Znaleziono 0 artykułów
17.06.2018

Leon Tarasewicz łączy światy

Wystawa Leona Tarasewicza (fot. mat. prasowe Muzeum Architektury)

Leon Tarasewicz, polski malarz białoruskiego pochodzenia, profesor sztuk plastycznych, nauczyciel akademicki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie wciąż mieszka pod Gródkiem i pielęgnuję tradycję swoich ziem. Przy okazji najnowszej wystawy jego prac, której patronuje "Vogue Polska", rozmawiamy z artystą i kuratorką Małgorzata Devosges-Cuber.

To miała być retrospektywa. Leon Tarasewicz miał „tylko” odebrać tytuł honorowego profesora Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu, a przy okazji pokazać kilkanaście prac ze swojego dorobku. Ale kiedy malarz zobaczył monumentalne wnętrze muzeum – pustą przestrzeń dawnego kościoła i klasztoru Bernardynów – od razu zaczął wymyślać nowe obiekty.

To artysta, który nigdy nie pracuje poza kontekstem miejsca. Na wystawy patrzy całościowo i komponuje je jako spójną całość. Podobnie było tym razem – już w trakcie pierwszego spotkania w muzeum powstały szkice nowych prac, które ostatecznie wypełniły praktycznie całą dostępną przestrzeń – wspomina Małgorzata Devosges-Cuber, kuratorka projektu. Farba wycieka z płótna, rozlewa się po ścianach i ścieżkach, rozprasza w świetle. Zamiast wystawy-podsumowania twórczości zasłużonego malarza, powstała żywa, rozgrywająca się tu i teraz opowieść o malarskiej drodze Leona Tarasewicza.

Bez tytułu

Reklama

Ekspozycję otwiera obraz z 1984 — praca dyplomowa, a kończy praca wykonana 34 lata później, czyli zupełnie nowa instalacja stworzona pod wpływem zastanego miejsca. – To malarstwo, które przechodzi w trzeci wymiar, a czasem nawet staje się niematerialne – rozwija kuratorka.

Wystawa Leona Tarasewicza (fot. mat. prasowe Muzeum Architektury)
Wystawa Leona Tarasewicza (fot. mat. prasowe Muzeum Architektury)

Wystawa ma swoją symboliczną narrację, rytm nadaje jej architektura, która na współczesnego widza działa dokładnie tak, jak w średniowieczu działała na wiernych. Od samego wejścia budowane jest napięcie, krok po kroku przybliża widza do ołtarza, bo jak mówi artysta: – Chciałem przywrócić świątynność świątyni.

W nawie głównej wiszą wczesne obrazy, z lat 80. Od pracy dyplomowej przez tzw. „okres amerykański” już one mają charakterystyczny styl artysty, ale wykonane są na tradycyjnych nośnikach płótnie i papierze. Malarstwo, które jest żywe, monumentalne, ale jeszcze trzyma się umownych ram obrazu. Gdy tylko zbliżymy się do strefy dawnego ołtarza, znajdziemy filar światła z czerwono-zielonych pasów to rodzaj łącznika, przejścia od tradycyjnego malarstwa w stronę tego wychodzącego dosłownie w przestrzeń – rozwija Devosges-Cuber. Dalej w odtworzonej absydzie wyłania się kubik, pięciometrowa instalacja z desek, która ocieka czerwienią. Towarzyszy jej 12 sześcianów czystego koloru. – Tu czerwień mocno kontrastuje z bielą ścian i posadzki. Tarasewicz  swoim malarstwem zagarnia przestrzeń. Bo bez względu na to, czy to jest olej na płótnie, konstrukcja w przestrzeni, czy panel świetlny, cały czas mamy do czynienia z malarstwem – zaznacza kuratorka.

Trzecia część wystawy została zaaranżowana w części klasztornej, w dawnym wirydarzu. – To był ogród zakonników, uprawiali tu kwiaty i zioła. Kontemplowali i modlili się. Miejsce miało w dosłowny sposób nawiązywać do raju. Tarasewicz przekształcił wewnętrzny ogród, malując fantazyjnie ścieżki. Pokrył je milionem drobnych plamek farby. Kolory przenikają się i migoczą. Po chwili patrzenia wydają się płynną, trójwymiarową strukturą, która hipnotyzuje i wymusza ruch. – Artysta stworzył tu malarską konstrukcję, po której można chodzić. Ma swoją strukturę, czuć ją pod stopami. Na obraz zupełnie intuicyjnie reagują dzieci. Żeby pełniej go doświadczyć, ściągają buty i biegają po ścieżkach boso.

Leon Tarasewicz (fot. mat. prasowe Muzeum Architektury)

Podobnie jak malarz nie nadaje tytułów swoim pracom, tak samo zdecydowano, by nie nadawać tytułu wystawie. – Mogła chyba tylko nazywać się malarstwo albo „Leon Tarasewicz”. Zostaliśmy przy nazwisku, żeby wystawa działała jako projekt otwarty – uśmiecha się. – Można było wymyślić tytuł, który nawiązywałby do historii albo konkretnego miejsca, ale nie wiem, czy by to nas do czegoś zbliżyło.

Ta sztuka działa na zbyt wielu poziomach, nie lubi szufladek i kategorii, zbyt oczywistego klucza symboliki i znaczeń.

Poza ramą

Długi czas patrzono na to, co robię jak na jakieś kolorki, estetyczne obrazki. Dopiero po paru latach od skończenia studiów zacząłem być zapraszany do wystaw zbiorowych – wspomina Tarasewicz. – Na wystawie w Lubece, powstał tekst, o tym, że moje malarstwo dotyka kontekstu Malewicza i Rothko, Rublova. Ci artyści zawsze byli energetyczni, dzięki kolorom. Ale takie malarstwo w Polsce właściwie nie istnieje. To jest nieobecny, pomijany świat – wspomina Tarasewicz.

Wystawa Leona Tarasewicza (fot. mat. prasowe Muzeum Architektury)

– O jego pracach można różnie opowiadać, ale na pewno nie jest to malarstwo dekoracyjne. Ma aspekt mistyczny, duchowy, który wywodzi się z tradycji ikony bardzo mu bliskiej. Te motywy nie zawsze są ewidentne do odczytania, ale patrząc na pracę podskórnie się to czuje. Zresztą Leon Tarasewicz nie ma problemu z tym, żeby otwarcie odwoływać się do uniwersalnych spraw. Myślę, że dziś to jest bardzo rzadkie – dodaje Małgorzata Devosges-Cuber.

Wystawa Leona Tarasewicza (fot. mat. prasowe Muzeum Architektury)

Gdy spotykam się z artystą w przerwie jego zajęć ze studentami warszawskiej ASP, słyszę zdanie, które, pytany o swoją pracę, lubi powtarzać – Twórczość to lustro życia, znając biografię artysty, wystarczy wrzucić ją do komputera, wcisnąć enter to wyjdzie wydruk obrazu.

Nie lubi rozmawiać o swoim malarstwie, woli opowiadać o tym, jak żyje. – Urodziłem się na Podlasiu i nigdy się stamtąd nie wyprowadziłem. Nawet nie próbowałem. Dlaczego? To nie była decyzja, ja nie miałem wyboru. To jakby Pani pytała, dlaczego artyści w XIX wieku jeździli do Paryża. Wieś jest jego naturalnym środowiskiem, mikrokosmosem. Podwórko do wypielenia, nowe gatunki kur do hodowli, białoruski język, którym posługuje się na co dzień, to wszystko daje mu tożsamość i energię.

Kiedy pytam, z kim na wsi rozmawia o sztuce, odpowiada z rozbrajającą bezpośredniością. – Z nikim. Tu nie ma takich tematów. Tu sztuka nikogo nie interesuje. Już jako dziecko nauczyłem się, że takich traktują, może nie jak nienormalnych, ale…. Dla swoich sąsiadów, Leon Tarasewicz jest bardziej społecznikiem, niż profesorem ASP. Mieszkając od dziecka w Waliłach pod Gródkiem pielęgnuję tradycję swoich ziem. Bo jak mówi: Podzielili nas granicami na papierze, ale też mentalnie, a on czuje przynależność do Podlasia, które jego rodzina zamieszkuje od pokoleń i chce tu żyć, pielęgnując własną kulturę. Dlatego współorganizuje festiwal Trialog, a w ogródku sadzi tylko tradycyjne odmiany roślin jak irysy, bzy i dalie. Trialog to pomost z literatury, sztuk plastycznych i muzyki. Zapraszamy artystów, rozmawiamy. Zajmowaliśmy się już Mickiewiczem, tutejszością, białoruskim mitem. W tym roku będziemy mówić o kulturze białoruskiej za granicami Białorusi.

Leon Tarasewicz (fot. mat. prasowe Muzeum Architektury)

Przed chwilą otworzył wystawę we Wrocławiu, teraz kończy rok akademicki ze swoimi studentami i pracuje nad kolejną wystawą, którą od lipca będzie można oglądać w bliskiej mu od lat warszawskiej Galerii Foksal. – Ja tej swojej wsi czasami nie widzę. Tylko jeżdżę i Białystok omijam obwodnicą. Nawet posadzone kwiaty oglądałam latarką, bo nie ma kiedy – trochę narzeka uśmiechając się, ale ma już kolejne plany. Idąc za ciosem wrocławskiego wirydarza, chce malować ścieżki w barokowym ogrodzie. W przyszłym roku peron kolejowy Stacji Waliły, bo jak z rozbawieniem wspomina: – Jako czteroletni chłopak dostałem bilet kolejowy do Białegostoku, po dwóch godzinach szukania znaleziono mnie na peronie, gdzie czekałem na pociąg.

Tarasewicz ma niesamowitą łatwość w znajdowaniu punktów, które łączą światy — on je łączy swoją osobowością – wybrzmiewa mi w głowie zdanie Małgorzaty Devosges-Cuber.

Wystawę „Leon Tarasewicz”, której patronuje magazyn Vogue, można oglądać we wrocławskim Muzeum Architektury do 26 sierpnia

Basia Czyżewska
Reklama
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę