Znaleziono 0 artykułów
11.12.2020

„Bal”: Moc różnorodności

11.12.2020
"The Prom" (Fot. Materiały prasowe Netflix)

Na ostatniej prostej 2020 roku, o którym wszyscy wolelibyśmy już zapomnieć, na widzów czeka filmowy kompres. Wyprodukowany przez Netflix „Bal” ma pełne przepychu opakowanie i ważne przesłanie.

Rok przesuniętych premier i zamkniętych kin skazał widzów na wypatrywanie filmowych wydarzeń, w tym festiwali, głównie online. Zmieniły się też nasze oczekiwania. Niektórzy smutki leczą smutnymi piosenkami, inni szukają ucieczki. „Bal” miesza te dwa porządki. Produkcję firmuje swoim nazwiskiem Ryan Murphy, twórca, m.in. „Pose”, „Glee” czy „Hollywood”. Kto choć trochę zna jego dotychczasowe dokonania, wie, że doskonale odnajduje się w kinie stawiającym na rozmach, a jednocześnie zaangażowanym społecznie, walczącym, podkreślającym tematy równościowe. Takie też jest jego najnowsze dziecko – gwiazdorsko obsadzony musical pełen chwytliwych nut i choreografii, który w brokatowym opakowaniu kryje ważne przesłanie.

"The Prom" (Fot. Materiały prasowe Netflix)

Spełnienie marzeń

Kiedy Rada Rodziców zakazuje Emmie zabrać na bal maturalny jej dziewczynę Alyssę, z pomocą przychodzą posiłki z Broadwayu. Do konserwatywnej szkoły w Ohio przybywają cztery nieco przebrzmiałe, ale wciąż niezwykle barwne gwiazdy, które angażują się w pomoc Emmie z niskich pobudek: liczą na dobry PR. Szybko okazuje się, że choć ich ego urosło do rozmiarów cyrkowych słoni, serca mają po właściwej stronie. Cała akcja pomoże odnaleźć szczęście i Emmie, i aktorom. 

– „Bal” to dla mnie w pewnym sensie ukoronowanie kariery. Moment, w którym proponuje się role swoim idolom i wszyscy się zgadzają, jest dla reżysera naprawdę niezwykły – śmieje się Ryan Murphy. Aktorkę Dee Dee Allen gra Meryl Streep, Barry’ego Glickmana James Corden, w Angie Dickinson wciela się Nicole Kidman, a Trenta Olivera powołał do życia znany z „Girls” i „The Book of Mormon” Andrew Rannels. Do tego na ekranie pojawiają się Kerry Washington („Django”, „Skandal”), Keegan-Michael Key („Key and Peele”), Tracey Ullman („Drobne cwaniaczki”, „Mrs. America”) i Mary Kay Place („Zaklinacz deszczu”). Weteranom towarzyszą dwie świeże twarze do zapamiętania: Jo Ellen Pellman jako Emma i Ariana DeBose, czyli Alyssa. 

"The Prom" (Fot. Materiały prasowe Netflix)

Magia reprezentacji 

„Bal” to przede wszystkim emocje. – Po raz pierwszy zobaczyłem ten musical pewnego śnieżnego wieczoru w styczniu 2019 r. Miałam wtedy jakiś gorszy moment, byłem smutny – wspomina Murphy. – Na widowni były rodziny, pary, samotni widzowie. Zaskoczyła mnie intensywność ich reakcji. Zresztą dla mnie samego także było to mocne przeżycie. Gdzieś w połowie zdałem sobie sprawę, że przecież to również moja historia. Też pochodzę z Indiany, mnie też nie pozwolono pójść na bal maturalny z partnerem. Uwiodło mnie uczucie, z którym wyszedłem z teatru, coś naprawdę magicznego, trochę jak walentynki. Od razu umówiłem się na kolację z producentem i powiedziałem: „Chcę zrobić z tego film!”.

W roli Emmy zobaczymy debiutantkę Jo Ellen Pellman. 24-letnia aktorka odebrała świetne wykształcenie aktorsko-muzyczne, ale do tej pory występowała głównie w teatrze, miała też kilka drobnych epizodów w telewizji. „Bal” przyniósł jej pierwszą główną rolę w filmie pełnometrażowym. – Jestem przekonany, że jej kariera wystrzeli po „Balu” w kosmos i że za kilka lat to ja będę mógł się chwalić, że towarzyszyłem „tej Jo Ellen Pellman” w ekranowym debiucie – chwali koleżankę z planu brytyjski komik James Corden, filmowy Barry Glickman, a wtóruje mu sama Streep. Pellman, podobnie jak Murphy, jest osobą queerową, do tego pochodzi z Cincinnati, położonego w sąsiadującym z Indianą stanie Ohio. – Szansa, żeby opowiedzieć tę historię, i to jeszcze w towarzystwie takich gwiazd, to sen na jawie – przyznaje młoda aktorka. Wielu widzów może za debiutantkę wziąć też grającą ukochaną Emmy Arianę DeBose. 29-letnia Amerykanka rzeczywiście nie występowała do tej pory w kinie, ale ma za sobą niemal dekadę pełną sukcesów w świecie musicalu, w tym występy w „Hamiltonie” czy rolę Diany Ross w „Motown”. Do tego zobaczymy ją w nowej adaptacji kultowego musicalu „West Side Story” w reżyserii Stevena Spielberga, choć przez pandemię nie wiadomo dokładnie, kiedy odbędzie się premiera. – Wiem, jak ważne jest, by móc na ekranie znaleźć odbicie samej siebie. To pozwala ci wierzyć, że masz szansę spełnić marzenia. „Bal” dał mi szansę, by po raz pierwszy zobaczyć na Broadwayu coś choćby śladowo bliskiego mojemu własnemu doświadczeniu – podkreśla DeBose, także osoba queerowa.

"The Prom" (Fot. Materiały prasowe Netflix)
"The Prom" (Fot. Materiały prasowe Netflix)

Pocałunek z legendą 

Bez wątpienia największą gwiazdą „Balu” jest legendarna Meryl Streep. Jej słabość do musicali i muzyki nie jest tajemnicą – aktorka śpiewała już m.in. w „Mamma Mia!”, „Tajemnicach lasu” czy „Boskiej Florence”. Jednak to taniec uwodzi ją w tym gatunku najbardziej. – Nie jestem tancerką, ale ogromną przyjemność sprawia mi obserwowanie, z jaką pasją poruszają się tancerze. My podczas prób walczyliśmy z każdym ruchem, a potem oni wychodzili na parkiet i swoją ekspresją, radością, witalnością i miłością do życia dosłownie wysadzali budynek w powietrze. Mam wrażenie, że tak właśnie działają musicale. Nieważne, co cię trapi, ich czarowi nie da się oprzeć, kiedy ludzie zaczynają tańczyć. Streep, w przeciwieństwie do Murphy’ego, DeBose czy Pellman, nie znała „Balu” wcześniej. Aby upewnić się, że chce zagrać Dee Dee Allen, wybrała się więc do teatru. – Z ulgą zauważyłam, że grająca główną rolę aktorka nie tańczy za dużo. Jakie było więc moje zdziwienie, gdy na planie to mnie przypadło najwięcej scen tanecznych! Mimo że byłam najstarszą aktorką w obsadzie!Legendarna gwiazda zdradza, że musiała mocno pracować nad kondycją, ale podkreśla, że było warto. W filmie jej bohaterka zakochuje się w młodszym mężczyźnie, dyrektorze szkoły, granym przez komika Keegana-Michaela Keya. Para miała do odegrania scenę namiętnego pocałunku. – Gdyby do dwudziestodwuletniego mnie, dzieciaka w szkole teatralnej, przyszła współczesna wersja mnie i powiedziała: „Słuchaj, stary, w 2020 roku będziesz na ekranie całował Meryl Streep”, powiedziałbym tylko: „Spadaj, ty kłamliwy demonie, bzdury gadasz!”. Na szczęście scena wypadała pod koniec planu i na tym etapie aktorzy dobrze się już znali. – Nie denerwowałem się, byłem raczej podekscytowany. Ale na wszelki wypadek i tak przed pocałunkiem zjadłem całą puszkę miętówek.

"The Prom" (Fot. Materiały prasowe Netflix)

Próba tańca

Nicole Kidman wciela się w Angie Dickinson, niespełnioną aktorkę musicalową, wciąż marzącą o wielkiej roli. Australijka ma już za sobą role w musicalach, widzieliśmy ją choćby w „Moulin Rouge!” czy „Dziewięć”. W „Balu” wykonuje m.in. długi kawałek w klimacie Boba Fosse. – Fosse stworzył bardzo specyficzny styl poruszania się. Miałam stracha, na szczęście towarzyszyła mi grupa fantastycznych tancerzy, którzy trenowali mnie z cierpliwością świętego. Mimo to, kiedy w pierwszym tygodniu zobaczyłam, jak Meryl dosłownie miażdży swój numer, przez chwilę wydawało mi się, że nic nie potrafię! Na szczęście Kidman wyleczyła się z kompleksów. W budowaniu scenicznej pewności siebie niewątpliwie pomogły jej próby. – Mieliśmy sześć tygodni prób w studiach Paramount Pictures w Los Angeles, co jak na dzisiejsze realia jest imponującym okresem, bo próby to pierwsze, co się tnie, kiedy trzeba redukować koszty. To było ogromnie ważne. Przez ten czas staliśmy się trupą teatralną, nawiązaliśmy bliskie relacje i nauczyliśmy się wspierać.

"The Prom" (Fot. Materiały prasowe Netflix)
"The Prom" (Fot. Materiały prasowe Netflix)

Powrót do liceum

Podczas rozmów o „Balu” nie mogło zabraknąć licealnych wspomnień samych aktorów. W konkursie na najlepszą historyjkę zdecydowanie wygrał Andrew Rannels. – Chodziłem do katolickiego liceum dla chłopców. Na bal maturalny zabrałem starszą dziewczynę. To znaczy starszą ode mnie, miała pewnie ze 20 lat, ale z perspektywy nastolatka te kilka lat to była kolosalna różnica. Moja partnerka przyszła ubrana w koktajlową małą czarną i na tle innych dziewczyn w księżniczkowych kreacjach wyglądała jak kobieta przez duże „K”. Dlaczego aktor, dziś jeden z bardziej znanych gejów w Hollywood, prywatnie partner znanego z „Desperate Housewives” Tuca Watkinsa, poszedł na bal z kobietą? – Wydaje mi się, że ponieważ wtedy nie byłem jeszcze wyoutowany, to w pewien sposób rekompensowałem sobie tak swoje rozterki. Jedno jest pewne: po tamtym wydarzeniu stałem się w szkole bardzo popularny! – śmieje się filmowy Trent Oliver.

"The Prom" (Fot. Materiały prasowe Netflix)

Przesłanie nadziei 

„Bal” na pierwszy rzut oka zaskakuje łagodnością. Starannie ominięto tu sceny, które MPAA, ciało przyznające w Stanach Zjednoczonych kategorie wiekowe, mogłoby uznać za niewłaściwe dla młodszych widzów. Współtwórcom filmu marzy się, by „Bal” dotarł do jak najszerszej publiczności. Żeby przemienił serca tych, którzy jak filmowa pani Greene, grana przez Washington, uważają, że „dziewczyna z dziewczyną to skandal”. Murphy od lat w kolejnych produkcjach pokazuje, że zarówno na szkolnym balu, jak i wszędzie indziej jest miejsce dla każdego, a nasza różnorodność tylko nas wzmacnia. Twórcy mówią głośno o tym, że „Bal” to radość, rozrywka, eskapizm, ale równie ważne jest przesłanie akceptacji. – Taki mocny, ciepły uścisk. Przytulenie, którego wszyscy teraz tak bardzo potrzebujemy – uśmiecha się Meryl Streep.

Anna Tatarska
  1. Kultura
  2. Kino i TV
  3. „Bal”: Moc różnorodności
Proszę czekać..
Zamknij