Znaleziono 0 artykułów
28.09.2019

Love Me Tinder: Ageizm i ksenofobia

(Ilustracja: Izabela Kacprzak)

Nie jestem Polakiem, ale dobrze mówię i piszę po polsku, bo żyję tu od dłuższego czasu. Wychowywałem się w Stanach, mieszkałem w Kanadzie. Mam 49 lat i dość nietypowe imię. Przez to na Tinderze, inaczej niż w życiu, trudno mi umówić się na randkę. Czuję się wykluczony.

Po zamknięciu ważnej relacji z dziewczyną, która złamała mi serce, chciałem być nowoczesny, więc ściągnąłem Tindera. Może to dziwnie zabrzmi, ale w aplikacji nigdy nie szukałem przygód – seksu na jedną noc ani układu typu friends with benefits [przyjacielska relacja, w której dopuszcza się seks – przyp.red.]. Nie dlatego, że były mi obce. Miałem takie doświadczenia wcześniej, więc nie potrzebowałem ich więcej. Tindera traktowałem jako szansę, żeby wyjść poza krąg znajomych, poznać kogoś nowego i zbudować poważny związek.

W profilu zamieściłem prawdziwe i aktualne zdjęcie twarzy oraz sylwetki w ubraniu. Pomyślałem wtedy, że Tinder jest jak Zalando, więc muszę się skatalogować i sprzedać jak produkt. Ale byłem szczery. Napisałem, ile mam lat i jak się nazywam. Opisałem swój zawód, światopogląd i charakter. Zdradziłem, że zajmuję się muzyką i fotografią, jestem liberalny i raczej wyluzowany. Nie pisałem o oczekiwaniach wobec kobiet. Jest tylko jedna rzecz, na którą zawsze zwracałem uwagę – wzrost. Nie wiem dlaczego, ale z reguły wiązałem się z wysokimi dziewczynami, takimi powyżej 170 cm. Dla mnie to jest istotne kryterium, więc dodałem informację, że takie kobiety wolę.

Niepopularna szufladka

Szybko przekonałem się, że aplikacja nie daje mi dużych możliwości. Mówiąc wprost, byłem za stary. Gdy porównywałem swoje konto z kontami młodszych nawet o cztery–pięć lat znajomych, widziałem, że oni mają ogromną ilość kont potencjalnych partnerek do wyboru. A ja byłem w stanie dotrzeć do końca Tindera dość szybko, nie znajdując nikogo interesującego. Może byłem wybredny, ale nic na to nie poradzę.
Gdy już pojawiała się ciekawa osoba, przesuwałem w prawo, a potem był match, zagadywałem. Często napotykałem ciszę. To mnie dziwiło. Ale teraz myślę, że chodzi o moje wschodnio brzmiące imię. Internet sztywno kategoryzuje, a ludzie przejmują ten sposób myślenia. Trafiłem do niepopularnej szufladki „mężczyzni z Bliskiego Wschodu”. Dziewczyny mnie unikały. Co ciekawe, także Ukrainki i Rosjanki.

Nie zaglądałem więc na Tindera zbyt często. W ciągu trzech lat używania aplikacji byłem tylko na kilku randkach. I muszę przyznać, że nie były szczególnie udane. Na żadnej nie poczułem motyli w brzuchu. Kilka razy się całowałem, ale nie doszło do niczego więcej.

Nie szukam przelotnych relacji

Z pierwszą dziewczyną pisaliśmy przez kilka dni. Później zaprosiłem ją na kawę, ona wolała piwo. Rozmawialiśmy, było nawet miło. Później poszliśmy do kina. I tyle. Nie czułem chemii, nie chciałem robić niczego na siłę, więc napisałem jej, co czułem. Nie uwolniłem się jeszcze mentalnie od mojej poprzedniej dziewczyny i nie jestem gotowy. Była zawiedziona, ja chyba też. Usunąłem konto i na pół roku zapomniałem o aplikacji.

(Ilustracja: Izabela Kacprzak)

Gdy wróciłem, chyba z nudów, do swojego profilu dopisałem zdanie: „Nie szukam przelotnych relacji”. Ale nie zauważyłem, żeby to coś zmieniło. Po jakimś czasie umówiłem się na spotkanie z drugą dziewczyną. Podobały mi się jej zdjęcia, ale na żywo wyglądała inaczej. Poza tym nie pasował mi jej tembr głosu. Nie umiałem się na nią otworzyć. Myślę, że oboje czuliśmy, że nie klika. Kontakt naturalnie się urwał.

Kilka tygodni temu pojawiła się kolejna kobieta. Kojarzyłem jej konto na Instagramie, czułem, jakbyśmy trochę się już znali. Poszliśmy na długi spacer po mieście, zjedliśmy wegańską pizzę, wypiliśmy kawę — to była dobra rozmowa. Na końcu odprowadziłem ją do domu. Niby umówiliśmy się na spotkanie za kilka tygodni, ale ani ona, ani ja nie wróciliśmy do tematu, bo było miło, ale przyjacielsko. Teraz kontaktujemy się czasem na Instagramie.

(Ilustracja: Izabela Kacprzak)

Gdybym miał wystawić ocenę aplikacji, byłoby to cztery na dziesięć. Używam Tindera na tej samej zasadzie, co gram w totolotka. Myśląc: „A nuż się uda”. Trzeba przecież próbować. Ale wiem, że znacznie lepiej funkcjonuję na żywo. Może jestem z innego pokolenia, bo umiem podejść i z kimś porozmawiać. Nawiązać prawdziwy kontakt. Zazwyczaj to się kończy dużo przyjemniej.

Wysłuchała Basia Czyżewska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę