Znaleziono 0 artykułów
15.08.2018

Ze slumsów do filharmonii

Radzimir Dębski (Fot. Dorota Tyszka, materiały prasowe Brave Festival)

W finałowym koncercie wrocławskiego Brave Festiwal kompozytor Radzimir „Jimek” Dębski zagrał z afrykańską orkiestrą Ghetto Classics. Jej członków, nastolatków z Korogocho, gigantycznej dzielnicy slumsów w Nairobi, Radzimir poznał rok temu, ucząc ich muzyki. – Grając z tymi dzieciakami, przypomniałem sobie, dlaczego zostałem muzykiem – mówi Jimek. 

Zaczęło się od kobiety, która próbowała uciec od przeznaczenia. Urodzona w Nairobi Elisabeth Njoroge, która jako dziecko uczyła się grać na pianinie, pokochała zachodnią muzykę klasyczną. Nie miała jednak odwagi pójść muzyczną ścieżką, bo „porządna kenijska rodzina” widzi swoje dziecko wykonujące zawód lekarza lub prawnika, a nie wiodące żywot artysty. Njoroge wyjechała więc studiować biochemię i farmację w Kanadzie oraz Wielkiej Brytanii. Gdy wróciła do Kenii na początku wieku, marzenie o życiu muzyką wróciło z wielką mocą, choć przybrało zaskakującą formę. W 2008 roku w trzeciej co do wielkości dzielnicy slumsów Nairobi, Korogocho, Elisabeth założyła orkiestrę Ghetto Classics, który uczy dzieci muzyki klasycznej i gry na instrumentach. Początkowo jej członkowie ćwiczyli na pożyczonych skrzypcach i keyboardach, dziś tworzą 80-osobową orkiestrę sięgającą po kompozycje Bacha i Brahmsa, ale także popularne afrykańskie utwory (np. legendarnej divy Miriam Makeby).

(Fot. Emmanuel Jambo, materiały prasowe Brave Festival)

Codzienne życie w Korogocho, także życie dzieci, naznaczone jest przemocą i biedą. Muzyka okazała się być zaskakująco skutecznym narzędziem społecznej zmiany. Buduje wspólnotę, uczy nowych umiejętności, wzmacnia pewność siebie. Dzięki zaangażowaniu Elisabeth warsztaty z dziećmi prowadzili już m.in. Salif Keita, Branford Marsalis i, oczywiście, „nasz człowiek” Radzimir Dębski, który odwiedził Kenię dwukrotnie i o którym założycielka Ghetto Classics mówi: – Jimek pomógł nam poczuć naszą wartość. To on pierwszy spędził z nami cały tydzień, otworzył serce dla dzieciaków. On i jego ekipa bez słowa sprzeciwu codziennie jeździli ściśnięci między instrumentami w moim vanie. Im zawdzięczamy zaproszenie na Brave Festival do Wrocławia. Dla większości dzieci to była pierwsza podróż zagraniczna. Gdy zaprowadzono nas do garderoby, mieliśmy łzy w oczach. Wow! Oni nas naprawdę szanują – powiedział któryś z naszych dzieciaków. Rozumiesz, co to znaczy? Nigdy dotąd nie mieliśmy własnej garderoby!

Jimka złapałam we wrocławskim Teatrze Capitol, w przerwie między próbami. Jeszcze poprzedniego dnia muzyk odbierał w Łodzi nagrodę dla najlepszego polskiego kompozytora na festiwalu Transatlantyk, dziś już kombinuje, na jakie najpotrzebniejsze instrumenty dla Ghetto Classics przeznaczyć swoją wygraną. Byłam ciekawa, dlaczego zdecydował się rok temu pojechać do Korogocho.

To chyba nie jest typowa sytuacja w twoim życiu muzyczno-kompozytorsko-dyrygenckim…

Ani nawet ludzkim... Najczęściej zajmuję się sobą, jak każdy. W Afryce, gdzie znalazłem się przypadkiem, zorientowałem się, że są takie istoty jak „dzieci”. Poważnie! Nie mam własnych dzieci, nie miałem młodszego rodzeństwa, ani kontaktu z takimi młodziakami, więc dla mnie to był totalny kosmos! Za całym pomysłem stał Krzysiek Szymczak, mój przyjaciel, który pracuje dla UNICEF-u w Nowym Jorku i jeździ po różnych miejscach na ziemi. To on wysłał mi filmik ze slumsów Nairobi i powiedział: musisz pojechać do tych dzieciaków!

(Fot. Emmanuel Jambo, materiały prasowe Brave Festival)

Korogocho to nie sawanna, jak sobie niektórzy wyobrażają Afrykę, ale ogromna metropolia. A tak naprawdę wysypisko śmieci kontrolowane przez mafię, która na nim zarabia. Codziennie przyjeżdża tam 150 ciężarówek odpadów, które są podpalane. W tych śmieciach, w tym dymie, mieszka prawie 200 tysięcy ludzi, stłoczonych na paru kilometrach kwadratowych. Jest tam tak niebezpiecznie, że nikt w Nairobi nie mógł uwierzyć, że chcemy tam wjechać.

Elisabeth Njoroge cię tam wwiozła?

(Fot. Dai Kurokawa, materiały prasowe Brave Festival)

Tak. Mnie, naszego perkusistę Manolo (José Manuel Albán Juárez – przyp. aut.), menadżerkę Emalkę Ziąbską i Marcina Polara, który nakręcił krótki film z tego pobytu. Elisabeth działa tam na tyle długo, że zna chłopaków, którzy są w gangach, czasem opiekowała się nimi albo ich rodzeństwem. Jest nietykalna, wszyscy rozumieją, co tam robi i że nie ma to nic wspólnego z ich biznesami. Mimo to zawsze ktoś musiał z nami być.

Co cię tam zaskoczyło?

Tak się składa, że na moment przed pierwszą wizytą w Nairobi akurat nagrałem płytę w Niemczech dla Deutsche Grammophonu, z orkiestrą Konzerthausu w Berlinie. Muzycznie są snajperami, wszystko potrafią zrobić, ale bardzo ciężko było jakkolwiek zaangażować ich emocjonalnie. A do tego biurowy system przerw, zasady dotyczące tego, w jaką skórę mają być oprawione nuty oraz ile milimetrów może mieć pięciolinia, bo inaczej muzyk nie zagra. A tutaj szok, dzieciaki nawet nie chciały przerw! W Korogocho pracowaliśmy codziennie. Przyjeżdżaliśmy rano, wyjeżdżaliśmy o zmroku. Na początku nic się muzycznie nie zgadzało. Zaczynaliśmy więc od podstaw, żeby zobaczyć, co się da z nimi zrobić.

Pojawił się pomysł grania twojej „Historia hip-hopu”, czyli czegoś, co sprawia trudność nawet zawodowej orkiestrze.

Tak jest z tymi moimi hip-hopami – to zupełnie inne myślenie niż w klasyce i dużo dziwactw, ale właśnie to chciałem im pokazać. Muzykę, która była moim buntem, kiedy miałem tyle lat, co oni. W tamtym czasie niechęć do klasyki i niezrozumienie, po co właściwie mam ją ćwiczyć, sprawiła, że na chwilę zrezygnowałem ze szkoły muzycznej. I właśnie hip-hop zdecydował o tym, że dziś jestem muzykiem, bo miałem się czym jarać i powrócił entuzjazm.

(Fot. Emmanuel Jambo / materiały prasowe Brave Festival)

Klasyka, przez swoją trudność, potrafi wykończyć, jeżeli nie rozumiemy, czego w niej szukamy. Nauczyciele mówili, że źle gram, ale nigdy nie pokazywali, co to znaczy „dobrze”. A ja tym dzieciakom najpierw puszczałem hip-hopowy oryginał, który miał ich „zajawić”, mówiłem co mi się podoba, i dlaczego. Dziwiły się, słysząc muzykę, która nie miała nic wspólnego z ich instrumentami. Potem puszczam im te same kawałki zorkiestrowane przeze mnie i zagrane przez NOSPR. Nagle słyszą ten sam, ale inny świat, a najtrudniejsze hieroglify, czyli nuty, które widzą przed sobą, zamieniają się w emocje. Opad szczeny! I wtedy, nawet jak jest trudne, to natychmiast chcą to wyćwiczyć. Możemy więc zacząć nudzić techniką.

Po co grać muzykę klasyczną w slumsach?

Są dowody na to, że system edukacji muzycznej w tzw. trudnych środowiskach skuteczniej niż sport zmienia życie ludzi. Uczy współpracy, daje poczucie sprawczości. W muzyce klasycznej nie ma takich pieniędzy jak w piłce nożnej. Ale kariery muzyków, takich jak wenezuelski dyrygent Gustavo Dudamela, który jako dziecko też był beneficjentem podobnego programu, a potem został szefem Filharmonii w Los Angeles, są dowodem na to, że jest coraz lepiej. Czasem wystarczy nauczyć się dosłownie paru dźwięków, a jak się je odpali we właściwym momencie, można wywołać największy możliwy uśmiech słuchacza. Do tego zyskuje się uczucie, że się coś zrobiło dobrze. Energia i radość są warte wszystkiego! Ktoś, kto nie wierzył w siebie, nie wiedział, że dzięki małej pracy – nudnej, powtarzalnej, ale w gruncie rzeczy niewielkiej – można poczuć się jak gwiazda rocka. To uniwersalna emocja. Nie ma znaczenia, gdzie jesteśmy, ile mamy lat i na czym gramy.

Gdy trafiłem do Korogocho, odkryłem, że dzieci szybko się uczą. Sześć razy szybciej niż zawodowe orkiestry. Początkowo byłem załamany, że to się nie uda. Ale oni wykonali taki skok, że dziesięć dni wystarczyło za parę lat ćwiczeń. Ossio, który w naszym filmie gra na ksylofonie, najpierw plączą się ręce. Nie wie, gdzie jest, jaki dźwięk. Ale wystarczyło pokazać mu, jak to uprościć, używając obydwu rąk. I za chwilę gra tak, że nawet nie musi patrzeć na instrument. Takim jest cwaniakiem. Był najmniejszym dzieciakiem w orkiestrze, a teraz po roku jest wielkim bykiem i naparza na bębnach.

(Fot. Emmanuel Jambo / materiały prasowe Brave Festival)

A co tobie to wszystko dało?

Przypomniałem sobie, jak to jest być nastolatkiem. Przypomniałem sobie, dlaczego chciałem być muzykiem. W takim miejscu jak Korogocho wszystkie rzeczy, które traktujemy jako oczywiste, nagle nabierają znaczenia. Entuzjazm na próbie może przynieść satysfakcję równie wielką, jak koncert w filharmonii. Dziś wszyscy dookoła szukają podróży, wakacji, medytacji, diet, przyjemności. Nie wiedzą, jak osiągnąć spokój wewnętrzny i spełnienie. A może to jest prostsze, niż się wydaje. W tamtym czasie trochę za dużo pracowałem. Zacząłem już być... dziwny. Wydawało mi się, że spełniłem marzenia, ale łapałem jakieś schizy. Nagle Krzysiek w tym wideo powiedział do mnie: „Weź tu przyjedź”, a ja bezmyślnie przyjechałem. Myślałem, że zrobię coś dla nich, a nagle, okazało się, że było to najlepsze, co mogłem wtedy zrobić dla siebie. Czysta energia! Ech, cokolwiek powiem, zabrzmi jak największy banał.

Co było najtrudniejsze?

Radzimir Dębski (Fot. Adam Burakowski, East News)

Nie jestem hardkorem, który jeździ z plecakiem na drugi koniec świata, niczego się nie bojąc. Któregoś razu wjechaliśmy w złą uliczkę i się zgubiliśmy. Byłem totalnie ze...strachany. Nie wstydzę się tego powiedzieć. Nie byłem zresztą nigdy wcześniej w środku Afryki. Korogocho szokuje. Gdy tam trafiasz, na początku jesteś cały ściśnięty, próbujesz tonować emocje, ale po pięciu minutach grania nagle zapominasz gdzie jesteś. Podnosisz głowę, nie mogąc uwierzyć w to, co cię otacza. Drugiego dnia jest nieco lepiej, trzeciego już się prawie nie stresujesz. Nie ma więc, co popadać w psychozę. To akurat w pełni zrozumiałem dopiero przy drugiej wyprawie.

(Fot. Emmanuel Jambo, materiały prasowe Brave Festival)

Gdy masz w tym otoczeniu konkretną rolę do spełnienia, jest też pewnie łatwiej? Nie przyjechałeś przecież do slumsów Nairobi na wycieczkę.

Wycieczki, które jeżdżą do slumsów, jak na safari to zło. Jest w tym poczucie wyższości, jakiejś pogardy. Takim „butikowym” gettem jest Kibera. Przyjeżdżają tam idioci z cukierkami i myślą, że są Jezusami. Nie zadają sobie pytania, jak zrobić, żeby dać człowiekowi od siebie coś naprawdę cennego. Dla mnie to jest czas, pomysł, sposób myślenia, technika, patenty i wiedza, że proste, cierpliwe ćwiczenie daje efekt widoczny od razu. Nie ma znaczenia, czy któreś z dzieci zostanie zawodowym muzykiem. Ważne, że spędzamy razem czas, robimy coś wspólnie. Chcę im pokazać, że warto mieć zajawkę. Wchodzisz w to po uszy, siedzisz w każdym niuansie, jarasz się rzeczami, których nikt inny nie dostrzega.

Ale inni chcą was słuchać! Gdy wróciłeś do Afryki, zagrałeś ze swoimi podopiecznymi na wielkim kenijskim festiwalu jazzowym Safaricom. Jak do tego doszło?

Na wcześniejsze występy Elisabeth ściągnęła ludzi z Safaricom, największego operatora telefonii komórkowej w kraju. Totalnie się zajarali. Powiedzieli, że pierwszy raz poczuli, że nie przyszli na wydarzenie charytatywne, tylko na koncert i zaprosili nas na festiwal. To impreza na parę tysięcy ludzi, obok nas grali najsławniejsi amerykańscy jazzmani. Do Ghetto Classics dołączyliśmy jeszcze dwie orkiestry studentów szkół muzycznych w Nairobi. Mieliśmy orkiestrę składającą się ze 105 osób. Prawdziwego giganta!

(Fot. Emmanuel Jambo, materiały prasowe Brave Festival)

Teraz jesteście tutaj we Wrocławiu na Brave Festival [jedynym w Polsce przeglądzie kultur, tradycji i rytmów z całego świata, które są na granicy wyginięcia – przyp. red.].

Najmłodszych nie mogliśmy przytargać bez rodziców, ściągnęliśmy więc do Polski dwudziestkę starszych nastolatków. Mieliśmy straszne problemy z paszportami, bo wielu z nich nie miało nawet aktów urodzenia. Dla większości podróż wiązała się z pierwszym w życiu lotem samolotem i pobytem poza Kenią. Pierwszy raz grają w prawdziwych salach koncertowych i z najlepszymi filharmonikami z tutejszego Narodowego Forum Muzyki.

Jak wychodzi ta współpraca? Amatorzy zestawieni z superprofesjonalistami – to nie jest łatwe.

Ale to jest ten dar, który wnoszą muzycy NFM-u! Poprosiłem wszystkich, żeby pracowali w podzespołach. To metoda, którą zaczęliśmy rozwijać w Afryce. Podczas pierwszego pobytu zrozumiałem różnicę między ich systemem nauczania, a naszym. Tam, gdy ktoś umie zagrać gamę, uczy jej kogoś innego. Nastolatkowie siedzą z najmłodszymi, a początkujący ma obok kogoś obytego i może podpierniczyć wszystkie jego patenty – to piękne! Zgapiłem to od nich, dlatego wymieszaliśmy Ghetto Classics z lepszą orkiestrą. W Polsce grają z wybitnymi zawodowcami, którzy przy okazji sami się angażują, ćwiczą z nimi w przerwach. Właśnie poszli do sklepu kupić dzieciakom stroiki do saksofonów! Rozwalili mnie swoim zaangażowaniem. Za nagrody, które dostałem na festiwalu Transatlantyk, chcę kupić dzieciakom instrumenty, a nasz koncertmistrz Radek, jak tylko się o tym dowiedział, już pomaga zdobyć je w dobrych cenach. Cały czas rozszerza się ten zasięg pomocy.

(Fot. Dai Kurokawa, materiały prasowe Brave Festival)

Wiem, że szykujecie z Elisabeth Njoroge kolejne wspólne projekty, ale czy na co dzień też masz jakiś kontakt z dzieciakami z Ghetto Classics?

Jasne. Na przykład Charity, która gra na bębnach, pisze do mnie, gdy nudzi jej się w szkole: „Hej Jimek, co tam?”. Wysyłam jej wtedy zdjęcie z miejsca, w którym akurat pracuję, a ona odpisuje: „A gdy stresujesz się przed orkiestrą, to co robisz?”. Słodziak! I tak sobie gadamy. Mam nadzieję, że dzieciaki poczują, że jakiś świat na nie czeka. Że można dotrzeć, gdzie się chce, nawet jeśli startujesz z trudnego miejsca.

 

Radzimir  Dębski (ur. 1987 w Szczecinie) – występujący także pod pseudonimem JIMEK. Polski kompozytor muzyki filmowej (m.in. „Atak Paniki”, „Sztuka Kochania”), rozrywkowej i symfonicznej,  producent muzyczny. Absolwent Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie, studiował także na University of California w Los Angeles, laureat nagród muzycznych  (m.in. nagroda Polskiej Akademii Filmowej Orły 2018 za muzykę do filmu Sztuka Kochania. Historia Michaliny Wisłockiej. Grand Prix na Festiwalu Filmowym im. Krzysztofa Komedy za muzykę do filmu Atak Paniki) Autor m.in. głośnego „Hip Hop History Orchestrated by JIMEK”, wykonanego podczas koncertów z raperem Miuoshem i Narodową Orkiestrą Stmfoniczą Polskiego Radia w Katowicach (album „2015”), oraz nagrodzonego remiksu utworu Beyoncé „End of time, który znalazł się na płycie Artystki. W 2016 roku nagrał płytę „Mosaic” dla prestiżowego Deutsche Grammophon.

 

Anna Sańczuk
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę