Znaleziono 0 artykułów
01.08.2019

Odczarować polskie wesele

(Fot. Bajkowe Śluby)

Kilka lat temu moja przyjaciółka wychodziła za mąż. Przerażona pokazywała mi oferty, jakie znajdowała, planując ślub. Powiedzmy wprost: były przaśne. Wtedy pomyślałam, że to zadanie dla mnie. Zrobiłam jej królewskie wesele – mówi Ania Tyślerowicz, scenografka, wedding plannerka i założycielka firmy „Śluby bez obciachu”, organizującej najbardziej spektakularne plenerowe przyjęcia weselne w Polsce.

Przez lata była przede wszystkim znaną w branży mody scenografką. Żyła w rytmie kampanii dużych marek i sesji okładkowych do luksusowych magazynów. Dziś swój kalendarz zapisuje kilka lat do przodu, realizując najbardziej eleganckie śluby w Polsce.

(Fot. Dear Hunter -Wojciech Krysiak)

Ania Tyślerowicz jest bezpośrednia, więc swoją firmę nazwała dokładnie tak, jak rozumiała jej misję – „Śluby bez obciachu”. Ten przekaz okazał się strzałem w dziesiątkę. – Dzwonili do mnie panowie młodzi i mówili: „Respekt za nazwę” – wspomina. – Bo dla nich wesele jest bardzo trudne. Zazwyczaj to dziewczyny chcą wystawną imprezę, białą suknię i tłum gości. Wiele z nich realizuje swój wielki, wyśniony jeszcze w dzieciństwie plan. A przyszli mężowie stają się nagle osobami towarzyszącymi i zwyczajnie boją się tego, jakie kształty przyjmie projekt wesele. Więc kiedy dostają gwarancję, że będzie z klasą i w dobrym guście, oddychają z ulgą.

(Fot. Dear Hunter -Wojciech Krysiak)

„Bez obciachu”, czyli bez udziwniania i efektów specjalnych. – Kiedyś ktoś próbował zamówić u mnie biało-czarny ślub. Impreza miała odbywać się w połowie czerwca. Odmówiłam, bo zupełnie nie trafiał do mnie pomysł. Przecież o tej porze roku kwitną najbardziej ozdobne kwiaty, np. peonie, jaskry, ostróżki. Do tego jest mnóstwo polnych roślin, ziół, traw, gałęzi niedojrzałych owoców. Żywe rośliny to dla mnie podstawa dekoracji – zdradza Ania, która od początku współpracuje ze znaną poznańską kwiaciarnią Kwiaty&Miut. – Są najlepsi. Bez nich nic by się nie udało – dodaje.

(Fot. Dear Hunter -Wojciech Krysiak)

Drugi charakterystyczny element jej przyjęć to delikatne oświetlenie – proste i nostalgiczne girlandy na technicznych czarnych kablach, rozwieszane nad stołami. – Najważniejsze są żarówki starego typu – nieenergooszczędne, z żółtym światłem. Teraz coraz trudnej je kupić, dlatego czyścimy resztki stanów magazynowych różnych fabryk – uśmiecha się Ania i dodaje: – Dziś są modne, ale pięć lat temu nikt tego nie miał, nieskromnie powiem, że to ja wylansowałam ten trend. Kiedy zleciłam wykonanie pierwszej girlandy elektrykowi, złapał się za głowę i powiedział, że bez kloszy się nie da. Dziś ten pan na girlandach robi niezły biznes. Owinął nimi już połowę Warszawy.

Ale tajemnica stylu Tyślerowicz polega na swobodnym komponowaniu. Konwencja zależy od charakteru miejsca, wyobraźni państwa młodych i liczby gości. Kiedyś robiła wesele przy Łysej Górze, tematem było rozgwieżdżone niebo – dominowała ciemna tonacja, tort miał motywy drogi mlecznej, a w wystroju stołu pojawiał się motyw planet. Innym razem inspiracją był las, dominowała zieleń, na stołach wyrosły paprocie, mchy i grzybki na długich białych nóżkach. I choć najczęściej Ania wybiera sezonowe kwiaty i rustykalną konwencję, zawsze podchodzi do zadania autorsko. – Przy mniejszych weselach lubię bawić się w komponowanie mebli i zastawy. Poluję na stare drewniane krzesła, dobieram szkło i zastawę z różnych kolekcji, wypożyczalni czy pchlich targów – opowiada.

(Fot. Dear Hunter -Wojciech Krysiak)

Czasami w ogrodzie ustawia stare drewniane drzwi, które zmieniają się w monumentalną bramę, a przy okazji są świetną scenografią dla instagramowych portretów gości. Wzdłuż ścieżek ustawia świece w lampionach. A jeśli ma odpowiednio długie wyprzedzenie, sieje łąkę kwietną. Na jednym weselu w starym gospodarstwie gwiazdą okazała się mieszkająca tam na stałe wielka różowa świnia – Jest oswojona, więc chodziła sobie swobodnie. Jej rysunkowy portret pojawił się też na zaproszeniach – uśmiecha się Ania.

Czasami idzie też krok dalej, na przykład wymyśla, że zamiast kwiatów goście mogą kupić młodej parze drzewo do historycznego sadu. – To było wesele w starym pałacu, należącym do rodziny. Postanowiliśmy, że w ten sposób odtworzymy dawny sad. Mieliśmy historyka-konsultanta, który opracował listę gatunków. Myślałam, że ludzie przyniosą małe sadzonki, tymczasem przywieźli wielkie rośliny w donicach – wspomina. Po weselu odbyło się uroczyste sadzenie drzewek, każde dostało tabliczkę z nazwiskiem darczyńcy. Sad rośnie, być może za 30 albo 50 lat stanie się scenerią kolejnego wyjątkowego przyjęcia, rocznicy ślubu właścicieli.

(Fot. Dear Hunter -Wojciech Krysiak)

Wszyscy zachwycają się zdjęciami detali na Instagramie, ale to wisienka na torcie. Podstawa mojej pracy to tak naprawdę planowanie, budowanie i przewidywanie – opowiada Ania. Organizacja wielkich namiotów, stołów, krzeseł, kanap, budowanie plenerowych drewnianych parkietów do tańca i ścieżek, ale też parkingi, mobilne toalety, przebieralnie… To wszystko jest niezbędne, by przyjęcie zorganizowane pod stuletnimi drzewami, na środku malowniczej łąki czy nad jeziorem było udane.

Do takiej imprezy przygotowania zaczynam rok wcześniej, zatrudniam podwykonawców. Kiedyś miałam taki moment, że zarządzałam ponad 40 osobami pracującymi nad weselem, które trwało jedną noc – mówi.

Kiedy pytam o jej własne wesele, zawiesza głos. – To były dawne czasy. Obiad w domu, wtedy nawet nie myślałam, że można to zrobić inaczej. Dziś pewnie pojechałabym na piękną plażę, mam takie jedno miejsce w Portugalii – opowiada tajemniczo, bo czasem ze scenografki zmienia się w międzynarodową plannerkę, koordynującą przygotowania ślubów za granicą.

(Fot. Dear Hunter -Wojciech Krysiak)

W tej branży pomysły nie mają limitów. Anię ograniczają tylko budżety. – Najbardziej spektakularne śluby mogą kosztować nawet milion złotych, ta kwota to wypadkowa dużej liczby gości i bardzo nietypowych zamówień. Same rachunki za kwiaty to często wydatek rzędu kilkunastu-kilkudziesięciu tysięcy – przyznaje, ale nie lubi epatować takimi określeniami jak „ekskluzywny” czy „luksusowy”. Wysoki budżet daje jej rozmach, a dzięki niemu może budować bajkową scenografię, w której pojawiają się prawdziwe i niezwykłe emocje.

Rozmawiałam ostatnio z niegdysiejszą panną młodą, która powiedziała, że jej wesele było wspaniałe. Zapłaciła za nie tyle pieniędzy, ile nigdy nie wydała na samą siebie. Ale cieszy się z tej decyzji, bo wspomina wesele jako cudowny moment życia – puentuje Ania.

 
Basia Czyżewska
Komentarze (1)

Bozena Wodnicki
Bozena Wodnicki03.08.2019, 22:16
Gratuluje,jestes wspaniala :)
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę