Znaleziono 0 artykułów
20.04.2020

„Mrs. America”: Po drugiej stronie barykady

20.04.2020
(Fot. materiały prasowe HBO)

Serial HBO z fenomenalną Cate Blanchett opowiada o tym, jak Amerykanki w latach 70. walczyły o zapisanie równych praw w konstytucji i o tym, dlaczego przegrały. Dla widzów to nie tylko ciekawa powtórka z historii, lecz także lekcja na przyszłość.

W marcu 2016 r. kampania prezydencka Donalda Trumpa trwała w najlepsze. Podczas zgromadzenia w St. Louis w stanie Missouri na scenę wyszła szczupła staruszka w różowej garsonce, z nienagannie ułożoną fryzurą i lśniąco białym uśmiechem. 91-letnia Phyllis Schlafly, matka sześciorga dzieci, prawniczka i ikona konserwatywnego ruchu antyemancypacyjnego, wyraziła publicznie poparcie dla kandydata Partii Republikańskiej. Jej głos zdziwił nawet założoną przez nią organizację Eagles Forum. Nie powinien. Działalność Schlafly to swoiste preludium do stylu polityki, jaki uprawia dziś Trump. Manipulowanie prasą, sprytny marketing, naginanie faktów, przeinaczanie pojęć – czysta demagogia. Szansę na bliższe poznanie tej fascynującej postaci daje serial „Mrs. America” o walce kobiet o równouprawnienie. 

(Fot. materiały prasowe HBO)

Amerykańskie emancypantki

Equality Rights Amendment, poprawkę do amerykańskiej konstytucji nakazującą równe traktowanie płci, po raz pierwszy zaprezentowano jeszcze w 1923 r. Jednak dopiero w latach 70. Ameryka, ze świeżą pamięcią ruchów obywatelskich, zdawała się być na nią gotowa. Koncepcja praw mniejszości, czy też grup dyskryminowanych, wreszcie przestała być abstrakcją. Dzięki ruchom feministycznym zmieniło się postrzeganie społecznej roli kobiety jako strażniczki ogniska domowego, a tematami głośno dyskutowanymi stały się równa płaca i prawa reprodukcyjne. W 1971 r. ERA wróciła więc na wokandę, znajdując poparcie – także po stronie republikanów – w Izbie Reprezentantów i Senatorów. Rozpoczął się proces ratyfikacji w poszczególnych stanach – potrzeba było zgody trzech czwartych, by ERA wpisana została do konstytucji. Wszystko szło jak po maśle. Dopóki w 1972 r. na arenę nie wkroczyła Phyllis Schlafly. 

W „Mistyce kobiecości” z 1963 r. Betty Friedan pisała o małżeństwie jako „wygodnym obozie koncentracyjnym”. To, dziś szokujące, określenie rezonowało wśród jej współczesnych. Schlafly odwróciła sytuację. Z hollywoodzkim uśmiechem przekonywała kobiety, że obecny układ to ich prawdziwy przywilej, a feministki chciały odebrać im alimenty, zmusić do korzystania ze wspólnych toalet i wysyłać córki na wojnę. Te argumenty mogą brzmieć dziś absurdalnie, ale warto pamiętać o kontekście, choćby zmęczeniu Amerykanów traumą wojny w Wietnamie. Początkowo lekceważona, z czasem Phyllis stała się prawdziwą gwiazdą, która sprytnie wykorzystała rzesze działaczek, doprowadzając ostatecznie do upadku poprawki. Co ciekawe, ERA wciąż nie została wpisana do konstytucji. Ratyfikacje poprawki po latach (Nevada w 2017, Illinois w 2018 i Virginia w 2020) pozwoliły osiągnąć wymagany pułap 38 stanów, ale konstytucjonaliści mają wątpliwości co do ważności w obliczu przeterminowania.

(Fot. materiały prasowe HBO)
(Fot. materiały prasowe HBO)

Ideą przyświecającą „Mrs. America” jest pokazanie mnogości punktów widzenia, które kształtowały drogę emancypacji amerykańskich kobiet. Oddaje to także konstrukcja serialu. Każdy odcinek ma inną główną bohaterkę, która w tamtej walce odegrała ważną rolę. Obok Phyllis są to m.in. Gloria Steinem (melancholijna Rose Byrne), pierwsza kobieta Afroamerykanka walcząca o prezydenturę, Shirley Chisolm (zdecydowana i emocjonalna Uzo Aduba), Betty Friedan (niemal identyczna, co oryginał, neurotyczna Tracey Ullmann) i inne. Przy okazji „Mrs. America” pokazuje, jak kreuje się wizerunek w polityce i sferze publicznej. Ruch kobiecy zacietrzewia się w konflikcie: czy wesprzeć Chisolm, w którą wierzą na sto procent, czy, jak podpowiada pragmatyczna Bella Abzug (Margo Martindale), George’a McGoverna, kandydata, który nie jest idealny, ale ma szansę wygrać? Równolegle rozwija się inny konflikt: czy twarzą ruchu powinna być, lansowana przez media na gwiazdę, atrakcyjna Steinem, skoro cierpi na tym ego jego ikony i duchowej matki Friedan, która w wywiadzie dla feministycznego magazynu „Lilith” mówiła o sobie, jako „potrójnie obciążonej, nieatrakcyjnej, inteligentnej Żydówce”? 

Kobieta antychryst 

Rodzina Schlafly na premierę serialu przygotowała się jak na wojnę. Uruchomiono nawet specjalną stronę mającą dementować fałszywe informacje na temat działaczki. Obawa wynikała z tego, że twórcy nie chcieli negocjować sposobu pokazania szczegółów biografii bohaterów na ekranie. Panika nie była potrzebna. Schlafly została pokazana niezwykle ciekawie i wielowymiarowo. Nieraz widzimy ją w sytuacjach dyskryminacyjnych, co czyni ją bardziej ludzką. „Spisz notatki, ładniej piszesz” – mówią jej, gdy chce zabrać głos na spotkaniu w Waszyngtonie. Niewątpliwej inteligencji i elokwencji towarzyszy jednak fanatyzm i konformizm, a ideowości  – wyrachowanie. W wywiadzie dla amerykańskiego „Esquire’a” o swoim podejściu do bohaterki bardzo ciekawie opowiadała scenarzystka i współproducentka, Dahvi Waller. – Wiele feministek drugiej fali pytało mnie, jak mogę pisać scenariusz o Phyllis Schlafly, „tym antychryście”. Cóż, kiedy kogoś takiego pokazujemy jako dwuwymiarowego potwora, inne kobiety, takie jak ona, dalej odnoszą sukcesy. Czy nie wolelibyśmy zamiast tego zrozumieć, skąd się wzięła jej skuteczność? Waller dała też Phyllis ciekawą towarzyszkę – Alice. Grana przez niezawodną Sarah Paulson to nie bezmyślna klakierka, a szczera kobieta, której obecność przy boku wpływowej znajomej daje dodatkową perspektywę na wiele wydarzeń. Dzięki wielu podobnym decyzjom widz ma poczucie obcowania z przekrojową i pokazaną z wielu stron opowieścią o jednym z kluczowych kulturotwórczych momentów.

(Fot. materiały prasowe HBO)

Walka kobiet trwa

Niedawno, poszukując informacji na temat działań planowanych w związku z wyjęciem z zamrażarki antyaborcyjnego projektu Kai Godek, byłam świadkiem pewnego zatargu. Konflikt dotyczył wyboru hashtagu dla akcji. Okazało się, że Strajk Kobiet nie podpisuje się pod zwrotem „Czarny Protest”, uważając tę nazwę za związaną z konkretnymi wydarzeniami i partią polityczną. Wielu moich kolegów po fachu, w tym ja, używało tego sformułowania wymiennie z Czarnym Marszem jako synonim sprzeciwu przeciwko opresyjnemu systemowi. Ten wątek wydał mi się ciekawy, bo odsłonił drobne pęknięcie w ruchu, który zwykle intuicyjnie uważamy za homogeniczny, jak w przypadku innych zjawisk napędzanych systemem wartości i ideałami. Protestujemy przeciwko etykietkom, ale sami, nawet najbardziej liberalni, także postrzegamy świat w uproszczeniu. Ten sam błąd często popełnia kino, gdy wchodzi za kulisy kulturotwórczych zjawisk, walk i życiorysów. Łatwo jest krytykować hagiograficzne laurki pro-life –„Zerwany kłos” czy „Nieplanowane”. Trudniej, często bardziej wysublimowane wizualnie i gwiazdorsko obsadzone, ale nieudane filmy o ikonach lewej strony sceny. Nie dam dodatkowej gwiazdki mdłej „Sufrażystce” Sarah Gavron ani nie przemilczę patosu w „Glorias” o Glorii Steinem. Tym bardziej cieszy, że „Mrs. America”, oddając reżyserskie stołki utalentowanym profesjonalistom (m.in. odpowiedzialni za „Kapitana Marvela” Anna Boden i Ryan Fleck), unika mielizn. 

Oczywiście na ekranie da się wyczuć światopoglądową predylekcję twórców. U Phyllis naginanie karku pod ciężarem ideałów zdaje się nie boleć aż tak bardzo, jak u koleżanek z ruchu. Jeśli bez wsparcia działaczki rasistki nie ma szansy na przeprowadzenie wniosku, Schlafley nie będzie płakać, tylko poklepie tamtą po plecach i zagwarantuje stołek. Liczy się cel. Sam tytuł serialu nawiązuje do jednego z jej wizerunkowych zagrań. Feministki dążyły do zastąpienia tytułów „miss" („pani") i „mrs." („pani") neutralnym „ms”. Stąd nazwa ich flagowego wydawnictwa, liberalnego „Ms Magazine”. Schlafley wyśmiewała ten pomysł, literkę „r” traktując niemalże jak brylantowy pierścień, otrzymany od małżonka „za zasługi”. Przez lata każde swoje wystąpienie zaczynała od podziękowań dla męża Freda, „który pozwolił jej tu dziś być". To, że te słowa działają na feministyczne aktywistki jak płachta na byka, bawiło ją niewymownie. Schlafly bez wątpienia była mistrzynią PR-u. Można się z nią nie zgadzać, ale trudno jej po tym serialu nie podziwiać. Tak jak sugerowała Dahvi, zamiast prychać, lepiej wyciągać wnioski. Przydadzą się, bo jak pokazuje choćby aktualna sytuacja w Polsce, okazji do walki o prawa kobiet nie brakuje i brakować nie będzie. Mam dosyć pisania tego zdania w swoich tekstach, ale sytuacja znowu mnie do tego zmusza. Niezwykłe, jak niewiele się od tamtej pory zmieniło.

Anna Tatarska
  1. Kultura
  2. Kino i TV
  3. „Mrs. America”: Po drugiej stronie barykady
Proszę czekać..
Zamknij