Znaleziono 0 artykułów
07.11.2018

5 najlepszych płyt listopada

Katarzyna Nosowska, „Basta” (Kayax) 

W tym miesiącu słuchamy bezkompromisowej Kasi Nosowskiej, rozmarzonego Tęskno, swingującego Matta Duska, funkowego Jungle i mistycznego Dead Can Dance.

Katarzyna Nosowska, „Basta” (Kayax) 

Katarzyna Nosowska (Fot. Marlena Bielińska)

Nie od dziś wiadomo, że Katarzyna Nosowska jest wielką artystką. Udowodniła to wielokrotnie świetnymi płytami formacji Hey i własnymi solowymi. Ostatnio o Kaśce jest bardzo głośno. Zawiesza Hey, bawi się Instagramem, wydaje książkę „A ja żem jej powiedziała”, która natychmiast staje się bestselerem, udziela mnóstwa szczerych wywiadów. No i wypuszcza na świat rewelacyjną płytę „Basta”, która zaskakuje, zadziwia i szokuje. To płyta bezkompromisowa, szczera i brutalna. Nosowska tym razem nie śpiewając, a krzycząc, melodeklamując, „rapując”, z towarzyszeniem surowych bitów autorstwa Michała Foxa Króla, dzieli się z nami bolesnymi doświadczeniami z własnego życia i wnikliwą obserwacją współczesnej, niewesołej rzeczywistości. Są tu i przemoc domowa, problem alkoholowy, showbiznes, powidoki z dzieciństwa i relacji z rodzicami, lęk, frustracja, gniew i mocna autorefleksja. Nie ma tu miejsca na zawiłe metafory i słowne ornamenty. Komunikaty są krótkie, bezpośrednie, lapidarne wręcz. I trafiają celnie w każdy bolesny punkt.  A przy okazji „Basta” jest piekielnie przebojowa, dowcipna i, oczywiście, inteligentna. Mam dalekie skojarzenia z wczesną Missy Elliot. Nasuwa mi się też trudne do zwerbalizowania powinowactwo z południowoafrykańskim duetem Die Antwoord. Właśnie z racji bezkompromisowości i stylistycznej brutalności w opisywaniu rzeczywistości. Tą płytą Nosowska wali między oczy. „Basta” to płyta wybitna. Marii Peszek nie będzie łatwo jej przebić. 

Reklama

Dead Can Dance, „Dionysus” (PIAS)

Dead Can Dance (Fot. Materiały prasowe)

Lisa Gerrard i Brendan Perry, czyli formacja Dead Can Dance, odradzają się po raz kolejny po latach milczenia, niczym mityczny feniks z popiołów. Powstały w 1981 roku zespół wyszedł z alternatywno-gotyckiej, elektronicznej nowej fali, by na przestrzeni lat stworzyć odrębny gatunek muzyczny o nazwie Dead Can Dance. Eksploruje rejony muzyki dawnej i etnicznej. Na wszystkich płytach Gerrard i Perry zabierają słuchaczy w mistyczne podróże po najdalszych zakątkach świata. Prowadzeni jesteśmy podniosłym głosem szamana Brendana Perrry, a niepowtarzalna glosolalia wokalnej czarownicy Lisy Gerrard wprowadza w trans. Sześć lat od wydania ostatniej płyty „Anastasis” Dead Can Dance powracają oratorium „Dionysu”. W dwóch aktach i siedmiu odsłonach badają, jak funkcjonuje mit Dionizosa w różnych kulturach i religiach, obrzędach i rytuałach. Uniwersalna opowieść łączy arabskie harmonie, bałkańską żywiołowość, azjatycką wielogłosowość, afrykański rdzeń i rytmiczność, celtycką podniosłość i mistycyzm. Jest tu wszystko, z czego słynie Dead Can Dance – ludowe instrumenty, ekstaza i siła. Czas się zatrzymuje, a muzyczny rytuał trwa.

Jungle, „For Ever” (XL Recordings)

Jungle (Fot. Materiały prasowe)

Zawsze uważałem, że muzyka funk dostarcza ludzkości najwięcej radości. Łącząc hedonistyczną dyskotekę, soulowe harmonie i jazzowe synkopy, wyzwala endorfiny. Tak właśnie się czuję, słuchając drugiego albumu brytyjskiej formacji Jungle stworzonej przez Toma McFarlanda i Josha Lloyda Watsona. Ich debiutancka płyta z 2014 roku stała się sensacją w Wielkiej Brytanii i sprzedała w ponad półmilionowym nakładzie. Zespół z duetu rozrósł się do wieloosobowego składu słynącego z żywiołowych koncertów i taneczno-wizualnej oprawy artystycznej. Na nowej płycie, częściowo nagranej w Kalifornii, dostajemy to, za co kochamy funk, czyli charakterystyczne męskie falsety, klimat hedonistycznej zabawy lat 70. oraz psychodeliczne klawinety. Ale przez tę pierwszą radosną warstwę przebija smutek. Może to doświadczenia sercowe liderów i weryfikacja amerykańskiego snu wpłynęły na ostateczny charakter tej płyty, ale miks bujającej formuły soul funku z krytyką konsumpcjonizmu uważam za połączenie wybitne. Pharrell Williams powinien się Jungle nisko kłaniać. Jedyny koncert w Polsce w warszawskiej Progresji już 11 listopada.

Matt Dusk, „JetSetJazz” (Universal)

Matt Dusk ( Fot. Materiały prasowe)

Matt Dusk najlepiej czuje się w klasycznej formule croonera. Robiący karierę niejako w cieniu sławniejszego kolegi, Michaela Buble, po udanych wycieczkach w stronę popu („Good News” z 2008 roku) i znakomitej płycie z piosenkami z repertuaru Cheta Bakera („My funny Valentine. The Chet Baker Songbook” z 2013 roku) Dusk nagrywa lekko swingującą płytę z big bandem, składając hołd latom 60., gdy, jak mówi sam artysta, „w powietrzu królowały linie lotnicze Pan Am, a na ziemi Frank Sinatra”. Z głosem chyba najbardziej zbliżonym właśnie do Sinatry, Dusk na albumie „JetSetJazz” z nostalgią, klasą i bezpretensjonalną elegancją wykonuje (co niezmiernie ważne) współcześnie napisane utwory, które brzmią tak, jakby skomponowane były właśnie w tamtej epoce. Zadając kłam mojej tezie, że najpiękniejsze piosenki zostały już kiedyś napisane. Duch wielkiego mistrza Franka przyświeca całej płycie, co zapowiada już otwierający „Let’s Hope on a Plane!”. Słychać też ukłony w stronę Nat King Cole’a („Lo Siento”) i uroczy cytat z „Deszczowej piosenki” w piosence „My Paris is You”. Dusk swinguje w „I’ll Find You” i czaruje w piosence „All Beacause Of You”. W ekskluzywnej wersji albumu znalazły dodatkowo trzy klasyczne standardy z „The Best Is Yet to come” na czele. Po wielokrotnym wysłuchaniu albumu brakuje mi klasy tamtej epoki. Z przyjemnością wsiądę do samolotu z Mattem Duskiem, by przenieść się do czasu, gdy jakość była na pierwszym miejscu.

Tęskno, „Mi” (PIAS)

Tęskno (Fot. Karolina Konieczna)

Ażurowość, harmonia i zmysłowość to określenia nasuwające się po wysłuchaniu debiutanckiego albumu duetu Tęskno, który tworzą dwie utalentowane i wrażliwe młode kobiety: wokalistka Joanna Longić oraz pianistka i kompozytorka Hanna Rani. Zaskakują spokojem, muzycznym taktem i poetyckimi tekstami. Delikatne partie fortepianu przeplatają się z dyskretną elektroniką i partiami skrzypiec, altówki, wiolonczeli i kontrabasu, towarzysząc narracji wokalistki o dziewczęcym, jasnym tembrze. Jest w tej muzyce próba werbalizacji tęsknoty, skandynawska szlachetność, jakby szklana transparentność i nadzwyczajna terapeutyczna wartość. Bardzo odległym muzycznym echem odbija się wczesna Kate Bush, czuję też szlachetny związek z twórczością Dunki Agnes Obel i Natalią Grosiak z Mikromusic. 

Maciej Ulewicz
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę