Znaleziono 0 artykułów
28.11.2019

Płoną góry, płoną lasy

Ocalały koala na pogorzelisku (Fot. Getty Images)

Od ponad miesiąca płonie Australia. Każdy dzień przynosi coraz bardziej alarmujące nagłówki: ponad setka pożarów, dym zasłania Sydney, problemy z oddychaniem, 30 domów zniszczonych, 50 domów, 150. Siedem osób zaginionych, dwie zmarły. W płonącym świecie cierpienie ludzi i zwierząt staje się nową normą.

Kolejny najgorszy tydzień, katastrofalne niebezpieczeństwo, 300 pożarów, strażacy walczą, armia w gotowości. Do dzisiaj na wschodzie kraju spłonęły ponad 2 miliony hektarów lasów, zniszczonych zostało 600 domów, zginęło sześć osób. Nad Sydney unosi się pył, który zwiększa ryzyko chorób. Miasto wystosowało ostrzeżenia: małe dzieci, osoby starsze i z problemami układu oddechowego powinny zostać w domach. Jakość powietrza porównywalna jest do Delhi – najbardziej zanieczyszczonego smogiem miasta świata.

Pogorzelisko (Fot. Getty Images)

Tym czasem premier Australii Scott Morrison twierdzi, że nie ma bezpośredniego związku między australijskimi emisjami dwutlenku węgla a trwającymi pożarami. Morrison znany jest ze swojej miłości do węgla (to drugi eksportowy towar kraju) i upartego zaprzeczania, że inwestowanie w paliwa kopalne przyczynia się do kryzysu klimatycznego (na Forum Wysp Pacyfiku w sierpniu tego roku oskarżył przywódców tonących wysp o szantaż emocjonalny i próby obniżenia PKB Australii). I o ile przewrotne stwierdzenie, że nie ma naukowych dowodów, aby to, co Australia emituje do atmosfery, wpływało na konkretne pożary na wschodzie kraju, w jakimś sensie jest prawdziwe, o tyle Morrison zachowuje się, jakby nie rozumiał, że gra w grę, na której tracą wszyscy – również on. Tak, spaliny z australijskich samochodów i fabryk nie spowodowały pożaru na przedmieściach Sydney. Ale globalny kryzys klimatyczny – do którego Australia dodaje swoje pięć groszy – już tak. Naukowcy są zgodni, że to przez kryzys klimatyczny temperatury w Australii przekraczają 40 stopni, że to przez kryzys klimatyczny jest więcej gorących dni (w które łatwiej o zaprószenie ognia) i że trwająca od dwóch lat susza też jest wynikiem kryzysu. W Australii jest tak sucho, że płoną nawet mokradła. I – zazwyczaj wilgotne – lasy eukaliptusowe.

Chciałoby się nosić je cały czas na rękach i wtulać w ich miękkie futerko. Koale wyglądają jak pluszowe maskotki. Przez 200 lat, od kiedy do Australii sprowadzili się Europejczycy, to futerko było przyczyną polowań. Kiedyś w eukaliptusowych lasach wschodniej Australii żyło ich 10 milionów. Kiedy w 1927 roku koale wreszcie objęto ścisłą ochroną, zostało ich już tylko kilkadziesiąt tysięcy. Mark Jenkins pisze dla „National Geographic”, że w samym 1919 roku zabito milion koali.

Pożar buszu w Australii (Fot. Getty Images)
Pożar buszu w Australii (Fot. Getty Images)

Czasy się zmieniły i puchaty torbacz, zamiast zdobić czapki, kołnierze, rękawiczki i płaszcze, został symbolem Australii. Symbolem ginącym, bo choć jeszcze 30 lat temu koali było około 400 tysięcy, to obecnie ich liczbę szacuje się na 80 tysięcy. Mimo iż są chronione, koale giną atakowane przez psy, rozjeżdżane przez samochody i zaczepione o druty kolczaste. Miasta zabierają im przestrzeń do życia.

Koale wzbudzają sympatię, w moim przypadku graniczącą z obsesją: w dzieciństwie przeglądałam rzadkie numery „National Geographic” dostarczane przez sąsiadów (mieli odpowiednią wtykę w Stanach), szukając zdjęć szarych zwierzątek przytulających się do drzewa. Nawet plecaczek miałam w kształcie koali. Suwak miał na brzuchu, jak na torbacza przystało. Nie znam nikogo, kto by nie uśmiechnął się na myśl o zawsze lekko wstawionym eukaliptusem słodkim śpiochu, który drzemie przez 18 godzin w ciągu doby. Przez pozostałe cztery godziny siedzi w rozwidleniu gałęzi i leniwie zjada liście – nawet kilogram dziennie. Gdy mu za gorąco (a za gorąco koali robi się powyżej 36 stopni Celsjusza), zsuwa się w dół drzewa i brzuszkiem przytula do pnia, który jest o kilka stopni chłodniejszy od otoczenia. Koala na ziemię schodzi tylko po to, żeby wejść na inne drzewo. 
Albo żeby uciec przed pożarem.

W zeszłym tygodniu po raz pierwszy w życiu słyszałam płacz poparzonego koali. Na filmie nagranym telefonem widać, jak Toni Doherty wbiegła między płonące drzewa, ściągnęła bluzkę i chwyciła koalę, który wspinał się na pień drzewa zajętego ogniem. Kobieta zabrała zwierzę na otwartą przestrzeń, położyła je na ziemi i oblała wodą z butelki, gasząc płonące futro. Koala piszczał, kwilił, płakał. Toni owinęła go kocem i zawiozła do weterynarza.

Satelitarne zdjęcie pożaru (Fot. Getty images)

Na miejscu okazało się, że samiec ma poparzony brzuch, przednie, tylne łapy i nos. Nie wiadomo, czy przeżyje. Choć na razie leży w kojcu na środkach przeciwbólowych i podjada eukaliptus, którym opiekunowie wyłożyli posłanie, to być może za kilka dni – jeśli poparzenia nie będą się goić – trzeba go będzie uśpić. Weterynarze oceniają jego szanse przeżycia na 50 procent. 

W ciągu ostatnich tygodni do australijskich szpitali dla dzikich zwierząt trafiło kilkadziesiąt koali. Mapa występowania torbaczy idealnie pokrywa się z mapą szalejących pożarów. Szacuje się, że tylko do tej pory spłonęło ponad 350 zwierząt. Ochotnicy – razem z psami w specjalnych skarpetkach – szukają tych, które przeżyły w spalonych lasach. Weterynarze opatrują oparzenia, wolontariusze opiekują się dochodzącymi do siebie koalami w domach, poją je i ścinają dla nich liście eukaliptusa. Ale wszyscy zadają sobie pytanie: co dalej? Co będzie z koalami, gdy już wyzdrowieją? Przecież nie będą żyły w spopielonym lesie. Popiołami się nie nakarmią.

W zeszłym tygodniu w całej Australii pożary rozprzestrzeniły się w ponad 120 miejscach. Strażacy mówią, że lasy nie zgasną, póki nie spadnie porządny deszcz. A naukowcy przewidują deszcze na… styczeń. Jeszcze groźniej brzmi informacja, że sezon pożarów w Australii dopiero się zaczął. Najgorsze zawsze przypadają na miesiące letnie – zwłaszcza na luty. 
A przecież płonie nie tylko Australia. W mijającym roku płonęły również Kalifornia, Amazonia, lasy równikowe Afryki, Hiszpania, a nawet Grenlandia.

Te pożary to jest zapowiedź świata, który czeka nas za kilkadziesiąt lat. Zmiany klimatyczne – którym tak usilnie zaprzeczają miłośnicy wzrostu gospodarczego ponad wszystko – nie oznaczają, że poziom wody podniesie się raz i że temperatura podwyższy się raz, a my będziemy musieli po prostu zaadaptować się do nowej sytuacji. Nie. Zmiany klimatyczne to wiecznie zdestabilizowana pogoda: huragany, susze, powodzie i pożary. Napędzające się nawzajem procesy. Już ruszyliśmy pierwszą kostkę domina. Katastrofy, które kiedyś zdarzały się raz na 500 lat, teraz zdarzają się raz na dekadę. A nawet rok po roku. Nienormalne, wyjątkowe, niespotykane i najgorętsze – staje się nową normą. 

W tym zmienionym świecie coraz częściej będziemy słyszeli płacz poparzonego koali – zwierzęcia, które na co dzień nie wydaje z siebie głosu. A przecież razem z nim płoną ptaki emu, oposy, żaby, jaszczurki i pszczoły. W płonącym świecie to cierpienie – ludzi i zwierząt – staje się nową normą.

Katarzyna Boni
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę