Znaleziono 0 artykułów
06.11.2020

„Król”: Wyprawa w dwudziestolecie

Michał Żurawski i Lena Góra (Fot. Łukasz Bąk)

Nie chcę, żeby serial był czytany jako jednoznaczne odniesienie do współczesności. Gdy podąża się takim tropem, powstaje publicystyka, a nie dobre kino – mówi reżyser Jan P. Matuszyński, nagrodzony wcześniej Orłem za film „Ostatnia rodzina”. Serial „Król” na podstawie powieści Szczepana Twardocha można od 6 listopada oglądać na Canal+.

Już w 2012 roku publicysta Cezary Michalski pisał w „Krytyce Politycznej”, że świat drugiej dekady XXI wieku przypomina mu „globalny Weimar”. Rozpasany, choć chylący się ku upadkowi, rozpaczliwie dekadencki, skłócony politycznie, a jednocześnie pozbawiony głębszych wartości. W 2020 roku nie da się uniknąć porównań współczesności do międzywojnia – pełzający kryzys finansowy, zdecydowany skręt w prawo, kontrreformacja robią swoje.

Michał Żurawski i Aleksandra Pisula (Fot. Łukasz Bąk)

W czasie niepokoju reżyser Jan P. Matuszyński sięgnął po wydaną cztery lata temu powieść Szczepana Twardocha „Król”. – Książkę od deski do deski przeczytałem na początku, potem już do niej w całości nigdy nie wróciłem. Tylko czasem zerkałem, żeby przypomnieć sobie jakieś szczegóły dotyczące scen czy postaci – mówi Matuszyński. Książkę więc odłożył, ale do pomocy miał jej autora, który napisał dialogi. – Szczepan to poważny zawodnik, z którym rozmawia się poważnie. Szybko nawiązaliśmy nić porozumienia. Wbrew temu, co mi się wydawało na początku, nie ma nic lepszego niż żyjący autor, którego w każdej chwili możesz zapytać o radę. Był tam, gdzie go potrzebowałem, a nie pchał się tam, gdzie jego jurysdykcja się kończyła. Pod koniec prac scenariuszowych przerobił prawie wszystkie dialogi, żeby wierniej oddawały jego zamysł. Był też pierwszym recenzentem serialu – pierwszą osobą poza mną i montażystą, która zobaczyła finalną wersję – tłumaczy reżyser.

Matuszyński zrobił więcej niż przełożenie słów na obrazy. Tchnął w nie ducha, dodał ciało i krew, wysycił detalami. Scenografia, za którą odpowiedzialni byli Grzegorz Piątkowski i Katarzyna Sikora, kostiumy autorstwa Emilii Czartoryskiej, zdjęcia Kacpra Fertacza – wizualnie w Polsce tak dopracowanego serialu jeszcze chyba nie było. Wszystko tu wibruje: rude włosy Ryfki Kij (Magdalena Boczarska), neony Warszawy, różnorodny tłum. Estetyczna wrażliwość twórców pomaga widzom przenieść się w czasie.

(Fot. Łukasz Bąk)

Seriale wywołujące duchy minionych dekad oferują niezbędną dawkę eskapizmu. Ale jak zawsze nostalgia jest ambiwalentnym uczuciem. Z jednej strony sentymentalizm koi, z drugiej może budzić niepokój. Bo czy aby historia się nie powtarza, a lekcje z przeszłości wcale nie zostały odrobione? – Pokazujemy świat, którego już nie ma, i miejsce, którego już nie ma – mówi zdecydowanym tonem reżyser. Na Warszawę patrzy wciąż trochę z zewnątrz, bo – tak jak Twardoch – pochodzi ze Śląska. – Co mnie najbardziej intryguje? Nostalgia za niepewnym, podważanym ładem – mówi Jan.

Nazywana „Paryżem Północy” przedwojenna stolica była miastem neonów i kontrastów, ale i skrajnego ubóstwa, ksenofobii i nacjonalizmu. Już w pierwszych scenach na ulicy prawica bije się z lewicą, endecy z komunistami, a władza jest w rękach gnuśnych, lubieżnych, okrutnych starców. Śmiesznych w swojej straszności i strasznych w śmieszności. – Nie chcę, żeby serial był czytany jako jednoznaczne odniesienie do współczesności. Gdy podąża się takim tropem, powstaje publicystyka, a nie dobre kino. Nie lubię kina, które „mówi, jak jest”. Opowiadamy o różnicach światopoglądowych, które łatwo podpiąć pod aktualne konflikty. Ale te różnice przecież naprawdę w 1937 roku w Polsce istniały. Gdy oddajemy nasz film albo serial światu, świat zawsze odbiera to w jakimś kontekście, ale to już wydarza się trochę poza nami. Dla mnie film jest m.in. wywiadem z postaciami. A w „Królu” fascynujących postaci nie brakuje – zastrzega Matuszyński.

Magdalena Boczarska i Arkadiusz Jakubik (Fot. Łukasz Bąk)

Najważniejszą z nich jest oczywiście Jakub Szapiro (w tej roli Michał Żurawski), bokser, który chce zostać królem półświatka. – „Kupuję takiego Szapirę” – powiedział po obejrzeniu serialu Twardoch, i to było kluczowe dla mnie, jeśli chodzi o odbiór serialu. Chociaż ta postać jest trochę inna niż na kartach powieści. Jakub Szapiro u mnie jest wciąż tym macho, ale manipulowanym przez trzy kobiety, z którymi żyje w symbiozie. A jego postawa oddaje niepokój 1937 roku, przeczucie nadchodzącej katastrofy. My, widzowie, wiemy, co nadejdzie za dwa lata, a on jeszcze nie – tłumaczy Matuszyński. Przesunięcia nastąpiły przy postaciach kobiecych – stały się pełnokrwiste, ale nie dlatego, że to teraz na ekranie modne. – Długo rozmawialiśmy np. o Emilii, partnerce Jakuba, która w książce odgrywała mniejszą rolę, a na ekranie musiała nabrać charakteru. Wzięliśmy z powieści esencję, ale poddaliśmy naszej interpretacji – mówi reżyser.

Własny filmowy język Jan P. Matuszyński odnalazł już przy pełnometrażowym debiucie. W 2017 roku otrzymał Orła za film „Ostatnia rodzina”. Teraz 36-letni adept Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach pracuje nad „Żeby nie było śladów” na podstawie reportażu Cezarego Łazarewicza o zabójstwie Grzegorza Przemyka. Na planie „Watahy” i „Nielegalnych” spodobały mu się opowieści w odcinkach. – Seriale przez to, że są dłuższe, pozwalają budować bardziej pogłębione postaci. W filmie struktura dramaturgiczna jest ograniczona, w serialu tych łuków dramaturgicznych można zbudować więcej, więc świat może stać się ciekawszy – mówi.

(Fot. Łukasz Bąk)

Wielowątkowy, wielowymiarowy, wielobarwny „Król” wygląda więc trochę tak, jakby „Ziemię obiecaną” nakręcił dziś Wojciech Smarzowski. Trudno też nie porównywać polskiej produkcji o wielokulturowej Warszawie z „Babylon Berlin”, niemieckim serialem o Berlinie czasów Republiki Weimarskiej. Tam więcej jest jednak wątków kryminalnych, tu gangsterskich. – Chociaż to do pewnego stopnia serial gangsterski, jest skąpany w nostalgii. Gdy szukałem referencji, niedosłowną inspiracją stało się dla mnie „Dawno temu w Ameryce” Sergia Leone, gdzie melancholia łączy się z przemocą – mówi Matuszyński.

Przed premierą dziennikarze mogli obejrzeć zaledwie dwa odcinki serialu z ośmiu. – Mogą czuć się, jakby przeczytali dwa z ośmiu rozdziałów książki… Każdy odcinek ma inną dynamikę. To nie jest serial kryminalny kręcony według wciąż tego samego schematu. Bawiłem się narracją i estetyką – mówi reżyser.

Już w drugim odcinku wprowadzony zostaje inny plan czasowy – Mosze Bernsztajn (Kacper Olszewski), żydowski chłopiec, którego widzimy w pierwszym odcinku, jest już dorosły. Do jego mieszkania w Tel Awiwie przychodzi ekspert z Yad Vashem. Osoba, która ocaliła go w czasie wojny, ma zostać Sprawiedliwym wśród Narodów Świata. Jeśli nie poczuł tego już wcześniej, to właśnie wtedy widz uzmysławia sobie, że losy bohaterów serialu są niepewne. Wielu z nich za dwa lata może już nie żyć. Zaczynamy widzieć w bohaterach duchy w technikolorze. – Kum Kaplica to archetypiczna postać. Już w pierwszej scenie grający go Arkadiusz Jakubik patrzy na zegarek. Wciąż mierzy czas. Ten czas, który im wszystkim pozostał – mówi Matuszyński.

Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę