Znaleziono 0 artykułów
21.09.2018

Minta zjada… Wrocław

21.09.2018
W kontakcie (Fot. Małgorzata Minta)

Kawa od utytułowanych baristów, hummus na ręcznie robionych talerzach i kuchnia inspirowana Młodą Polską. Wrocław nazywa się miastem spotkań. I faktycznie, spotykacie tutaj smaki, do których będziecie chcieli wrócić.

Na początku powinnam wyznać, że mam do Wrocławia słabość. Bo to tu, ponad trzydzieści lat temu, przyszłam na świat. Dzisiaj wracam chętnie nie tylko z pobudek sentymentalnych, ale także po to, by dobrze i ciekawie zjeść.

Śniadanie po drodze

Wrocław od zawsze leżał na styku. Namiastką jego kosmopolitycznej historii jest Dzielnica Czterech Świątyń. Tu na przestrzeni kilku ulic można znaleźć świątynie reprezentujące cztery obecne w mieście od wieków religie. To także moje ulubiona okolica do zatrzymania się we Wrocławiu. Centralnie położona, a jednocześnie stosunkowo zaciszna i zielona (celuję z rezerwacjami w hotel Puro, który może się pochwalić ogrodem wychodzącym wprost na platanową aleję ciągnącą się wokół miejskiej fosy). Do rynku jest stąd zaledwie kilkaset metrów,  kilka minut piechotą, a po drodze można jeszcze złapać szybkie śniadanie (np. ulubioną tartine z kozim serem i miodem) w Charlotte, która we Wrocławiu ulokowała się w Pasażu Pokyoffa.

Gdy jednak nie liczę czasu, wolę wybrać nieco dłuższą i okrężną trasę biegnącą przy Forum Muzyki, by po drodze zahaczyć o Dinette (plac Teatralny 8), moje ulubione miejsce na śniadanie. A biorąc pod uwagę bogactwo porannej karty, i wy znajdziecie tutaj coś dla siebie.

Lubię usiąść w oknie albo przy wysokich stolikach, z których można obserwować życie stylowo urządzonej  przestrzeni. Z widokiem na szmaragdowy bar z czarnym stołkami, duży wspólny stół, czy okienko z którego na salę jadalną wychodzą kolejne talerze z daniami. Wnętrze Dinette jest wyraziste w charakterze, a jednocześnie – co cenię – nie przekombinowane. I za to chylę się w pas Studio Buck, które ma na koncie kilka innych nagradzanych wrocławskich realizacji, m.in. restaurację Campo, gdzie zjemy świetne steki oraz napijemy się wina z Nowego Świata, czy Nanan, o którym będzie później, na deser.

Dinette (Fot. Małgorzata Minta)
Dinette (Fot. Małgorzata Minta)

Wróćmy jednak do Dinette, bo przyszliśmy do niego nie tylko dla wnętrza, ale przede wszystkim zjeść.

Moje ulubione to śniadanie marokańskie, czyli kromka firmowego pieczywa z hummusem, awokado i jajkami w koszulce. Ale oko zahacza też o bliny z ikrą z łososia, najróżniejsze omlety, tosty francuskie na firmowej brioszcze, bogato nadziane bajgle, czy wreszcie gofry w wytrawnej czy słodkiej wersji. W Dinette zjeść można także lunche i kolację, a przez cały dzień otwarty jest minisklepik z firmowym pieczywem, w którym można zaopatrzyć się w ciasta  drożdżowe rogaliki.

Po śniadaniu w Dinette prędko nie będziecie głodni, ale jeśli do szczęścia potrzebna wam jest druga kawa, to zaraz przez ścianę znajdziecie swoje Gniazdo (Świdnicka 36. To jedna z kawiarni proponujących gościom kawy na ziarnach z małych, niezależnych palarni (a także zupełnie dobre serniki). 

Po kofeinowym strzale udajcie się w kierunku rynku, jak dla mnie najpiękniejszego w całej Polsce, zachwycającego gotyckim ratuszem oraz różnokolorowymi kamienicami. A przy okazji, choć to sprzeczne z tym co mogłaby podpowiadać smakoszowska, wyczulona na turystyczne pułapki intuicja, oferującego kilka smakowitych kąsków.

Gniazdo (Fot. Małgorzata Minta)

Portugalska jaskółka

Pierwszy z nich kryje się w jednej z cukierkowych kamieniczek okalających płytę główną rynku. Nazywa się Taszka (Rynek 53/55), co po portugalsku oznacza starą tawernę, a jej rodzicami jest para pasjonatów jedzenia i wina, Kalina Pietrzak i Jorge Viegas, którzy postanowili przenieść kawałek ukochanego kraju do Polski. Rattanowe meble, zdobiące wnętrze błękitne azulejos oraz regały z butelkami win przenoszą kilka tysięcy kilometrów dalej, nad Atlantyk, a uczucie to przypieczętowuje to, co znajduje się na talerzach. Idealnie krucha ośmiornica z ziemniakami i sosem romesco, złociste krokiety z solonego dorsza, bób z chorizo czy wreszcie, na deser, tartaletki pasteis de nata. Do tego dobrze dobrane wina sprowadzane przez właścicieli od najbardziej cenionych portugalskich producentów.

Taszka (Fot. Małgorzata Minta)

W dzieciństwie moje wyprawy na rynek zawsze kończyły się wizytą w świętej pamięci kawiarni Hortexu. Serwowała najlepszy z możliwych koktajl truskawkowy oraz mrożoną kawę, z której podjadałam samą bitą śmietanę. Dzisiaj swój słodki apetyt zaspokajam w nowoczesnej cukierence Nanan działającej przy jeden z uliczek odchodzących od Rynku (ul. Kotlarska 32). Lokal stworzony przez Justynę Kawiak i Barbarę Migdał-Bobrowską, dwie partnerki w tej słodkiej zbrodni, jest niewielki, ale pięknie urządzony. W kolorach mojego nieodżałowanego koktajlu z truskawek oraz szlachetnego złota. Ciastka przypominają małe jubilerskie cacka i są prezentowane z podobnym namaszczeniem co biżuteria w szklanej gablotce. Jeśli tylko w środku znajdziecie eklerka, bierzcie od razu, niezależnie, jaki krem będzie skrywać w swoim wnętrzu i dopiero potem podejmujcie decyzję o kolejnym słodkim ciastku, choćby do zabrania na wynos.

Taszka (Fot. Małgorzata Minta)

Mistrzowska Jadka 

Słodkości słodkościami, przejdźmy jednak do konkretów. A konkretnie do Jadki, miejsca, bez którego nie może obyć się podróż do Wrocławia. 

Jadka (Fot. Małgorzata Minta)

Za restauracją stoi jedna z najbardziej utalentowanych postaci polskiej sceny gastronomicznej, Justyna Słupska Kartaczowska, wcześniej odpowiadająca za restaurację Aquario we wrocławskim Hotelu Monopol. Jadka (ul. Rzeźnicza 24) to jej autorski projekt, w którym realizuje swoją pasję do wysokiej jakości lokalnych składników (sezonowe, polski kawior, słodkowodne ryby) oraz klasycznej francuskiej kuchni. Wędzony węgorz z kawiorem i czarnym bzem to już tutejsza ikona, a pomyślcie jeszcze o wędzonym karpiu z delikatnie marynowanymi i świeżymi ogórkami i kaparami z kwiatów czarnego bzu, pierożkach z bobem i grillowanymi szparagami, albo pierogach z jagnięciną, polewanymi wrzącym masłem i dosmaczonymi kwiatami czosnku czy sandaczu z faszerowanymi cebulkami.  Desery to z kolei zabawa domową klasyką – rurki z kremem i jagodami, biszkopt z morelami, kruche z czereśniami. Gdy o nich tu piszę, chcę natychmiast do nich wracać. To wszystko we wnętrzu kojącym chłodem starych murów, które nawiązuje stylem do przedwojennych mieszczańskich salonów. Dodatkowy atut: intrygująca karta win.

Jadka to coś na specjalny wieczór, a na bardziej codzienne sytuacje polecam - dalej trzymając się okolic rynku - bardzo dobrą pizzę lub choćby prostu talerze antipasti i kieliszek prosecco w Iggy Pizza (ul Kuźnicza 10), której sercem jest opalany drewnem piec z Neapolu lub azjatyckie miski w Ośmiu Miskach przy Włodkowica.

Iggy Pizza (Fot. Małgorzata Minta)

Kawa i gerbery 

Od czasów mojego wrocławskiego dzieciństwa wiele się zmieniło. Wyjątkowy zapach unoszący się w Hali Targowej, architektonicznej perełce z początku XX wieku, pozostał jednak taki sam. Do tej pory mieści, aż proszące się o zdjęcie, stargany z warzywami i owcami, sklepiki z nabiałem i mięsem, a także takie z greckimi oliwkami czy hiszpańskimi szynkami. Połączenie aromatu leżakujących jabłek, korzeniowych warzyw, kiszonej kapusty i ciętych goździków czy innych gerber, sprzedawanych przez kwiaciarki zajmujące tyły hali, tworzy kompozycję tak unikalną, że rozpoznałabym ją na końcu świata. Co bardziej wyczulony nos być może w tym mariażu wyczuje i jeszcze jedną nutę – kawy. Bowiem właśnie w hali targowej lokum znalazła Cafe Targowa (Piaskowa 17, Stoisko 11). Mikrokawiarnię założył Filip Kucharczyk, kilkukrotny mistrz aeropressu, kawowy  ekspert i pasjonat. Lokalizacja w sumie idealna, bo przecież na halę targową najlepiej chodzić rano, a rano najbardziej przydaje się zastrzyk kofeiny. Do wyboru, prócz klasycznego espresso czy cappuccino, także kawy przelewowe czy cold brew, a także ziarna z firmowej palarni „Figa”. Z Hali Targowej zupełnie blisko na Ostrów Tumski albo na Rynek, lub do Muzeum Narodowego. Idealne miejsce, by zrobić przystanek w czasie wędrówek po mieście. 

Browar Stu Mostów (Fot. Archiwum Browar Stu Mostów)
Jadka (Fot. Małgorzata Minta)

Wrocław, bądźmy w Kontakcie

Wrocław to miasto ponad stu mostów i zapewne, zwiedzając go, przejdziecie co najmniej kilka z nich. Udając się w okolice Ogrodu Botanicznego, zajrzyjcie do W Kontakcie (Benedykta Polaka 12/1b), który nadaje się świetnie na śniadanie lub lekki obiad. Tutejsza specjalnością są hummusy podawane w ciekawy sposób (np. mój ulubiony z chrzanem i kiszonym ogórkiem, z pomidorową salsą oraz sosem malinowym lub z burakami i niebieskim serem pleśniowym z Kamiennej Góry). Świetne są tez pasty podawane do pieczywa, które w połączeniu z jajkiem czy szakszuką stworzą dobry śniadaniowy set. Prócz jedzenia to, co zwraca uwagę, to ręcznie robiona ceramika, na której podawane są wszystkie dania oraz bliska współpraca z lokalnymi, małymi producentami, co niestety wciąż w przypadku małych, kameralnych lokali jest w Polsce bardzo rzadkie (niektóre z takich produktów, np. przetwory czy miody możecie też kupić na wynos). Jeśli przekąska wam nie wystarczy, zajrzyjcie do Olszewskiego 128 (ul. Olszewskiego 128). W niepozornym budynku ukryła się jedna z najciekawszych restauracji Wrocławia, którą zawiaduje Katarzyna Daniłowicz. Szefowa kuchni zdobyła rozgłos, wygrywając jedną z edycji  programu „Top Chef”, jednak dla mnie lepszym potwierdzeniem jej talentu jest to, co codziennie podaje w swojej restauracji. Do wyboru jest menu à la carte oraz menu degustacyjne z pięciu dań (w cenie 160 zł, do tego 60 zł wine pairig). Spod rąk Katarzyny wychodzą m.in. ravioli żółtkiem, owczym serem i bobem, halibut z grzybami shimeji i groszkiem czy rème brûlée aromatyzowany nasionami tonki z konfitura morelową.

W kontakcie (Fot. Małgorzata Minta)

Kilka mostów dalej (ale bez lęku, dalej we Wrocławiu) znajdziecie inne ciekawe miejsce – Browar Stu Mostów (Jana Długosza 2-6), rzemieślniczy mikrobrowar Arletty i Grzegorza Ziemianów, którzy po wielu latach przepracowanych w międzynarodowych korporacjach postanowili stworzyć coś swojego w Polsce. I to jakiego! W zabytkowych wnętrzach działają dzisiaj nie tylko browar i bar  (oferta zmienia się sezonowo, więc praktycznie za każdym razem na kranach czy w butelkach znajdziecie coś nowego), ale także bistro oraz sklepik. Można w nim kupić firmowe piwa, ale także wytwarzane na miejscu (!) przetwory takie jak keczupy, chutenye czy majonezy (szczególnie smaczne są te z piwnymi dodatkami np. z chmielem czy słodem), idealne jako pamiątka do zabrania do domu. Do Browaru można zaglądać od rana, może niekoniecznie na piwo, ale na  śniadania, a popołudniu zjecie tutaj lunche, a także dania stworzone specjalnie z myślą o serwowanych piwach.

Małgorzata Minta
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę