Znaleziono 0 artykułów
22.10.2021

Książka tygodnia: Małgorzata Czyńska, Leon Tarasewicz „Nie opuszczam rąk”

Leon Tarasewicz (Fot. DONAT BRYKCZYNSKI/REPORTER)

Leon Tarasewicz umie opowiadać, a Małgorzata Czyńska zapisywać. Dzięki temu powstała arcyciekawa książka o nieprzeciętnym artyście. 

Nie wiedziałem, że w kraju, gdzie kolor czerwony był w widoczny sposób nadużywany, od plakatów propagandowych po flagi z pochodów wszelkiego autoramentu, prawdziwej czerwieni nie było. Nie wiedział tego również Leon Tarasewicz, malarz wspaniały i godny kompan (wiem, co mówię), póki nie wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Pod koniec lat 80., dzięki bystremu oku i estetycznemu smakowi, pewna dziennikarka „Vouge’a” zainteresowała jego twórczością kilku właścicieli galerii, więc Leon miał tam wystawę. Dziś mówi – i chyba naprawdę żałuje – że nie pamięta nazwiska swojej promotorki. Tu – mój drogi – jesteś sklerotycznym dziadersem. Ale nie przejmuj się, ja też zapominam, jesteśmy równolatkami, więc nam wolno.

Małgorzata Czyńska, Leon Tarasewicz „Nie opuszczam rąk”, Wydawnictwo Czarne

Chodził więc Leon ulicami Nowego Jorku i w sklepach z farbami (pewnie też takimi antykorozyjnymi, do metalu) odkrywał prawdziwe czerwienie. Kupował i wiózł do Polski, gdzie konał realny socjalizm, a jego agonia oznaczała, że brakowało nie tylko wszystkiego, ale nawet farb, które są potrzebne tylko wąskiej kaście artystów. Bowiem – jak dowodzi Tarasewicz – wyprodukować prawdziwą czerwień mogą tylko kraje naprawdę zamożne, dysponujące wyrafinowanymi technologiami. Skoro z tego punktu widzenia patrzy się na sztukę, widać na pierwszy rzut oka (kto widzi, ten widzi, ale Leon widzi na 100 procent), czy obraz pochodzi od artysty z kraju – żebraka, czy z okolic bardziej szczęśliwych. Dalej już tylko krok do kolejnego twierdzenia. Prawdziwej czerwieni nie ma również tam, gdzie niepotrzebna jest sztuka. A dlaczego niepotrzebna? Bo tak. Każdy, kto żył w tamtych czasach, doskonale rozumie, co to „bo tak” naprawdę oznacza.

Opowiada mam Tarasewicz o wszystkim. O dzieciństwie na białostockich „Wysrankach”; wszyscy domyślamy się, z jakiego powodu tak nazwano przysiółek oparty o zagajnik, bardzo poręczny dla pewnych spraw. O tym, jak w lutym wylądował w rzeczce, bo pływał pod mostem na lodowych krach. Jak podglądał pary w sytuacjach intymnych, ale też bywał świadkiem małżeńskiego gwałtu. O zespole, w którym przygrywał na weselach, i o kapeli Kameleon, takiej nie od chałtur. O Stacji Waliły, gdzie się urodził i obecnie mieszka. Kury ozdobne, długo- i krótkoogoniaste, które Leon zwozi na Podlasie z całego świata, gołębie i bażanty też pojawią się w tej opowieści, bo bez kur dla Tarasewicza nie ma życia.

Plenery malarskie są w tej opowieści niezwykle ważne. Podobnie jak studia w pracowni prof. Tadeusza Dominika; nie powiem nic więcej, bo zbyt troskliwi rodzice mogą uzdolnionej plastycznie progeniturze zabronić studiów na ASP. Ale też o epizodzie związanym z obowiązkową w PRL-u służbą wojskową – talent szeregowego, a potem kaprala Tarasewicza mógł sprawić, że kulili przed nim ogon oficerowie, choć wcześniej, nie znając kompanijnych układów, pokazywali, kto ważniejszy.

No i białoruskość, ale nie cepeliowa, lecz prawdziwa, praktykowana przynajmniej przez język i miejsce zamieszkania. Lecz również obecna w twórczości, jako że dawne Wielkie Księstwo Litewskie dało światu sporą garść wybitnych malarzy, choć ludzie myślą, że to Amerykanie, Szwajcarzy albo Bóg wie kto.

Małgorzata Czyńska (Fot. Archiwum prywatne)

Ale przede wszystkim dzięki dialogom z książki „Nie opuszczam rąk” prowadzonym przez Małgorzatę Czyńską wiemy, że mamy szczęście obcować z twórcą nieprzeciętnym. Leon Tarasewicz ze Stacji Waliły to artysta z krwi i kości. Malował obrazy, by postanowić poprzez instalacje wejść w sam środek obrazu. Niewielu umie tak tańcować z barwami.

On potrafi jeszcze opowiadać (a Małgorzata Czyńska zapisywać). Na przykład: „Sztuka to jest poczucie niemożliwości. Twórca każdą kolejną pracą przekracza granice, o których sam jeszcze nie wie. I trzeba mocno wierzyć w to, że ma się przed sobą drzwi do otwarcia, drogi, którymi jeszcze nie szedłeś, ani ty, ani inni”. Takim to sposobem malarstwo zmienia się w słowo. Jest jednym z najważniejszych współczesnych artystów. Znają go w Nowym Jorku, Paryżu, Sztokholmie, Londynie. Wszędzie go znają, nawet w Związku Hodowców Drobiu Rasowego „Gallus”, gdzie jest wiceprezesem.

A przecież, jak wspomina, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej. Gdyby nie zdał do liceum plastycznego w Supraślu, poszedłby do technikum leśnictwa w Hajnówce. Leśnik, wiadomo, zawód wymagający. Tarasewicz jest pewien, że gdyby dostał zielony mundur leśnika, straciłby wątrobę.

Małgorzata Czyńska, Leon Tarasewicz „Nie opuszczam rąk”, Wydawnictwo Czarne

Paweł Smoleński, „Gazeta Wyborcza”
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę