Znaleziono 0 artykułów
19.05.2020

Mariusz Szczygieł: Wrażeniologia praska

Obiekt psychofana - dom kubistyczny (Fot. Filip Springer)

Reporter, niezrównany gawędziarz, laureat Europejskiej Nagrody Książkowej za „Gottland” oraz Nagrody Literackiej NIKE za „Nie ma”, pasjonat czeskiej kultury i języka, opowiada nam o 20 latach porywającego związku z miastem. Na rynek trafia właśnie „Osobisty przewodnik po Pradze” Mariusza Szczygła.

Przeczuwałam, że to w końcu nastąpi! Oto najpopularniejszy polski reportażysta napisał książkę o swojej wieloletniej miłości. Dla niepoznaki nazwał ją przewodnikiem. Zapomnijcie o „Złotej Pradze” i atrakcjach dla szybkobieżnych turystów. Autor „Osobistego przewodnika” przeszłość i teraźniejszość czeskiej stolicy splata z własną historią intymnego z nią pożycia. Wnika pod skórę imponującej metropolii, nie bojąc się obrazków dalekich od podróżniczych folderów. Zagląda do klubów erotycznych i do kościołów, rozmawia z taksówkarzem i projektantką mody, bada czeski charakter narodowy i pozwala Polakom przejrzeć się w Czechach. Karmi sycącymi knedlikami i wyrafinowaną sztuką, a wszystko podlewa humorem i szczyptą refleksji. Jeśli w czasie przymusowego pandemicznego udomowienia zatęsknicie za podróżami, choćby w wyobraźni, sięgnijcie po niestandardowy Szczygłowy bedeker po Pradze osobistej, wzbogacony o równie nieoczywiste fotografie Filipa Springera.

Zacznijmy od tego, że Epoka Pragi w życiu Szczygła zaczęła się dwie dekady temu, kiedy przyjechał nad Wełtawę, by zrobić wywiad z czeską diwą piosenki, Heleną Vondráčkovą. Okres praski Szczygła zaowocował licznymi reportażami i książkami: „Gottland”, „Zrób sobie raj”, „Láska nebeská”.

Choć deklarujesz, że jesteś niewierzący, można mieć wrażenie, że do Pragi i do Czech poprowadził cię – przywoływany czasem przez autorów prozy non-fiction – Bóg reporterów.

Może ściągnął mnie do Pragi Bóg reporterów, a może wysłała mnie tam moja podświadomość. W tamtym czasie byłem nieprawdopodobnie umęczony pięcioma latami prowadzenia talk-show „Na każdy temat”. Przez telewizję przestałem pisać, brakowało mi tego i nagle coś pchnęło mnie do Pragi. Ruszyłem z cichą nadzieją na odmianę.

Uciekłeś do Pragi przed fanami i brakiem anonimowości?

Też. Ale jest jeszcze coś. Miałem 33 lata i – będziesz się śmiała – to był mój pierwszy samodzielny wyjazd za granicę! Wcześniej wiele razy byłem np. we Włoszech, ale nigdy sam, bez znajomych. Uświadomiłem to sobie dopiero, kiedy zapytałaś o Boga reporterów. Gdy myślę o praskim „pierwszym razie”, widzę siebie stojącego na Alei Narodowej przed wejściem na Most Legii, przy kawiarni Slavia. Towarzyszy mi upajające poczucie wolności! Wzmocnione tym, że nikt mnie nie rozpoznaje i jestem całkowicie swobodny. Dwa miesiące później zapowiedziałem w Polsacie, że za rok odchodzę. Zrozumiałem, że to koniec pewnego etapu, Praga pomogła mi podjąć decyzję.

Przez następne lata Praga bardzo się zmieniła. Nie masz poczucia, że jest dziś zupełnie innym miejscem?

Mam. Miasto się sprofesjonalizowało, jeśli chodzi o obsługę turystów. Trochę tak, jakby fajna kobieta w typie ciotki robiła obiady domowe i każdy, kto miał ochotę, wpadał do tej pani Krysi, zostawiał jakąś sumkę albo nie, a po 20 latach to już nie są „obiady domowe”, tylko restauracja Cristina. Tam się chodzi, tam się zostawia napiwek, a kelnerzy, których Krystyna zatrudniła, jeszcze robią przy tym swoje interesy.

Pamiętasz swoje uniesienia praskiego neofity?

Na początku mojej relacji z Pragą zdziwieniom nie było końca! Na Václavskim náměstí przysiadły się do mnie kiedyś panie o wyglądzie bibliotekarek – jedna dość młoda, druga mocno starsza. Spytały skąd jestem i co robię później, bo zapraszają mnie do siebie na wódkę. Gdybym powiedział, że jestem z Włoch, pewnie by mówiły, że na wino. Zaimponowały mi! To były sytuacje, z którymi nigdy wcześniej nie spotkałem się w Polsce i które wciąż wydają mi się u nas niemożliwe. Kolejnego odkrycia dokonałem, kiedy zacząłem przyjeżdżać do Pragi regularnie, jak do duchowego sanatorium i weekendami pomieszkiwałem na Pankrácu. Któregoś dnia zobaczyłem ogłoszenie. Klub erotyczny zapraszał na „grupáč”, czyli seks zbiorowy. To było jedno z pierwszych czeskich słów, które poznałem. Nie mogłem uwierzyć, że to ogłoszenie wisi ot tak sobie, na widoku! Jeszcze dziwniej zrobiło się, kiedy wiedziony reporterską ciekawością poszedłem sprawdzić, gdzie to się odbywa. Okazało się, że sex-club mieścił się w budynku administracji osiedlowej. W ciągu tygodnia na parterze ludzie płacili czynsz, a w sobotę wieczorem, w piwnicy, odbywały się „seanse”.

Mariusz Szczygieł (Fot. Tomasz Krupa)

Czyli zafascynowały cię odmienności kulturowe i obyczajowa otwartość.

Ale także bezpretensjonalność tego wszystkiego. Brak naszego „zastaw się, a postaw się”, „szlachectwo zobowiązuje” itp. W Polsce panowała już wówczas zaawansowana nieufność, którą badał w swojej diagnozie społecznej prof. Janusz Czapiński. Tymczasem, kiedy zacząłem pisać reportaże o Czechach, okazało się, że wszystkich wymarzonych rozmówców mogę tam znaleźć w książce telefonicznej. Przy domofonach nadal wypisane są nazwiska właścicieli mieszkań. I nikomu to nie przeszkadza! To było kolejnym kamyczkiem do mojego reporterskiego ogródka.

Latarnia samobójców (Fot. Filip Springer)

Dziwny ten twój przewodnik. Niby w nim doradzasz, ale jednocześnie często – odradzasz. Czy dlatego, że szaleństwo masowej turystyki odmieniło Pragę, a to, co było „osobiste”, nagle stało się dostępne dla wszystkich? Jesteś o Pragę zazdrosny?

Z jednej strony, muszę być trochę uczciwy wobec czytelników i powiedzieć, że fascynujące mnie miejsca wciąż istnieją, ale też ostrzec ich, że są już zadeptywane przez turystów albo zaraz będą. A dlaczego powiedziałem „trochę uczciwy”? Bo jednocześnie są miejsca, które nadal zachowuję tylko dla siebie. Albo dla tych, którzy je sami odkryją. Tak właśnie należy chodzić po Pradze: wypuścić się bez planu, a nawet bez przewodnika Szczygła i dać się czymś zaskoczyć. W książce podkreślam, że jest ona nie tylko przewodnikiem miejskim, lecz także opowieścią o miłości do miasta.

Oraz do sztuki i architektury, którym poświęciłeś sporo miejsca. Kiedy ktoś w Pradze pójdzie do muzeum w Domu pod Czarną Matką Bożą, przekona się, że w Czechach wszystko może być kubistyczne – od maleńkiego kieliszeczka po fasadę wielkiego budynku. Od tej wizyty zacząłeś swoje studia nad czeską architekturą kubistyczną?

Najpierw zobaczyłem w centrum Pragi domy, jakich nie ma w Warszawie. Natychmiast poszedłem do biblioteki miejskiej i znalazłem wspaniałą monografię albumową z 1998 r. pt. „Česká architektonická avantgarda”. Chciałem ją kupić, ale dawno zniknęła z księgarni. Jeden z pierwszych telefonów po czesku wykonałem więc do wydawnictwa „Prostor”, z pytaniem o tę książkę. Powiedzieli, że mają ostatni egzemplarz, ale ponieważ jestem pierwszym dziennikarzem z Polski, który do nich zadzwonił, to mi ją sprezentują. Mam ją do dziś na półce z „żelazną rezerwą” – to książki, których nie pożyczam nikomu. Przeczytam ci motto, są to słowa pewnego czeskiego architekta: „Konstruktywiści zbudowali trwały fundament, by tworzyć architekturę na miarę człowieka, ale zapomnieli, że człowiek nie tylko pracuje, ale też śpiewa”. Architekturą zainteresowałem się właśnie dlatego, że tworząc reportaże, zawsze wyobrażam sobie swoje teksty jako utwory muzyczne albo budowle. „Gottland” ma sześć dużych rozdziałów, a między nimi – krótkie łączniki po kilka zdań. Jest jak funkcjonalistyczna budowla, a te małe rozdziały można traktować jako korytarze między salami albo balkony, które wystają z fasady. Architekturę odbieram cieleśnie. Kiedy jadąc tramwajem, zobaczyłem rondo-kubistyczny [kanciaste formy wzbogacone o walce i okręgi – przyp. A.S.] pałac Archa, natychmiast musiałem wysiąść, cofnąć się o przystanek i tam wejść. To było tak, jakbym zauważył deser na wystawie cukierni i nie potrafił mu się oprzeć, mimo że jeszcze nie jadłem obiadu.

Na okładce przewodnika też architektura. Modernistyczna Müllerova vila z 1930 r., o której pisałeś już w „Nie ma”.

Myślę, że każda kobieta, która przeczyta przewodnik, ucieszy się, że pani Milada Müllerova, która wraz z mężem była właścicielką tego domu, dostała od architekta Adolfa Loosa wyjątkowy prezent niespodziankę. Zaprojektował jej na dachu prysznic, by mogła korzystać z niego podczas opalania. Stojąc nago pod strumieniem wody, widziała wszystkich wokół, ale jej nie widział nikt.

Dla mnie ten taras na dachu jest metaforą czeskiego podejścia do świata. Znaleźć miejsce, w którym umościmy się jak w naszej czeskiej kotlince i będziemy mogli obserwować świat. A świat nie będzie miał do nas dostępu, dopóki mu na to nie pozwolimy. I teraz jedno wyjaśnienie: jeżeli będzie czytał to ktoś, kto też się interesuje Czechami i Pragą, może się ze mną nie zgodzić w każdym punkcie, bo ja tu po prostu mówię o swoich wrażeniach. Jestem wielkim wielbicielem wrażeniologii. Mój przyjaciel, dziennikarz Petr Vavrouška, robił ze mną wywiad i nagle stwierdził: „Vy používáte dojmologie, vy jste dojmolog”. „Dojem” to właśnie wrażenie. Zrozumiałem wtedy, że używam wrażeniologii i jestem wrażeniologiem. Fakty ciągle się zmieniają, pamięć jest labilna, a prawda jest tylko punktem widzenia świata. Zostają wrażenia.

Praga, styczeń 2020 (Fot. Filip Springer)

Mam poczucie, że w Polsce często patrzymy na Czechów i Pragę bardzo powierzchownie. Zmęczeni naszą bogoojczyźnianą histerią lubimy ich humor, dystans, przekłuwanie baloników z patosem. Ty natomiast, jesteś osobą, która potrafi dotrzeć głębiej, do mroku, który kryje się pod tym ciepłem i spokojem.

Kiedy opisywałem Žižkov, zastanawiałem się nawet nad tym, czy część publiczności polskiej nie będzie zawiedziona. Ludzie znają głównie Zlatą Prahę, a ja piszę o starym torze kolejowym przerobionym na ścieżkę dla pieszych i rowerów. To taki žižkovski „High Line”, ale bez atrakcji, jakie ma ten w Nowym Jorku. Tu nic nie usiłuje się podobać. Ale jeśli się tam wejdzie, to będziemy mieli uczucie, że wchodzimy pod skórę Pragi. Możemy poczuć się jak badacze niereprezentacyjnej twarzy miasta, jakbyśmy się dostali do wnętrza jakiegoś organizmu.

Może trzeba powiedzieć, że w Pradze każda dzielnica jest trochę osobnym miastem. My, w Warszawie, dopiero się tego uczymy, tam to jest naturalne, bo do Pragi przez dziesięciolecia przyłączane były kolejne miasteczka. Każde ma swój rynek, lokalne knajpy, swoje życie.

Najwięcej miasteczek przyłączano pod koniec XIX w., a Žižkov w latach 20. XX w., po odzyskaniu niepodległości. Moja przyjaciółka, aktorka, świętej pamięci Zosia Czerwińska, kiedy tam trafiliśmy, od razu powiedziała: „Słuchaj, a to jest taka dzielnica second-hand, prawda?”.

Lubię žižkovski bałagan, bo ja jestem i francuski piesek, i kundelek. Francuski piesek z Ořechovki, gdzie są przedwojenne drogie wille i mieszka moja tłumaczka, leciwa dama Helena Stachová, ale czasami biegnę na Žižkov, żeby zamienić się w kundelka. Albo odwrotnie. Lubię i tak, i tak. A przy tym jeszcze, z Žižkovem sąsiadują Vinohrady, które momentami bardziej przypominają Paryż. Mansardy, bulwary, hipsterskie kawiarnie. Drogo i mieszka tam towarzystwo „ą, ę”, co po czesku nazywa się „hogo fogo”. Ale jak schodzi się niżej, bo Praga leży na wzgórzach, to mamy swojski Žižkov. Jest kilka Prag i to zderzenie światów też jest wspaniałe.

Wkurzacz czeski (Fot. Filip Springer)

Jeśli chodzi o zderzenie światów. Co wybierasz z praskiej gastronomii: hospody czy kavárny? Jedne i drugie są częścią miejscowej obyczajowości. Gospody z piwem, np. „u Zlatého tygra”, gdzie chadzał Hrabal. I kawiarnie – fenomen tutejszego życia, polityki, literatury, wywiedziony z tradycji Austro-Węgier.

Kawiarnie uwielbiam, tam się czuję najlepiej, a w gospodach umiem się zachować. Bywają też miejsca, jak Kavárna Mlýnská na wyspie Kampa na Wełtawie, która może być traktowana jako kawiarnia i jako gospoda. Serwuje nakládaný hermelín, czyli marynowany ser typu brie, i piwo, a jednocześnie oferuje bardzo dobrą kawę parzoną na różne sposoby oraz ciastka. Do tego mają unikalną ladę barową. Przy tym barze można się zalać, ale ten bar też jest zalany. Przezroczystą żywicą. Rzeźbiarz David Černý zatopił w niej różne przedmioty zebrane od znajomych, klientów kawiarni i znalezione wokół. Między innymi dowody osobiste i zużyte prezerwatywy, żeby nie było za elegancko. Ten bar jest cudny i choćby dla niego warto tam wpaść.

Skoro mówimy o Kampie, chciałabym odwiedzić z tobą jeszcze jedno szczególne miejsce, prywatne Muzeum Kampa. Jest z nim związana pewna charyzmatyczna kobieta. Celowo pomijam wybitnych panów, o których przeczytamy w książce, bo wszyscy wiedzą, że Praga to Kafka, Hrabal, Hašek, Havel. Bardzo męskie towarzystwo, więc dla przeciwwagi opowiedz o czeskiej MM.

To nie Marilyn Monroe, ale Meda Mládková, która z Ameryki wróciła po latach do rodzinnych Czech. Ma 101 lat i mieszka obok swojego muzeum. Przed wojną była tancerką w Wiedniu, potem robiła międzynarodową karierę jako dziennikarka, marszandka i kolekcjonerka sztuki. Wspierała czeskich kubistów: malarza Františka Kupkę i rzeźbiarza Otto Guttfreunda. Z nią jest związane jedno z moich praskich olśnień. Czesi sami o sobie mówią często negatywnie, cytuję w przewodniku np. Jiřego Grušę, autora książki „Czechy. Instrukcja obsługi”, który mówi: „Wspinanie i wzloty są u nas karane”. Tymczasem, kiedy w październiku odwiedziłem Muzeum Kampa, zobaczyłem drzwi obklejone setkami karteczek z życzeniami na setne urodziny pani Medy. Obcy ludzie dziękowali jej za muzeum, za to, że kupiła dzieła wybitnych czeskich artystów i podarowała Czechom swoją kolekcję. Wzruszyła mnie miłość do tej kobiety, wyrażana tak spontanicznie przez zdystansowanych z natury Czechów.

Kiedyś powiedziałeś przyjaciółce, Juliannie Jonek-Springer, redaktorce naczelnej wydawnictwa Dowody na Istnienie, że „wszyscy jesteśmy dla siebie etapami”. Czy tak samo powiesz o ukochanych miastach? Czy epoka Pragi w twoim życiu mija? Porzucisz ją dla Budapesztu czy Nowego Jorku, z którymi też się polubiliście?

Nie porzucę Pragi. Może bym to zrobił, gdyby nie to, że ciągle coś nowego tam dla siebie odkrywam. I ciągle o niej piszę! Tego żąda ode mnie publiczność, znajomi i przyjaciele. Znam wielu autorów piszących o Czechach, ale nie powstało dotąd to, co bym chciał, żeby powstało. Musiałem napisać swoją książkę. Byłem ją Pradze winny. Teraz czuję, że mógłbym brać się za drugi tom, bo nie opisałem jeszcze wielu miejsc, które na to zasługują. „Osobisty przewodnik” to może nie jest specjalnie głęboka książka, ale dobra na te czasy, dająca wytchnienie. Pracując nad nią, starałem się pewne rzeczy nazwać, domknąć, właśnie przez to, że nie mogę teraz pojechać do mojego „sanatorium” i sprawdzić czegoś na miejscu. Spostrzeżenia, które mam w głowie, starałem się więc zawrzeć w kilku zgrabnych zdaniach. Zatopić mieniące się skrzydełka pięknego owada w żywicy od Davida Černeho. Mam nadzieję, że to właśnie się stało w tej książce, z pożytkiem dla przyjemności czytelniczek i czytelników.

Mariusz Szczygieł "Osobisty przewodnik po Pradze" (Fot. materiały prasowe)

*„Osobisty przewodnik po Pradze” Mariusza Szczygła z fotografiami Filipa Springera ukaże 26 maja 2020 r. w wydawnictwie Dowody na Istnienie

 

Anna Sańczuk
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę