Znaleziono 0 artykułów
07.05.2019

Tęczowa telewizja

07.05.2019
Antoni Porowski z „Queer Eye” (Fot. materiały prasowe)

Według najnowszego raportu GLAAD, najważniejszej amerykańskiej organizacji zajmującej się obecnością gejów, lesbijek, osób bi- i transseksualnych w mediach, bohaterowie LGBT stanowią dzisiaj prawie 9 proc. obsady programów, filmów i seriali nadawanych w porze największej oglądalności. To najwyższy wskaźnik w historii.

Nie ma w całym wszechświecie rzeczy ważniejszej niż oglądalność, przynajmniej dla tych, którzy parają się obrazkowym show-bizem. Oglądalność to złoty cielec, do którego modły zanoszą wszyscy: i ci potężni, i ci malutcy, którzy chcą być potężnymi. Określona oglądalność to być albo nie być producentów filmowych i scenarzystów, aktorów i aktorek, korporacji telewizyjnych i platform streamingowych. Niska oglądalność jest jak diagnoza potencjalnie śmiertelnej choroby – przewraca wszystko do góry nogami. Można się wtedy poddać albo walczyć. Telewizja – świat gigantycznych pieniędzy – ma to do siebie, że zazwyczaj zaciekle walczy o słupki. Każdy, wiadomo, chce mieć słupek jak największy.

RuPaul’s Drag Race (Fot. materiały prasowe)

Mogliśmy się o tym przekonać niedawno, czytając o kolejnych doniesieniach z domu Wielkiego Brata (do dzisiaj pojąć nie mogę, kto to ogląda), gdzie plenią się rozmaite rasistowskie i homofobiczne wypowiedzi, albo śledząc walkę TVP z firmą Nielsen, nieustannie podającą takie wyniki oglądalności „Wiadomości”, które nie podobają się ich twórcom. W odpowiedzi na zbyt niskie słupki Telewizja Polska się na Nielsena obraziła i zastosowała jeden z najbardziej znanych wałęsizmów: „Zbij pan termometr, nie będziesz pan chory”.

Tymczasem w odległych od Polski galaktykach, gdzie panują nieco odmienne obyczaje, wielkie telewizje nie tylko nie tłuką Nielsena, ale także wczytują się podniecone w kolejne jego badania mogące niebawem wprowadzić wielkie zamieszanie na największych rynkach telewizyjnych. Oto po raz pierwszy w historii ten wielki mierniczy nie tylko zbadał generalną oglądalność w amerykańskich gospodarstwach domowych, ale sprawdził także, jak wygląda ona w gospodarstwach jednopłciowych. Wynik okazał się nadzwyczaj interesujący, bo wyszło na to, że są takie pozycje programowe, które cieszą się w obu rodzajach gospodarstw podobną oglądalnością (wiadomo, wszyscy oglądają „Grę o tron”), ale i takie, które w homorodzinach zajmują znacznie wyższe lub znacznie niższe miejsce niż w tych heteryckich. Przykładowo „RuPaul’s Drag Race” był w kwietniu na 285. miejscu na liście najczęściej oglądanych programów telewizyjnych w Ameryce, ale już w rodzinach homo zajął miejsce trzecie. Różnica jest więc, jak widać, spektakularna.

„Special” (Fot. materiały prasowe)
„Pose” (Fot. materiały prasowe)

Naturalnie, o czym donosił niedawno „New York Times”, nowe badania Nielsena wymagają dopracowania, bo skupiając się, póki co, na gospodarstwach domowych tworzonych przez pary (często małżeństwa) jednopłciowe, pomijają chociażby ogromną grupę singli LGBT. Bo grupa badawcza jest zbyt mała. Bo badania nie biorą pod uwagę tego – na co wielu się zżyma – że są przecież programy telewizyjne niemające gigantycznej oglądalności, ale duże społeczne oddziaływanie. Krótko mówiąc, trzeba to wszystko dopracować, ale najważniejsze, że postawiono pierwszy krok. Tak na pewno uważa GLAAD (Gay & Lesbian Alliance Against Defamation), najważniejsza amerykańska organizacja zajmująca się obecnością gejów, lesbijek, osób bi- i transseksualnych w mediach. Według jej najnowszego raportu postaci LGBT stanowią dzisiaj prawie 9 proc. obsady programów/filmów/seriali nadawanych w porze największej oglądalności (tak zwany prime time), co jest najwyższym wskaźnikiem w historii. A pierwsze skrzypce gra w tej orkiestrze Netflix, globalny gigant streamingowy, który wypuszcza najwięcej tęczowych produkcji. Dlaczego?

Antoni Porowski i Tan France z „Queer Eye” (Fot. materiały prasowe)

 

 

 

Odpowiedzi jest kilka. Pierwszą jest wielka zmiana obyczajowa, zachodząca w tej materii od czasu wyemitowania ponad 20 lat temu pierwszego odcinka kultowego w Stanach serialu „Will & Grace”. Drugą jest z pewnością Ryan Murphy – scenarzysta, producent i telewizyjny geniusz, uważany dzisiaj za najbardziej wpływową postać amerykańskiej telewizji. Murphy, gay all the way, ma podpisany z Netfliksem kontrakt na rekordową kwotę 300 milionów dolarów, a takiej sumki nie wydaje się bez powodu. Jego najnowszym dzieckiem jest fenomenalny serial „Pose”, a czekają nas z pewnością kolejne. W końcu, odpowiedź numer trzy – pieniądze. Według danych amerykańskiego Departamentu Skarbu tęczowa społeczność (głównie geje, co jest tematem na inny felieton) zarabia znacznie więcej niż ludność hetero. Znacznie, to znaczy niemal 40 proc. więcej. W dodatku duża część tych pieniędzy wydawana jest na dobra luksusowe i innego rodzaju przyjemnostki. Wiedzą o tym doskonale reklamodawcy, dla których pionierskie badania Nielsena są na wagę złota. Dzięki nim wiedzą, że aby dotrzeć skutecznie do społeczności LGBT, muszą się reklamować w okolicy programów, które w generalnym badaniu oglądalności zajmują nieraz dalekie miejsce, ale gejowszczyzna ogląda je namiętnie.

 

Nowe badania Nielsena, wieszczą znawcy tematu, przyniosą w telewizyjnym świecie znaczące zmiany, które – jak zwykle – zaczną się w Ameryce, by rychło przywędrować do Europy. Dyskutowano o tym podobno zawzięcie na dorocznej gali GLAAD Awards w Nowym Jorku, gdzie w ostatni weekend tuzy show-bizu (homo i hetero) zebrały się, by nagrodzić tych, którzy znacząco przyczyniają się do zwiększenia obecności osób LGBT w medialnym obiegu. Galę prowadziła Shangela (pisałem tu o niej niedawno), wśród gości byli Anderson Cooper, Rosie O’Donnell czy Adam Rippon (o nim napiszę niebawem), a jedną z najważniejszych nagród, Advocate for Change Award, odebrała Madonna. Tymczasem w Polsce…

Mike Urbaniak
  1. Kultura
  2. Kino i TV
  3. Tęczowa telewizja
Proszę czekać..
Zamknij