Znaleziono 0 artykułów
17.11.2018

Pierwsi do raju

The Dumplings (Fot. materiały prasowe)

Justyna Święs i Kuba Karaś  z zespołu The Dumplings mają niewiele ponad dwadzieścia lat, ale już wydali swoją trzecią płytę. Cztery lata po nagrodzonym Fryderykiem debiucie „No Bad Days” nagrali zaśpiewany po polsku „Raj”. Czy sami go odnaleźli? 

„Raj” to jedna z najciekawszych polskich płyt z gatunku electropop. I wasza najlepsza.

Justyna Święs: Po raz pierwszy jesteśmy w pełni zadowoleni z płyty. Nie bez powodu jest taka krótka. Te osiem piosenek po prostu  z nas wypłynęło. Nie chcieliśmy na siłę nagrywać więcej. Nie ma na tej płycie żadnych zapychaczy.

Reklama

Kuba Karaś: Wchodząc do studia, mimo początkowych założeń, nigdy tak naprawdę nie wiemy, co z tego wyjdzie. Teraz po raz pierwszy było tak, jak sobie zaplanowaliśmy. Od początku do końca.

Jak wygląda ten wasz raj?

JŚ: Tego tytułowego raju dopiero szukamy. To nie jest szczególne miejsce, tylko stan spokoju, którego kompletnie nie mamy, a chcielibyśmy osiągnąć.

KK: Myślę, że ostatni utwór dużo o tym mówi: „Tam gdzie jest nudno, ale gdzie będziemy szczęśliwi”. Czasami fajnie jest, jak jest wreszcie trochę nudno. A sama płyta jest rzeczywiście bardzo intensywna, mocno transowa. To kwintesencja emocji, które wytworzyliśmy, zamykając się w domu na odludziu.

Wasz „Raj” jest melancholijny, refleksyjny i liryczny. Jak powstawały teksty piosenek? Po raz pierwszy napisaliście wszystkie po polsku. Utożsamiacie się z ich podmiotami lirycznymi?

JŚ: Oczywiście, że tak. Bardzo się przyjaźnimy i mimo, że to ja piszę teksty, oddaję w nich też emocje Kuby. Pewne rzeczy przeżywamy podobnie. Poza tym, teksty na „Raju” są bardzo osobiste. Po raz pierwszy tak się otworzyłam i zaczęłam pisać trochę o sobie, czasami filtrując to przez postacie z filmów lub książek. 

KK: Ja warstwę tekstową dostrzegłem dopiero w momencie, gdy wszystkie utwory i kompozycje były skończone. Wcześniej bardzo się skupiałem na produkcji. Pięknie to wszystko wyszło. Absolutnie utożsamiam się z tekstami Justyny.

Justyno, mówiłaś, że przy powstawaniu tej płyty inspirowałaś się realizmem magicznym spod znaku Gabriela Garcii Marqueza i Julio Cortázara. Co to dla ciebie oznacza?

JŚ: Gdy byłam mała, tata podrzucał mi książki. Zachwyciłam się powieścią „Sto lat samotności”. Przeczytałam ją w bardzo młodym wieku, więc nic z niej nie zrozumiałam. Łyknęłam ją początkowo bardzo powierzchownie, ale przyjemnie, a gdy przeczytałam po raz drugi, odnalazłam ten realizm magiczny. Bardzo podoba mi się wielowarstwowość tego gatunku. Marquez i Cortázar to moi ulubieni pisarze. Przy tej płycie bardzo pomogło mi opowiadanie Cortázara o aksolotlach. Zapożyczyłam z tego opowiadania jedno zdanie, które użyłam w refrenie piosenki  „Raj”. Cortázar napisał, że bohaterowi opowiadania czas szybciej płynął, gdy   obserwował bezruch aksolotli. Zdziwiło mnie to, więc sparafrazowałam: „W bezruchu czas wolniej płynie mi”. W trakcie pisania tekstów bardzo dużo czytam. To dla mnie największa inspiracja, trochę więc z lektur „kradnę”, ale umiejętnie.

The Dumplings (Fot. materiały prasowe)

Jak wygląda praca The Dumplings od kuchni? 

KK: Każdy utwór powstaje w inny sposób. Pracując, zamykamy się przed światem zewnętrznym. Wszystko powstaje na miejscu w domu. Jest tylko tu i teraz. Dopracowujemy każdą piosenkę z osobna. Do perfekcji.

Jak wygląda taki dzień pracy?

JŚ: Bardzo różnie. Dajemy sobie wolność i robimy, co chcemy. Jeżeli przez dwa dni absolutnie nie mamy ochoty tworzyć, to słuchamy muzyki, oglądamy filmy, pokazujemy sobie różne rzeczy, a potem wracamy do pracy. To, że nie pracujemy w normalnym studio, tylko w domu, daje nam wolność. Terminy i zobowiązania czasowe bardzo nas zamykają. Zazwyczaj jesteśmy tylko we dwójkę. Tym razem towarzyszył nam przyjaciel, który kręcił materiał backstage z naszej pracy.

KK: Ale większość czasu i tak spędziliśmy zupełnie sami. Takie zamknięcie na pustkowiu było dla nas swoistą próbą charakterów.

JŚ: Zdarzały się oczywiście kryzysy, nawet dosyć mocne, na tle życiowym i muzycznym. Bardzo się ze sobą przyjaźnimy i dlatego też bardzo się kłócimy.

Da się przyjaźnić i razem pracować?

KK: Trudno w naszym przypadku mówić o pracy. To nasza pasja, styl życia i przy okazji przyjemność – mocne filary.

Jak żyło się The Dumplings w drewnianym domu ciotki Justyny gdzieś na odludziu?

JŚ: Zaczynaliśmy dzień od rozpalania w kominku, bo było zimno. Potem jedliśmy śniadanie i powoli się rozkręcaliśmy, żeby usiąść przy naszych zabawkach. Tak mijał dzień. Jedyne, co musieliśmy, to jeść i zadbać, żeby było nam ciepło.

KK: Nie narzucaliśmy sobie dyscypliny. Proces kreatywny nie polega na tym, żeby cisnąć i wymuszać na sobie, że koniecznie dzisiaj ma coś powstać. To powinno wychodzić samo z siebie, delikatnie. Można temu trochę pomóc, odcinając się od bodźców zewnętrznych. Wtedy samo przychodzi.

The Dumplings (Fot. materiały prasowe)

Macie bardzo charakterystyczne brzmienie, a nie jest łatwo to osiągnąć, szczególnie w tak popularnym gatunku. Co was wyróżnia na tle innych electropopowych zespołów?

KK: To też przychodzi nam naturalnie. To tak, jakby zapytać kogoś, dlaczego ma taki ładny charakter pisma. Częściej słyszymy od ludzi, że się wyróżniamy, niż sami to czujemy.

JS: Tworzymy pod wpływem emocji i chwili. Nigdy nie kombinujemy i nie myślimy naprzód. Pozwalamy sobie płynąć. W przypadku „Raju” teksty powstawały równolegle do muzyki. Kuba dłubał sobie na instrumentach, a ja słuchałam tych dźwięków, które momentalnie nakręcały mnie do pisania. Potem ja kończyłam pisanie, dosiadałam się do Kuby i razem komponowaliśmy.

Czy ktoś już wam powiedział, że wasza wersja piosenki „Jestem kobietą” z repertuaru Edyty Górniak jest lepsza od oryginału?

KK: Tak samo było w przypadku „Ach nie mnie jednej”. Pozbywamy się melodii, a wykorzystujemy tekst. W efekcie komponujemy utwór, jakby był nasz. Niektórzy internauci w komentarzach do klipu „Jestem kobietą” nie poznali nawet, że to tekst tej ikonicznej piosenki.

JŚ: Graliśmy kiedyś „Ach nie mnie jednej” w katowickim NOSPR-ze, a Andrzej Zieliński, kompozytor muzyki do oryginału, siedział na widowni. To był nie lada stres. Potem na bankiecie powiedział, że bardzo mu się podobało.

I znowu cytując piosenkę, „nudno wam nie jest na pewno, ale czy jesteście szczęśliwi”?

JŚ: Pisząc ten tekst, myślałam o spokoju, ale tym emocjonalnym – o opanowaniu strasznego chaosu w głowie.

KK: Oczywiście, że jesteśmy trochę zmęczeni tempem naszego życia. Radzimy sobie z tym na różne sposoby. Wyjazdy – na weekend albo na tydzień – zawsze w tym pomagają. Na dłuższe wakacje już dawno nie udało nam się wyjechać. Zamknięcie się w domu na parę dni też pozwala się wyciszyć. Mamy duże grono przyjaciół, które nas wspiera i o nas dba. Przed wydaniem płyty napięcie rzeczywiście było duże. Samo nagranie to tylko jeden z elementów naszej pracy. Wszystko robimy sami. Staramy się pilnować żeby to było jak najbardziej nasze. Bierzemy udział w sesjach fotograficznych, wybieramy odpowiednie piosenki na kolejne single, kręcimy wideoklipy.

Justyna Święs (Fot. materiały prasowe)

Kubo, jak ci się podobają gościnne występy Justyny u innych artystów? Mam tu na myśli choćby piosenkę Tego Typa Mesa „Odporność” czy słynną „Czerwoną sukienkę” w projekcie Alkopoligamii Albo Inaczej 2.

KK: Justyna zawsze mnie pyta, co sądzę o danym projekcie. Bardzo się nawzajem wspieramy w zewnętrznych współpracach artystycznych. Rozwój osobisty wpływa przecież też na pracę w zespole. Jesteśmy bogatsi o nowe doświadczenia, które wnosimy do naszego działania. Poza tym rozpiera mnie duma, no bo jak tu nie być dumnym!

JŚ: Tak, jesteśmy dumni z siebie nawzajem. Dużo osobno pracujemy (Kuba ostatnio wyprodukował album Marceliny) i też mamy z tego wiele radości. The Dumplings to nasza baza.

KK: Dużo się dzieje. Cały czas się rozwijamy, bo trzeba nasz moment wykorzystać. Bycie producentem to moje spełnienie marzeń, ale także nauka, która przyspiesza mój rozwój artystyczny.

Justyno, a co z teatrem? Swego czasu miałem przyjemność oglądać i słuchać cię w świetnym przedstawieniu „Mapa i terytorium” w reżyserii Eweliny Marciniak w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Jak wspominasz to doświadczenie?

JŚ: Współpracę z Wojtkiem Urbańskim z zespołu Rysy przy tym spektaklu wspominam bardzo dobrze. Spędziliśmy razem miesiąc jeszcze przed samymi próbami w Teatrze Wybrzeże. Napisałam wtedy wszystkie teksty. Ewelina z dramaturgiem Jankiem Czaplińskim dali mi dużo wolności twórczej. Szkoda, że teraz tego spektaklu nie gramy, ale mam nadzieję, że ta przygoda jeszcze się nie skończyła. Bardzo lubię teatr, bo od dziecka w nim przebywam. Moi rodzice są aktorami, więc siłą rzeczy teatr towarzyszy mi od zawsze. A gdy przy tym spektaklu zobaczyłam go do środka, nabrałam ochoty na więcej.

 

Maciej Ulewicz
Reklama
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę