Znaleziono 0 artykułów
11.12.2021

Aborcja: Lekcja siostrzeństwa

Il. Izabela Kacprzak

W internecie, jedynym źródle pomocy, jakie miałam, znalazłam przepisy na ziołowe napary poronne. Znam się na roślinach, część zebrałam sama, a inne, sezonowe, zamówiłam online. Dokładnie odmierzałam porcje, piłam je z zatkanym nosem, żeby nie czuć  smaku – mówi bohaterka naszego cyklu „Aborcja”. Wysłuchujemy prawdziwych historii kobiet, które rozważały lub zdecydowały się przerwać ciążę.

Nie było love story. Była pustka po kimś i pomysł, żeby robić jak najwięcej, by nie dawać sobie przestrzeni na myślenie. Czas wypełniały mi nowa pasja, rower i dopiero co poznani kumple. Tego potrzebowałam: cały dzień w ruchu, zmęczone ciało, endorfiny. Między mną i Jankiem pojawiła się chemia i czasem chodziliśmy do łóżka, ale zasady były jasne: żadnego romantyzmu i zaangażowania. Czysty układ.

Nie wiem dokładnie, kiedy to się stało, może wtedy po imprezie, gdy zsunęła się nam prezerwatywa? Nie martwiłam się tym, bo Janek nie miał wytrysku. Dwa tygodnie później jednak zorientowałam się, że coś jest nie tak. Jestem fizjoterapeutką, znam dobrze swoje ciało, dlatego zaniepokoiło mnie, że choć zbliżał mi się okres, nie czułam charakterystycznego uścisku w lędźwiach. Trzy testy ciążowe z apteki wyszły niejednoznacznie, ale na tych zrobionych parę dni później dwie czerwone kreski pojawiły się w kilka sekund. Przeklęłam tylko: F-U-C-K.

Il. Izabela Kacprzak

Ciąża. „Czułam tylko głęboki sprzeciw: nie w ten sposób, nie z nim”.

Miałam 28 lat i wciąż mieszkałam z mamą i ojczymem. Od jakiegoś czasu myślałam, że mogłabym już się uniezależnić. Poznać kogoś, założyć rodzinę i mieć dziecko. Że dobrze byłoby zdążyć przed trzydziestką. Ale wtedy, trzymając test ciążowy, czułam tylko głęboki sprzeciw: nie w ten sposób, nie z nim.

Janek był miłym chłopakiem, ale nie nadawał się na partnera ani ojca. Chadzał swoimi ścieżkami, na pierwszym miejscu stawiał kumpli. Niedojrzały i skoncentrowany na sobie. Lubiłam go jako kolegę i ta granica była wyraźna. Nie mogłam stać się od niego zależna, nie mogłam nawet się w nim zakochać, bo wiedziałam, że to byłby początek końca. Rozbieżne oczekiwania, gorycz, a później nienawiść, obcość i rozstanie. Wiem, jak to działa, sama dorastałam w rozbitej rodzinie.

Gdzieś głęboko w środku miałam też wyrzuty sumienia: „jesteś wygodna, myślisz tylko o sobie, to egoizm”. Zastanawiałam się, na ile zasłaniam się troską o dziecko i kreślę w głowie jakąś idealną sytuację, która nigdy się nie wydarzy – odpowiedni czas, partner i miejsce. Może pora stawić czoła temu, co przynosi życie? Może to jest właśnie dorosłość?

Biłam się z myślami w ciszy własnego pokoju. Zwyczajnie nie miałam z kim porozmawiać. Rodzina odpadała, to byłoby dla nich obciążenie. Jak ich znam, namawialiby mnie, żebym urodziła, i obiecywali pomoc. Koleżanki, które brały udział w czarnych protestach, pewnie by mnie wysłuchały, ale też szybko oceniły. W głębi duszy były konserwatywne, same w podobnej sytuacji miałyby ogromne rozterki. Nie chciałam być „tą, która wpadła”. Zresztą, czy mogłabym liczyć na ich dyskrecję? Moja śląska miejscowość nie liczy nawet dwustu mieszkańców, tutaj plotki rozchodzą się z prędkością światła. Wreszcie Janek. Nie wiedziałam, jak zareaguje.

Chciałam powiedzieć mu osobiście przy pierwszej możliwej okazji, a akurat było spotkanie naszej paczki. Staliśmy z boku, patrząc na ludzi. Ledwo wydusiłam z siebie to zdanie, a on nie zareagował, więc milczeliśmy, aż ktoś podszedł, zagadał i impreza potoczyła się dalej. Beze mnie.

Po dwóch dniach telefonów, esemesów i mojego nalegania na spotkanie Janek wreszcie przyszedł. Pozwolił mi wygłosić monolog, a kiedy spytałam go, co myśli, odparł, że przecież podjęłam już decyzję. Zadeklarował, że może mnie „gdzieś zawieźć” albo zorganizować pieniądze. To była realna pomoc, ale organizacyjnie i emocjonalnie wszystko wisiało na mnie. Dziś wiem, że dał z siebie tyle, ile mógł. Dla niego sytuacja też była przytłaczająca.

Wyścig z czasem. „Choć brzuch dalej był płaski, miałam odruch podtrzymywania go. Wydawało mi się, że w środku tak dużo się dzieje”.

Byłam wykończona. Od kiedy test wyszedł pozytywny, prawie nie jadłam, nie spałam. Bałam się pójść do ginekologa, bo przecież w naszej okolicy wszyscy się znali. Według moich wyliczeń zbliżał się dopiero czwarty tydzień ciąży, ale ciało zaczęło reagować. Pojawiły się nudności i nadwrażliwość na zapachy. Urósł mi biust, zmieniła się sylwetka, poruszałam się ociężale. Choć brzuch dalej był płaski, miałam odruch podtrzymywania go. Wydawało mi się, że w środku tak dużo się dzieje.

Z każdym dniem mocniej czułam, że bierność zaczyna mnie pogrążać. W internecie, jedynym źródle pomocy, jakie miałam, znalazłam przepisy na ziołowe napary poronne. Znam się na roślinach – część zebrałam sama, a inne, sezonowe, zamówiłam online. Dokładnie odmierzałam porcje, piłam je z zatkanym nosem, żeby nie czuć zapachu ani smaku, takie były gorzkie. Ale to nic nie dawało. 

Tabletki poronne zamówione przez internet nie przychodziły, więc po dwóch tygodniach poprosiłam Janka o pomoc. Znalazł stronę w dark webie [celowo ukryta część internetu, którą można przeglądać tylko przy użyciu specjalnego oprogramowania – przyp. red.], z płatnością w bitcoinach. Tyle że po opłaceniu transakcji system znów domagał się przelewu. Kolejne oszustwo.
Decyzja o zabiegu w gabinecie dojrzewała we mnie, ale też budziła lęk. Wydawał mi się inwazyjny i niebezpieczny. Gdzieś w sieci przeczytałam, że łyżeczkowanie niesie wysokie ryzyko późniejszej bezpłodności, a to byłaby dramatycznie wysoka cena, jaką przyszłoby mi zapłacić. 

Siostrzeństwo. „Może były to słowa jak z ulotki pro choice, ale po miesiącu życia w ukryciu i płakania w poduszkę zadziałały jak balsam”.

Nie wiem, jak potoczyłby się moje losy, gdyby nie Ella, włoska koleżanka, która akurat w tamtym czasie przeniosła się na studia do Amsterdamu. Wiedziałam, że żyje w zupełnie innych realiach – może łatwo i legalnie kupić tabletki poronne. Zadzwoniłam.

Pamiętam ulgę, jaką przyniosła już pierwsza rozmowa. Ella mnie wysłuchała i zapewniła, że znalazłam się w położeniu milionów kobiet na świecie, a moja decyzja nie jest ani egoistyczna, ani tchórzliwa. Że we Włoszech i w Holandii aborcja jest traktowana jak rutynowy zabieg, kobiety mówią o nim otwarcie, nie obciążają się wstydem. Może były to słowa jak z ulotki pro choice, ale po miesiącu życia w ukryciu i płakania w poduszkę zadziałały jak balsam.

Nasza druga rozmowa była już merytoryczna – konkretna, polecana przez koleżankę Elli klinika ze stroną z opisem różnych metod aborcji, odpowiednich przy różnym zaawansowaniu ciąży czy stanie pacjentki. Przez telefon dopytałam o ewentualne skutki uboczne, przeciwskazania i zagrożenia. Cierpliwy głos odpowiadał na wszystkie moje pytania. Wreszcie miałam rzetelną informację i zaczęłam się uspokajać.

Zdecydowałam się na metodę próżniową, na tym etapie ciąży najbezpieczniejszą. Holandia była dobrą opcją, ale drogą i odległą, i przegrała ze Słowacją. Do granicy miałam dwie godziny jazdy samochodem, mogłam zniknąć na jeden dzień, nie budząc podejrzeń. Nie znałam jednak nikogo, kto z doświadczenia mógłby polecić którąś klinikę, a opinie w sieci były skrajne. Od zachwytów i ocen dziesięć na dziesięć po narzekanie na brud i brak profesjonalizmu. Wszystko poprzetykane nienawistnymi wpisami antyaborcjonistów. Wreszcie wybraliśmy z Jankiem miejsce stosunkowo blisko granicy. 

Aborcja. „Naprawdę chce pani to przeżywać, a potem rozpamiętywać?”

Wyruszyliśmy o czwartej rano, ja na czczo, do zabiegu nie mogłam pić ani jeść. W drodze właściwie nie rozmawialiśmy, skupiliśmy się na technicznych sprawach – tankowanie, mapa. Kiedy dojechaliśmy, zobaczyłam odrapany budynek jak z PRL-u. Nie tego się spodziewałam, przecież widzieliśmy zdjęcia w sieci. Już w recepcji Janek usłyszał, że „panowie proszeni są o czekanie na zewnątrz”. Zostałam sama.

Dalsze kroki to procedura – pieniądze, stos dokumentów po słowacku, w których miałam potwierdzić, że jestem świadoma podejmowanego ryzyka i nie będę wysuwać roszczeń wobec personelu.
Resztę pamiętam jak przez mgłę: USG, kroplówka, lekarskie kitle. Z potoku zdań wychwyciłam „znieczulenie ogólne” i zaczęłam dociekać, dlaczego mam mieć narkozę. Czytałam przecież, że w tym wypadku wystarczy znieczulenie miejscowe, a dzięki temu mogę zachować świadomość i wiedzieć, co się ze mną dzieje. Nie miałam zaufania do lekarzy, wyobraziłam sobie, że tak łatwo mogliby wykorzystać tę sytuację – pozwolić mi odpłynąć i wyciąć nerkę. Ale lekarz zapytał: – Naprawdę chce pani to przeżywać, a potem rozpamiętywać? Miał rację, nie chciałam.

Po zabiegu obudziłam się w małym pokoju, byłam sama. Spokojna. Już wcześniej wypłakałam wszystkie łzy. Wysłałam Jankowi esemes, że „wszystko OK”. „OK” – odpowiedział po sekundzie. Przez dwie godziny, kiedy miałam zostać na obserwacji, wpatrywałam się w sufit. Czułam się jak zwierzę – chciałam tylko jeść i pić, nie miałam żadnych innych emocji.

Od tego czasu minęło pół roku. Nie poszłam do psychologa, poza Ellą, której dałam znać, że wszystko w porządku, nie rozmawiam o tym z nikim. Zadziałał mój wypróbowany mechanizm – zatracić się w pracy. 
Janek odpłynął do swoich kumpli i zajawek. Wróciła równowaga.
Czy coś się zmieniło? Miałam różne okresy. Na początku trudno było mi spędzać czas ze znajomymi, którzy mają dzieci. Jeśli rozmowa schodziła na temat rodziny, zalewała mnie fala smutku. Jednocześnie myślę racjonalnie. Wiem, że to była dobra decyzja, że postąpiłam odpowiedzialnie. 

 

O aborcji mówi się dużo, ale abstrakcyjnie – to temat społeczny, ewentualnie doświadczenie dalekiej koleżanki. Tymczasem statystyki CBOS wykazują, że ciążę przynajmniej raz w życiu przerwało nawet 5,8 mln Polek. Choć nie jesteśmy tego świadomi, są wśród nich nasze przyjaciółki, mamy, babcie, sąsiadki, nauczycielki, koleżanki z pracy. Tę trudną decyzję podjęły na jakimś etapie swojego życia, bo wierzyły, że będzie dla nich najlepsza. Niektóre nie chciały mieć dzieci, inne nie mogły liczyć na wsparcie partnera i rodziny, jeszcze inne bały się o sytuację materialną albo zdrowotną, na przykład nie były w stanie urodzić dziecka, które wymagałoby dożywotniej opieki. Każda z tych sytuacji była dramatyczna i bardzo indywidualna. A w Polsce, w związku z jednym z najbardziej restrykcyjnych praw antyaborcyjnych na świecie, również ryzykowna – bo spychająca kobietę do podziemia. Wiąże się to nie tylko z konsekwencjami prawnymi, lecz także skazuje na samotność i zamyka usta. W nowym cyklu „Aborcja” będziemy wysłuchiwać prawdziwych historii kobiet, które rozważały lub zdecydowały się na aborcję. Chcemy przywrócić im głos.

Basia Czyżewska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę