W serialowej „Lalce” dostają wciry wszyscy ci, którzy dawno dostać powinni. Reżyser Paweł Maślona jest doskonale świadom, jak lekko i z sarkazmem taką potyczkę przeprowadzić. Dlatego sprawdzi się „Lalka” wszędzie tam, gdzie trwa poczucie absurdu, moralnego brudu i niesprawiedliwości dziejów. Chichot historii ma zatkane usta.
Załóżmy, że nie znam „Lalki” – ani książki, ani filmu nowego, ani starego, ani też dawnego serialu. Znam tylko ten serial, który właśnie wszedł na Netflixa. Nie mam oczekiwań, uprzedzeń ani przywilejów płynących z erudycji. Bez bonusów wychowania w domu z biblioteczką, państwowej edukacji, darmowych studiów.
O czym jest opowieść, jaką oglądam? Kim są ludzie, jakich widzę na ekranie? Światło sceny rozszerza się powoli. Dowiaduję się z każdym odcinkiem coraz więcej o postaciach, których dotąd nie znałam.
Serial „Lalka” Netflixa oglądany bez znajomości powieści Prusa ani filmu Wojciecha Hasa z 1977 roku
Oto dom, jeden z tych prestiżowych, do środka których chce się zajrzeć, a najlepiej jako gość proszonej kolacji. Mało kogo dostąpi taki zaszczyt, gdyż Państwo to snobstwo i dla takich jak my, czyli służby, są osobne schody. Historia opowiadana jest z perspektywy pokojówki Marianny (Maria Kania) właśnie zatrudnionej, choć referencje kupiła na targu. Widać dom nie jest tak porządny, jak by się wydawało.
Dziewczyna wpada w młyn: szorowania podłóg, odkurzania żyrandoli i czyszczenia sreber. Jakby była w wojsku, podlega żelaznej rutynie, w której dbać ma o panienkę, kiedy śniada, jak wstanie, a kiedy to nastanie, tego nigdy nie wiadomo, bo lubi pospać. Pończochy, gorsety, trzewiki – wszystko jest na miejscu, a rozpieszczone dziewczę ledwo powstaje z piernatów, gdyż dostało okres – na szczęście, bo już się martwiło, czy aby nie jest w ciąży. Widzimy bohaterkę najpierw po kawałku, wreszcie w całej krasie, oto Izabela Łęcka. W tej roli kusząca, kapryśna i krnąbrna Sandra Drzymalska.
Wokół niej roztacza się nieprzychylny pejzaż: ojciec alkoholik jest straceńczy, żałosny – Jacek Braciak gra go z uporem godnym lepszej sprawy. Nie powinien rządzić domem, bo majątek przegrywa w karty. Oddałby władzę kobietom, gdyby miał krztę rozumu, niestety żyje wystawnie i ślepo wspiera go partnerka Florentyna, doskonale głupia z miłości. W tej roli sztywna, odurzona iluzją, oddana mężczyźnie bezkresnie Julia Wyszyńska. Dom tych trojga idzie pod młotek, a jedynym kapitałem, który da się sprzedać, zostaje córka na wydaniu.
Wprawdzie do Warszawy dotarła już idea emancypacji, ale wciąż wydaje się to myśl ekscentryczna. Za odbiór porodu, podobnie jak za pomoc w aborcji, idzie się do więzienia. Czasopisma ilustrowanego „Bluszcz” dla kobiet nie ma za co wydawać, choć piszą doń Orzeszkowa, Konopnicka, Dąbrowska. Ambicje literackie Łęcka ma co najmniej takie, jak one, lecz jak każda początkująca autorka nie ma o czym pisać, bo jeszcze nic nie przeżyła. Czuć w powietrzu zapach przygody, tego, że panna z ikrą będzie chciała pisać i żyć awanturniczo jak bitnicy. Na razie trudno jej się wyrwać z roli towaru, za jaki uchodzi, postrzegana jako dobra partia. Nie ma gorszej rzeczy dla kobiety, jak być piękną, żywą i inteligentną, mieć apetyt, zamiast być tylko zjadaną. Izabela Łęcka w „Lalce” Maślony ma to coś, jest jakaś, chce czegoś i dlatego jej w życiu trudno. Wokulski okaże się dla niej inspiracją w tym, jak iść po swoje.
Nie dziwimy się jej, w końcu żyje w warunkach opresyjnych dla kobiet jako warstwy niższej, która jest bita, gwałcona, poniżana bez względu na to, z jak szlachetnym pracodawcą ma do czynienia. Dom publiczny niewiele różni się od rodowego – w obu wnętrza służą za scenografię wyobrażeń. Mało kto żyje tu naprawdę, a nie tylko w okrutnej fantazji.
Znamy dobrze takie opowieści w kostiumie i z biglem, gdzie cylinder idzie w parze z opium, a gloria arystokracji kompromitowana jest z prędkością światła (symbolem tego w „Lalce” jest hrabia Krzeszowski, komicznie zagrany przez Piotra Adamczyka). We współczesnym pojedynku z przeszłością szuka się satysfakcji na dziejowych zwycięzcach. Skoro nie dostrzegamy sprawiedliwości w świecie, w jakim żyjemy, szukamy go na ekranie w inscenizowanych historiach sprzed wieku.
Dostają więc wciry wszyscy ci, którzy dawno dostać powinni. Reżyser Paweł Maślona („Kos”, „Atak paniki”) jest doskonale świadom, jak lekko i z sarkazmem taką potyczkę przeprowadzić. Dlatego sprawdzi się „Lalka” wszędzie tam, gdzie trwa poczucie absurdu, moralnego brudu i niesprawiedliwości, która utwierdziła w poczuciu niższości tych, co raz kiedyś byli uznani za gorszych, oraz w poczuciu wyższości tych, co sprytem i wysiłkiem wyrwali się z biedy. Chichot historii ma zatkane usta. Wywodzisz się z klasy posiadającej, to się wstydź, bo twoi przodkowie dorobili się na pomiataniu innymi. Jesteś z chłopek, to twój czas, by odzyskać godność, oczyścić transgeneracyjną traumę. Nadal brak równości, ale teraz ubrana jest w nowy kostium. Zwrot ludowy zjada swoje dzieci.
„Lalka” Netflixa to udane połączenie światów „Marii Antoniny”, „Wichrowych Wzgórz” i „Peaky Blinders”
Walc, który w epickich filmach oznacza zwykle koło przeznaczenia – by przywołać kompozycję Nino Roty z „Ojca chrzestnego” czy Wojciecha Kilara z „Trędowatej” – dostaje tu mroczne brzmienie stworzone przez Baascha. Motyw przewodni z „Lalki” nie daje o sobie zapomnieć.
„Lalkę” ogląda się wspaniale, nawet mając nad innymi widzami przewagę znajomości lektury szkolnej. Książka Bolesława Prusa służy za ramę wielkiej piaskownicy, w której bawimy się tak, jak nam tylko się podoba, bo możemy, w końcu to nasz czas. To rozrywka najwyższej próby. Podobnie myślała Emerald Fennell w „Wichrowych Wzgórzach”, Sofia Coppola w „Marii Antoninie”, a już zdecydowanie nikogo nie dziwi taki zabieg w serialu: „Wielka”, „Cesarzowa Sisi” czy „Peaky Blinders”. Wprawdzie damy nie chodzą tu w trampkach, lecz w adekwatnych kostiumach, które ze znawstwem zaprojektowała Dorota Roqueplo, lecz to, co noszą, wygląda nowocześnie, choćby suknia od rąbka w górę barwiona kobaltem, w której Iza idzie się pokazać i sprawdzić, jakie oferty są jeszcze na rynku.
Widz pozostawiony z uczuciem niedosytu i gorzki morał ubrany w ton groteski
„Lalka” jest opowieścią o tym, że wszystko ma swoją cenę. Transakcyjna strona relacji wskazuje, że nawet trwając w toksycznej relacji, czerpie się korzyści. Gdy zyski się kończą, więdną więzy między ludźmi, suche można zerwać i iść dalej. Konkury o czyjąś rękę przypominają wyścigi konne – stawiając na faworyta, niewiele się wygra, gdy dobiegnie pierwszy. Wcale nie przynosi szczęścia kalkulacja w sercowej materii. Ryzyko matrymonialne daje przynajmniej dreszczyk emocji. Być może dlatego czarny koń wyścigu Stanisław Wokulski ma nieoczekiwane szanse. Tomasz Schuchardt gra go z właściwą sobie mieszanką ciepła i grozy. Jak daleko się posunie w pogoni za króliczkiem? Można obstawiać. – Gdyby on tyle energii, tyle sił włożył w co innego, nie w Łęcką, to w każdej z dziedzin osiągnąłby szczyt – mówi o nim przyjaciel Ignacy Rzecki (Dariusz Chojnacki), który zamiast mentorem jest mu czułym wsparciem.
Polski Gatsby ukrywa swoją desperację, wie, że nie zaimponuje Łęckim swoją posiadłością i bogactwem, stopniowo więc uzależnia ich od siebie. Pewny siebie w biznesie, jest skrajnie nieśmiały w sprawach serca. Izabela błyskawicznie to wyczuwa i zdaje się wykorzystywać jego słabe punkty, robi to dla rozkoszy manipulacji, jakby to były „Niebezpieczne związki”. Jednak nie są, a pannę, która tylko blefuje, czeka smutny los.
Romantyczna miłość również jest zbankrutowana. To tylko przykrywka dla desperacji, z jaką ludzie lgną do siebie, by nie zostać sami. Kapitalizm zżera resztki złudzeń. Kto podpiera ściany na balu, traci na wartości, a czyj karnecik pęka w szwach, idzie w górę na towarzyskiej giełdzie. Cynizm przeliczania uczuć na dobra materialne najbardziej dotyka kobiet – to ich data przydatności do spożycia kończy się najszybciej. Łęcka dostrzega to tak szybko, jak tylko przestają ją bawić intrygi i plotki. Nie ma przyjaciółek, ma tylko kochanka Starskiego – ładnego, gładkiego, nieszkodliwego (Piotr Pacek). Takiego mężczyznę powinna mieć przy sobie każda kobieta. Ważniejsza jednak okazuje się klasowa solidarność, jaką zawiązują Marianna i Ignacy, dwoje „wspieraczy”, przeoczonych przez głównych graczy. Namiętność istnieje, jeśli tylko w pełni otworzyć się na drugiego i pogodzić z tym, że tak samo jak my nie jest ideałem.
Wizja, jaką rysuje „Lalka”, nie jest tylko pesymistyczna. Ratuje ją humor, czasami dość wisielczy, lecz jednak ubierający dramat w ton groteski. Choćby Wąsowska (Magdalena Cielecka) to charyzmatyczna posiadaczka wolności. W „Lalce” Hasa grała ją Kalina Jędrusik. Emploi aktorki miało znaczenie. To ekscentryczna dojrzała kobieta, jaką być może Łęcka kiedyś będzie, jeśli dokona w życiu trafnych wyborów. Gdyby chciała iść w ślady Wąsowskiej, znalazłaby sobie faceta, który ma „i jaja, i plecy”. Nie dałaby się uwieść ani romantycznej wizji o dwóch połówkach jabłka, ani o macierzyństwie jako ostatecznym spełnieniu. Wąsowska mówi o sobie, że „na wszelki wypadek nie rodziła”, i być może to stanie się też udziałem Izy, tego nie wiemy.
Serial „Lalka” zasługuje na kontynuację, choć twórcy deklarują, że jej nie będzie. Sześć odcinków zawiera decyzje fabularne oddalające historię od znanej książki i innych ekranizacji, również nowej kinowej. Losy postaci pozostają otwarte i kibicuje się im, gdy znikają na horyzoncie, a my stoimy nadal w tumanach kurzu w dzisiejszej Warszawie, wcale nie tak innej niż ta ze sklepem bławatnym Wokulskiego. Jak to się stało, że świat wcale tak bardzo się nie zmienił. Zwłaszcza dla kobiet?

Zaloguj się, aby zostawić komentarz.