019 efekty specjalne (nigdy nie byłam fanką tańczącego niemowlęcia poruszającego się w rytm „Uga Chaka”, które miało uosabiać tykający zegar biologiczny McBeal), główna bohaterka była po uszy zanurzona w nostalgii. Ścieżka dźwiękowa – serialu i życia Ally – była oparta o przeboje easy listening z lat 60. (oprócz etatowej wokalistki Vondy Shepard na ekranie gościły sławy – Al Green, Barry White i Elton John). Pensjonarskie i purytańskie podejście McBeal do miłości wielokrotnie wyśmiewali inni bohaterowie, a paczkę przyjaciół, czyli współpracowników Ally, łączył humor w stylu starych dobrych sitcomów.

Głośno mówiło się o seksie, jeszcze głośniej sprzeciwiało się traktowaniu kobiet wyłącznie jako obiektów pożądania (już w pierwszych odcinkach toczą się procesy o molestowanie seksualne). Postępowi byli też transseksualni bohaterowie, uniseksowe toalety, Afroamerykanie i Azjaci w głównych rolach. I pozbawione tabu podejście do terapii, na którą Ally i jej przyjaciel i szef John Cage chodzili regularnie, żeby się  zwierzyć i zmierzyć ze sobą.

Przed świętami wrócę jeszcze na pewno do mojego ulubionego odcinka „Making Spirits Bright” z drugiego sezonu, w którym Ally spotyka jednorożca – symbol nadziei i samotności, inności i wyjątkowości. Co z tego, że spotyka go tylko na niby? Tak jak w serialu świat fantazji i ten rzeczywisty dowolnie się przenikały, tak każdy, kto ma choć odrobinę wyobraźni, na zawsze pozostanie dzieckiem. I to jest przesłanie „Ally...”, które dla mnie nigdy nie straciło na aktualności.

Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę