Znaleziono 0 artykułów
22.08.2021

Mery Spolsky: Artystka multidyscyplinarna

Fot. Piotr Porębski

Choć uchodzę za optymistkę, a uśmiech zwykle nie schodzi mi z twarzy, to w trudnych chwilach zdarza mi się kwestionować wszystko. Ukojenie przynosi pisanie – mówi Mery Spolsky. Rozmawiamy o pierwszej książce piosenkarki, poszukiwaniu pewności siebie i modowych eksperymentach.

Czym dla ciebie jest ta książka?

To dla mnie kolejny wymiar projektu, jakim jest Mery Spolsky. Od początku chciałam, żeby jej uniwersum było wielowymiarowe, obejmowało nie tylko muzykę, ale również modę, film czy literaturę właśnie. Pisanie tekstów to mój ulubiony etap pracy twórczej, od dawna marzyłam, by spróbować sił w dłuższej formie. Początkowo myślałam o tomiku poezji, ostatecznie jednak zdecydowałam się dać sobie pełną swobodę – w książce są sentencje, wiersze i opowiadania.

Fot. Piotr Porębski

Pomysł pozostałby w sferze marzeń, gdyby nie wsparcie Tomika Grewińskiego, współzałożyciela Kayaxu – wytwórni, w której jestem. To on po zakończeniu trasy w 2019 roku powiedział: „Mery, a może to czas na książkę?”. Tego samego wieczora wysłałam mu próbkę tekstów, które pisałam do szuflady. Razem wybraliśmy kierunek i zabrałam się do pracy. Gdy wybuchła pandemia, wszystkie siły twórcze skupiłam na pisaniu. Jednak do końca nie byłam pewna, czy efekty mojej pracy ujrzą światło dzienne. Dzięki temu nie czułam presji. 

To nie jest autobiografia, choć są osobiste historie. Raczej projekt literacki, strumień myśli, pamiętnik.

Fot. Piotr Porębski

Czym różni się pisanie książki od pisania muzyki?

Pisanie tekstów piosenek jest zdecydowanie bardziej wymagające. To bezustanna zabawa słowami w ramach przyjętej konwencji, łamanie języka do rytmu muzyki, często kosztem dodatkowego wersu. Dlatego przystępując do pracy nad książką, obiecałam sobie, że zamiast trzymać się zasad, będę je łamać, zamiast być oszczędną w słowach, pozwolę im płynąć.

Co rano budziłam się i siadałam do pisania. O wszystkim – raz były to wakacje we Francji, innym razem historia niespełnionej miłości. Pracując nad płytą, staram się, żeby orbitowała wokół pewnego konceptu, tematu lub stylu. Tu mogłam pozwolić sobie na więcej.

To doświadczenie miało również wpływ na to, jak piszę muzykę. W książce dałam upust literackim eksperymentom. Pisałam to, co myślę i czuję, bez żadnego filtra. Teraz mam ochotę na coś bardziej poetyckiego, refleksyjnego, może nawet filozoficznego. Marzy mi się też fabuła.

„Jestem Marysia i chyba się zabiję dzisiaj” to nie tylko tytuł książki, ale również twoje określenie stanu, w którym wydaje się, że świat sprzysiągł się przeciw tobie i wszystko idzie nie tak. Czy często się z nim zmagasz?

Choć uchodzę za optymistkę, to taki moment zdarza mi się przynajmniej raz dziennie. Zwykle przyczyną jest błahostka – spóźniony tramwaj, nieudane spotkanie czy nieprzyjemna rozmowa, która daje początek spirali negatywnych myśli i chęci wygrażania światu. Zdarza się jednak, że ktoś mnie bardzo zrani albo zatęsknię za mamą, która zmarła na raka, gdy miałam 21 lat, i ogarnia mnie przejmujący smutek, którego nie sposób ukoić. W takich momentach zdarza mi się kwestionować wszystko. Pisanie przynosi ukojenie.

Fot. Piotr Porębski

Tytuł oddaje też dobrze bohaterkę książki. Marysia jest bardzo zmienna, poddaje się emocjom, raz podchodzi do życia zbyt lekko, innym razem zbyt poważnie. Zdarza się jej lekceważyć innych i ich problemy, nierzadko bardziej dotkliwe niż jej zmagania. 

Wielokrotnie podkreślałaś, że mama współtworzyła projekt Mery Spolsky. Projektowała twoje kostiumy i grafiki. Teraz jest ważną bohaterką książki.

Gdy miałam 21 lat, mama zmarła, a mój świat się zawalił. Sposobem na poradzenie sobie z jej odejściem była sztuka. Gdy jako dziecko miewałam doły, mama zachęcała mnie do tworzenia. Ona sama w najtrudniejszych momentach pisała wiersze, projektowała ubrania i robiła grafiki. Była moją idolką. Dlatego tak dużo miejsca poświęciłam jej w książce. Z tęsknoty. I choć wciąż jest mi trudno, że nie ma jej już wśród nas, zawsze będę wdzięczna za to, że była w moim życiu.

Fot. Piotr Porębski

Piszesz o ważnych dla ciebie relacjach – z rodzicami, przyjaciółkami i mężczyznami. Najważniejsza pozostaje jednak ta z samą sobą. Jak ona wygląda?

Dorastając, byłam bardzo wstydliwa. Nie wiem, skąd mi się to wzięło, bo jednocześnie zawsze ciągnęło mnie do ludzi. Marzyłam o scenie. Rodzice bardzo mnie wspierali i dodawali mi odwagi. Mimo to musiałam się bezustannie przekonywać o swojej wartości. Jak wiele dziewczyn od dziecka zmagałam się z kompleksami. Bezustannie porównywałam się z innymi dziećmi – kto ma większy brzuch, szersze uda czy bardziej zaokrąglony nos. Mama wymyślała dla mnie szalone stroje i przypominała, że jestem wspaniała taka, jaka jestem. Mimo to do dziś, gdy zostaję sama, zdarza się, że znów staję się tą małą, nieśmiałą Mery. Pisanie bardzo pomaga. Nawet najczarniejsze myśli, spisane przestają być straszne. Czasem nawet bawią.

Czy moda również pełni dla ciebie taką funkcję?

Zdecydowanie. Jako dziecko co wieczór koło łóżka układałam stylizację na następny dzień. Nie były to nigdy przypadkowe ubrania. Całość była starannie przemyślana, wszystko wcześniej przymierzałam. Dzięki temu czułam się pewniejsza siebie. Mój styl od zawsze był dość ekstrawagancki – uwielbiałam szalone kolory, biżuterię, byłam też pierwszą uczennicą w mojej klasie, która założyła obcasy. Strój pomagał mi nadrobić braki. Do dziś lubię eksperymentować ze stylem, nie boję się pokazać trochę ciała…

Fot. Piotr Porębski

Ważnym momentem było dla mnie wejście na scenę, bo tu mogłam dać upust wyobraźni i założyć najbardziej zakręcone rzeczy. Na scenie nie obowiązują żadne reguły. Lubię się tu nastroszyć jak rajski ptak, często nie zważając na praktyczny wymiar. Z tego powodu zdarzały mi się tarcia z chłopakami z dawnego zespołu, którzy woleli prosty T-shirt i dżinsy. Moim zdaniem strój, czy szerzej wizerunek, to ważna część show.

Twórcy pokroju Davida Bowiego czy Madonny pewnie by się z tobą zgodzili. Czy masz artystów, których styl cię inspiruje?

Davida Bowiego zawsze podziwiałam za odwagę. Gdy dorastałam, ważną inspiracją była dla mnie Gwen Stefani, rockmenka z blond lokami i czerwonymi ustami. Byłam pod tak wielkim wrażeniem, że sama postanowiłam przefarbować się na blond. Dziś chętnie obserwuję zarówno takich artystów, jak Die Antwoord czy Billie Eilish, którzy ubierają się na przekór przyjętym kanonom, jak i popowe ikony pokroju Rihanny, Beyoncé czy Lizzo. Uwielbiam sposób, w jaki bawią się modą.

Fot. Piotr Porębski

Czym różni się twój sceniczny styl od tego na co dzień?

W czasach, gdy nie grałam jeszcze zbyt wielu koncertów, uwielbiałam nosić różne szalone kreacje na co dzień. Potrafiłam wyjść do sklepu w piżamie w szalone wzorki, puchatych kapciach i pełnym makijażu. Teraz, gdy dużą część roku spędzam w trasie, modowym fantazjom daję upust podczas koncertów. Mam taką regułę, że nigdy nie zakładam na scenę dwóch tych samych stylizacji. Nie znaczy to, że ciągle kupuję nowe rzeczy. Wręcz przeciwnie – chętnie sięgam po moje ulubione elementy i zestawiam je w zupełnie inny sposób. Z tego powodu, gdy schodząc ze sceny, lubię wskoczyć w szare, wygodne dresy i trochę odpuścić. Chociaż zdarza mi się, że trochę się za to rugam, ale uczę się odpuszczać.

Mówisz, że Mery Spolsky to dla ciebie projekt multidyscyplinarny. W jakiej dziedzinie chciałabyś się jeszcze sprawdzić?

Od pewnego czasu prowadzę audycję w Newonce Radio „Alfabet Spolsky”, w której co tydzień biorę na warsztat kolejne litery i dorabiam do nich własną historię. To doświadczenie sprawiło, że zaczęłam zastanawiać się nad własnym podcastem. Mogłabym podejmować w nim tematy, które zaprzątają moje myśli, a których nie sposób oddać w piosence czy instagramowym poście. To na razie jednak tylko pomysł, bo po zamknięciu książki chcę znów skupić się na muzyce. Bardzo podziwiam takich artystów jak Ralph Kaminski czy Brodka, którzy reżyserują własne klipy. Marzę o tym, by kiedyś napisać scenariusz, stanąć za kamerą, zagrać epizod albo skomponować muzykę do filmu. Jestem pewna, że to wszystko jeszcze przede mną.

Fot. materiały prasowe

Mery Spolsky, Jestem Marysia i chyba się zabiję dzisiaj, wydawnictwo Wielka Litera. 

Julia Właszczuk
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę