Znaleziono 0 artykułów
15.03.2019

Narodziny gwiazdy: Philippe Tłokiński

Philippe Tłokiński (Fot. PIOTR KAMIONKA/REPORTER/ EastNews)

Urodził się we Francji, wychował w Szwajcarii, pracuje w Polsce. Rolę Kuriera z Warszawy dał mu Władysław Pasikowski. – Jan Nowak-Jeziorański nie jest w filmie pokazany jako nieskazitelny superbohater, tylko zwykły człowiek – mówi Philippe Tłokiński, którego „Kuriera” zobaczymy w kinach już dziś.

Prosi, żebyśmy na wywiad spotkali się nie w kawiarni, tylko u niego w domu. – Mam małą suczkę, nie chcę zostawiać jej samej – tłumaczy. Gdy przekraczam próg mieszkania, to właśnie Saga wita mnie jako pierwsza. – Kiedy ją zaadaptowałem, przyszło mi do głowy słowo „mądrość”, czyli po francusku „sagacité” – tłumaczy. – Mój najlepszy przyjaciel, iluzjonista Josyn, udowodnił mi jednak, że uległem sugestii. W kuchni stało u mnie gigantyczne opakowanie herbaty Saga – śmieje się.

Philippe Tłokiński (Fot. PIOTR KAMIONKA/REPORTER/ EastNews)

Z Josynem poznali się na planie filmu, który… nigdy nie powstał. Plan nie należał do najlepiej zorganizowanych, więc czasu na rozmowy mieli sporo. – On wciągnął mnie w świat iluzji, ja dużo opowiadałem o aktorstwie. Zakumplowaliśmy się do tego stopnia, że mieliśmy nawet razem współtworzyć mentalistyczne przedstawienie – opowiada. Nie zdążyli dać ani jednego show, bo Tłokiński dostał rolę w „Kurierze” Władysława Pasikowskiego. – Niewykluczone, że jeszcze do tego wrócimy – zapowiada.

Casting na rolę Jana Nowaka-Jeziorańskiego był jednym z najgłośniejszych w Polsce. Mówi się, że brali w nim udział wszyscy – od Józefa Pawłowskiego i Dawida Ogrodnika, przez Tomasza Schuchardta, aż po Marcina Dorocińskiego. – To, że rola przypadła mnie, wcale nie oznacza, że jestem najlepszy. Postać czasami jest komuś pisana. Mam znajomych, którzy byli lepszymi aktorami niż ja, ale nie dostali się do szkoły aktorskiej, bo nie zdają najlepsi, tylko ci, co mieli szczęście danego dnia, dobre flow – mówi skromnie. – To działa w dwie strony. Gdy nie dostanę roli, to wtedy uważam, że nie jestem najgorszy.

Phillippe ze swoim psem (Fot. Instagram)

O przypadku mowy jednak być nie może. Produkcja musiała wiedzieć, co robi, zatrudniając aktora jeszcze nieogranego, którego nie oglądamy na okładkach kolorowych magazynów ani na billboardach. Żartuje, że musiał dostać punkty za obywatelstwo. – Informacja o tym, że mam rolę, przyszła do mnie parę dni po tym, jak zameldowałem się w Warszawie. To musiała być nagroda za to, że zdecydowałem się płacić podatki w Polsce – śmieje się.

Plakat filmu „Kurier” (Fot. materiały prasowe)

Meldunek nie oznacza, że zerwał ze Szwajcarią, gdzie wychował się w Genewie, ani z Francją, gdzie w Bois-Bernard przyszedł na świat. To tam osiadł jego ojciec, słynny piłkarz Mirosław Tłokiński, w 1984 roku, na rok przed narodzinami syna. Zachęcał Philippe’a do pójścia w swoje ślady. – Raz powiedziałem: „Tata, będę piłkarzem tak jak ty”, ale bez przekonania. Dopiero kiedy odkryłem teatr, poczułem, co to jest ta pasja, którą ojciec próbował mnie zarazić – wspomina. Rozwijał ją w szkole aktorskiej i na deskach teatrów. – W „Kurierze” jest mnóstwo monologów. Nie wiem, jak bym sobie z nimi poradził bez doświadczenie scenicznego. Francuski teatr okazał się dla niego za ciasny. – Tam się uważa, że aktor teatralny nie jest aktorem filmowym, aktor serialowy to w ogóle nie aktor, a w reklamach grają statyści. W Polsce rynek jest ciekawszy. Tak jak w Wielkiej Brytanii, można poruszać się na różnych polach – tłumaczy.

Kadr z filmu (Fot. Bartosz Mrozowski)

Nad Wisłę przyjechał, żeby spróbować sił w kinie i w telewizji. – Planowałem zostać dwa tygodnie, bo dostałem rolę w serialu. Po drodze pojawił się Teatr Komedia, co wydłużyło mój pobyt. Potem wygrałem casting do roli w „Nocy Walpurgii” Marcina Bortkiewicza i zrobił się z tego rok. Cały czas kursowałem wtedy między Polską a Francją i Szwajcarią, gdzie wciąż grałem. Żyłem na walizkach, ale rozwijałem się w ekspresowym tempie – podsumowuje. Najwięcej możliwości dało mu polskie kino.

Moja krew

We Francji przed kamerą pojawiałem się rzadko, przede wszystkim wtedy, gdy trzeba było zagrać obcokrajowca – tłumaczy. Chociaż mówi perfekcyjnie po francusku, musiał grać Holendrów i Węgrów. I naśladować ich akcenty. W tym jest akurat dobry, bo dźwięki języka to jego konik od najmłodszych lat. Zaczął się nimi bardziej interesować, gdy jego szwajcarscy koledzy na wakacje jeździli na Wyspy Kanaryjskie, a on z rodzicami nad Bałtyk. – Najpierw spędzaliśmy czas u rodziny w Trójmieście, a potem tydzień na Mazurach. Kiedy rozmawiałem po polsku, cały czas zaciągałem z francuska. Denerwowało mnie to, zacząłem intensywnie pracować nad pozbyciem się naleciałości – tłumaczy zainteresowanie dykcją.

Dziś mówi płynnie po polsku, francusku, angielsku i włosku. Ten ostatni język szlifował ze starszą o osiem lat siostrą nawet na… mszach w Szwajcarii. – Włoski kościół był w pobliżu domu rodziców, a odprawiane tam nabożeństwa były konkretne i krótkie, więc często wybieraliśmy je zamiast tych w polskim kościele – śmieje się aktor. Poliglotyzm przydał mu się też zresztą do roli u Pasikowskiego, bo Jeziorański mówił w kilku językach. – Tylko niemieckich dialogów musiałem się nauczyć „na małpę”, resztę mogłem swobodnie modyfikować – mówi.

Film okazał się wymagający dla ciała. Zostały mu po nim pamiątki – blizny, które z dumą mi pokazuje. – Jest w filmie scena, gdy upadam przed nadlatującym samolotem. Kręciliśmy kilkanaście dubli. To był bieg po betonie, w trakcie którego trzeba było wiarygodnie upaść. Za którymś razem moje ręce nie były w stanie zamortyzować upadku i głowa odbiła się od ziemi – wspomina. Efekt? Dziura w brodzie. – Zęby uratowałem, bo szczęka była napięta, ale zarost już mi chyba w tym miejscu nie wyrośnie – śmieje się.

Kadr z filmu (Fot. Bartosz Mrozowski)

W innej scenie Krzysztof Ogonek strzela mu prosto w potylicę z bardzo bliskiej odległości. – Pistolet był zaślepiony, naładowany śrubką. Jakimś cudem jednak lufa spotkała się z moją głową. Kiedy leżałem na ziemi, podszedł ktoś z planu. Mówię: „Macie jakąś chusteczkę?”. „Tak, tak, zaraz make up się tym zajmie”. „Ale ja mam tutaj krew”. „No mówię, że make up się tym zajmie”. „Ale to jest moja krew…”. On wtedy pomyślał, że cała ta czerwona ciecz pochodzi z mojego ciała i go zamurowało. Rzeczywiście krwawiłem, ale w większości to był jednak ten sztuczny syrop – wspomina Tłokiński.

Z postaci Jeziorańskiego nie miał kiedy się otrząsnąć, bo praktycznie od razu musiał stać się Stanisławem Ulamem, którego zagrał w międzynarodowej koprodukcji w Niemczech. Zdjęcia się zazębiały, a młody aktor przekonał się, co to znaczy tracić własny charakter na rzecz postaci. – Przestałem się odzywać do ludzi, spadła mi energia, nie rozmawiałem z rodzicami, wyglądałem jak zombie. Po zakończeniu zdjęć musiałem się z nimi oboma fizycznie rozstać. Wszedłem pod prysznic, wziąłem mydło i zacząłem szorować ciało, jakbym chciał zrzucić z siebie ich skórę. Naprawdę miałem wrażenie, że tak się właśnie dzieje – wspomina.

Kultura osobista

Rozstanie może nie być jednak takie proste, bo „Kurier” jeszcze przed premierą wzbudza kontrowersje ze względu na wciągnięcie tematu Powstania Warszawskiego w polityczną przepychankę. – Staram się nie wchodzić w takiego rodzaju dyskusje ze względu na moje wychowanie w Szwajcarii, gdzie wszelkiego typu spory polityczne są zniwelowane. Nie znasz prezydenta Szwajcarii, bo jest ich siedmiu, reprezentują każdą partię, mają obowiązek się dogadać. Polski spór w temacie Powstania był mi obcy – zapewnia.

Podkreśla jednocześnie, że nacisków nie odczuł z żadnej ze stron politycznej barykady, choć sam Pasikowski ze swoim poglądem na sprawę nie krył się na planie. – Mówił nam wprost, że Powstanie było potrzebne, żeby mieć argument po wojnie na zwrot Polski od Rosji. Gdyby tej walki nie było, wtedy mogliśmy usłyszeć: „Przecież się poddaliście” – opowiada aktor. Sam nie chce oceniać decyzji o wybuchu Powstania. – Kim ja jestem, żeby to robić? Dziś myślę, że postąpiłbym inaczej niż tamci ludzie, ale czy wtedy też tak bym myślał? Nie jesteśmy w stanie wejść w umysł naszych przodków. Podczas szkoleń w Muzeum Powstania Warszawskiego ani razu nie słyszałem, że Powstanie było dobrą decyzją. Sami dyrektorowie określają decyzję o nim jako reakcję na sytuację bez wyjścia, w filmie jest to przedstawione tak samo. Dla mnie najważniejsze było, że Jeziorański nie został pokazany jako nieskazitelny superbohater, tylko zwykły człowiek, który łamie rękę, kiedy skacze ze spadochronem, a gdy przychodzi mu jechać na rowerze, wychodzi na jaw wstydliwy sekret, że nie umie. Ten ludzki aspekt był dla mnie najważniejszy – deklaruje.

Na premierze „Kuriera” (Fot. Agnieszka Śnieżko/East News)

Choć sam na rowerze jeździć umie, to z Jeziorańskim ma kilka cech wspólnych, z czego szczególną jest dobre wychowanie. Przepuszcza mnie w drzwiach, odsuwa krzesło, donosi napoje. Widać, że maniery przywiózł z zagranicy. – W Polsce czasami ktoś odbiera je jako snobizm, ale nie zgadzam się z opinią, że Szwajcarzy i Francuzi są lepiej wychowani od Polaków. Nad Wisłą na pewno wciąż jest duży problem z kulturą za kierownicą. W Szwajcarii nawet jak przejdę na czerwonym świetle, to samochody się zatrzymują, bo pieszy jest królem. Nie mogę się przyzwyczaić do tego, że tutaj pieszy ma przyspieszać, bo auto jedzie – mówi. Raz nawet zgłosił sprawę na policję, kiedy samochód na pasach o mało nie potrącił jego siostry. Nic z tego jednak nie wyniknęło, bo kamera nie zarejestrowała zajścia.

Mimo trudnej sytuacji na drodze współczesna Polska bardzo mu się podoba. – W Warszawie ludzie dobrze wyglądają, dobrze się zachowują. Jesteśmy żywi, uśmiechnięci, organiczni. To można zobaczyć, kiedy patrzy się z boku. Nigdzie nie ma takich imprez jak u nas, ale nie w znaczeniu balang czy popijaw, tylko wspólnego czasu, jak w święta. Uwielbiam tradycyjne polskie Wigilie i Wielkienoce, żadne inne nie mają takiego klimatu – deklaruje.

To spojrzenie z zewnątrz widać też w „Kurierze”, w którym gra Tłokińskiego wyróżnia się na tle innych aktorów. Ma delikatniejszy uśmiech, ale bardziej szarmanckie podejście. Te małe gesty nadają jemu i jego bohaterowi światowy sznyt. Jego Jeziorański jest kosmopolityczny, otwarty, chłonny. To bohater na miarę naszych trudnych czasów.

Artur Zaborski
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę