Znaleziono 0 artykułów
16.05.2019

Anna Pańczyk: Przykład idzie z góry

Anna Pańczyk (Fot. Luka Łukasiak). Zdjęcia wykonano w Yestersen.

Anna Pańczyk doświadczenie zdobywała w Saatchi & Saatchi, a potem kierowała warszawskim Greyem. Teraz prowadzi londyńskie biuro tej jednej z największych agencji reklamowych na świecie. Właśnie przenosi się do brytyjskiej stolicy razem z mężem i dwiema córkami.

Jak zareagowała pani na propozycję pracy w Londynie?

Zrobiłam tabelkę za i przeciw. Większość argumentów dotyczyła mojej rodziny. Jesteśmy bardzo zżyci. Ale postanowiłam zaryzykować. Nie uznaję jednak decyzji o wyjeździe za ostateczną. Nauczyłam się myśleć etapami.

Ta praca to spełnienie marzeń?

Za każdym razem podchodzę do spełnienia marzeń na świeżo. Gdy zaczynałam pierwszą pracę w Saatchi & Saatchi, byłam pewna, że to ogromne osiągnięcie. Zupełnie innym wyzwaniem było potem prowadzenie niezależnej polskiej agencji, a kolejnym – szefowanie warszawskiemu Greyowi. Za każdym razem spełniały się moje nowe marzenia.

Anna Pańczyk (Fot. Luka Łukasiak)

A kim chciała pani zostać jako mała dziewczynka?

Nauczycielką! Zawsze chciałam robić coś, co będzie miało pozytywny wpływ na innych. Już wtedy chciałam zmieniać świat.

Ale z natury wcale nie jestem taka odważna. Dobrze się czuję w bezpiecznych ramach. Mogłam wyznaczać sobie wciąż nowe cele, bo miałam niesłabnące wsparcie rodziców. Tata wypychał mnie w świat. Mówił, żebym korzystała z możliwości, które daje mi los, bo rodzinę jeszcze zdążę założyć. A mama radziła, żebym inwestowała w siebie, uczyła się języków, studiowała za granicą. Sama długo była aktywna zawodowo, a wciąż miała czas dla siebie, dla znajomych, dla rodziny. Pokazywała mi, że wszystko można, ale nic nie trzeba na siłę. I zawsze podkreślała, że mam wybór: Można być singielką, która podróżuje po świecie, albo mamą piątki dzieci, która wyprowadza się na wieś. Albo chodzić po górach i zdobywać nowe szczyty. W dorosłym życiu mam także ogromne wsparcie męża i córek. Gdy obawiałam się kolejnych wyzwań, mąż tłumaczył mi, że zawsze mogę na nich liczyć. Jeśli nie spodoba mi się nowe miejsce, nowe stanowisko czy nowa praca, zawsze mogę to zmienić, bo nic nie jest na zawsze, i żebym pamiętała, że rodzina będzie zawsze przy mnie.

Pani w taki sam sposób wspiera teraz swoje córki?

Tak! Mam nadzieję, że wezmą ze mnie tylko to, co najlepsze. Już dzisiaj czują, że mogą wszystko. Dokonują samodzielnych wyborów, myślą samodzielnie, wyrabiają sobie własne opinie. Stają się niezależne, choć ta niezależność coraz bardziej uwiera nas, rodziców. Fajnie je było mieć obok, takie malutkie. A teraz Ola buduje swój świat wśród znajomych i w stajni, gdzie spędza na treningach po cztery godziny dziennie. Pola jest także niesamowicie aktywna. Tenis, a do tego zajęcia z malarstwa i rzeźby. Fantastycznie dojrzewają. Chciałabym, by wiedziały, że będę popierać każdą ich decyzję, wspierać, gdy będą potrzebowały, i dawać tyle siły i energii, ile będę mogła. Wierzę w dziewczynki tak mocno, jak moi rodzice wierzyli we mnie. Dzięki temu czułam, że świat stoi przede mną otworem. Moje córki już niedługo mają przyjechać na próbę do Londynu. Młodsza jest gotowa, żeby się spakować już dzisiaj, starsza ma w Warszawie swój świat, zwłaszcza że bierze udział w zawodach konnych WKKW, ale już planuje swoje nowe treningi w Londynie, więc jest dobrze.

Jak wyglądało spotkanie o pracę w londyńskiej siedzibie Greya?

Siadłam do stołu z przedstawicielami nowojorskiej centrali i londyńskiego biura. Rozmawialiśmy o wyzwaniach. Londyn to drugie najważniejsze biuro sieci po Nowym Jorku. Gdy kuleje Londyn, wpływa to bardzo na Europę. Jako CEO biorę więc na siebie podwójną odpowiedzialność – za londyńskie biuro i wszystkie pozostałe rynki w tej części świata. Polską filię udało mi się rozwinąć w ciągu czterech lat, więc szefowie dali mi szansę na powtórzenie tego sukcesu w Londynie. Proszę trzymać kciuki, bo na pewno się przyda.

Anna Pańczyk (Fot. Luka Łukasiak)
Anna Pańczyk (Fot. Luka Łukasiak)

Jak zareagowała na pani sukces branża?

Zalała mnie fala gratulacji. Poczułam się doceniona. I pomyślałam sobie, że 20 lat temu byliśmy z moimi rówieśnikami pionierami branży w Polsce. Najpierw pracowaliśmy w międzynarodowych korporacjach pod kierownictwem ekspatów, potem przyszło pierwsze pokolenie polskich menedżerów. Tworzyliśmy marki od zera, wymyślaliśmy pierwsze lokalne kampanie, zakładaliśmy pierwsze niezależne agencje. Motywowaliśmy się do osiągania tego, co nieprzewidywalne. Ta wolność myślenia była zaraźliwa.

Ta branża właśnie z tym się kojarzy – z wolnością, swobodą, kreatywnością.

To prawda, ma dwie strony. I bazuje na współpracy zespołów biznesowych z kreatywnymi. Bez utalentowanych ludzi żadna agencja wiele nie zdziała.

Dużą częścią tej pracy jest odkrywanie potencjału w ludziach.

Tak, ale do tego trzeba dojrzeć. I zrozumieć, że jako liderzy jesteśmy tym silniejsi, im silniejszy jest nasz zespół. Ego trzeba schować do kieszeni, bo wbrew pozorom w tej pracy nie pomaga.

Jak przebiegała pani droga zawodowa?

Do reklamy trafiłam przez przypadek. To efekt zakładu z kolegą na piątym roku studiów. Skończyłam SGH po trzech latach, ale nie chciałam od razu iść do pracy. W ramach stypendium duńskiego rządu wyjechałam na Uniwersytet Kopenhaski. Gdy w 1998 roku wróciłam, chciałam odpocząć po ciężkich studiach. Ale okazało się, że moi znajomi w międzyczasie poszli do pracy. Mój kolega, obecnie szef marketingu w dużej korporacji, powiedział, że nie da się ze mną wytrzymać, bo mam za dużo wolnego czasu. Założyłam się z nim, że bez problemu w miesiąc znajdę pracę. Po przejrzeniu „Almanachu Mediów i Reklamy” wysłałam CV do największych agencji. W pierwszym tygodniu nikt do mnie nie zadzwonił, ale się tym nie przejęłam. W drugim zmartwiłam się brakiem odzewu. W trzecim poszłam na kilka rozmów kwalifikacyjnych. Byłam gotowa podpisać umowę z jedną z firm. Powiedziałam wtedy Maćkowi, że wygrałam zakład, a przy okazji wspomniałam, że zadzwoniło do mnie też „jakieś” Saatchi. Chwila rozmowy z Maciejem sprawiła, że następnego dnia stawiłam się na rozmowie w Saatchi & Saatchi. W piątek przyjęli mnie na rozmowę, a już w poniedziałek 31 sierpnia 1998 roku zaczęłam swoją pierwszą pracę. Byłam najpierw account execiem pracującym na markach Head & Shoulders, Old Spice i Nationale Nederlanden. Potem doszły Pampers, Carlsberg, Karmi, Toyota. To była najlepsza szkoła reklamy, jaką mogłam sobie wyobrazić.

Anna Pańczyk (Fot. Luka Łukasiak)

Kolejnym etapem rozwoju było dołączenie do niezależnej polskiej agencji?

Po moim drugim urlopie macierzyńskim zostawiłam pewną pracę, żeby dołączyć do polskiej niezależnej agencji i przebudować ją. Wspólnie z grupą wspaniałych ludzi, doskonałych specjalistów od reklamy i biznesu, pędziliśmy za marzeniem, żeby nowa agencja, którą tworzymy, stała się równorzędna wobec międzynarodowych sieciówek. Tak powstał Change. Chcieliśmy prowadzić firmę inaczej. Stawialiśmy na partnerstwo z klientami. Siadaliśmy do stołu bez 300-stronicowej prezentacji, a czasami bez briefu. Pytaliśmy klientów, czego chcą, co ich boli, jakie mają marzenia. Nie rozmawialiśmy o tabelkach, tylko o strategii. Pomysły powstawały w trakcie rozmowy. Dzięki temu budowaliśmy długotrwałe relacje biznesowe. Po roku wygrywaliśmy każdy przetarg. Po Change przeszłam do Greya. Ponownie postawiłam najpierw na budowę silnego zespołu. Efekty przyszły bardzo szybko.

A czym różni się praca w Londynie od tej warszawskiej?

Przede wszystkim Polacy nie mają się czego wstydzić. Nasze standardy pracy są naprawdę wysokie. W Londynie pracownicy lepiej sobie jednak radzą z work-life balance. Gdy spotykamy się w sobotę przed przetargiem, żeby przygotować prezentację, odbieramy sobie ten dzień w tygodniu. Dużo rozmawia się o emeryturach, także w kontekście brexitu. Edukuje się pracowników w kwestii oszczędzania i dbania o przyszłość w świadomy sposób. Firmy dbają też o pracowników, oferując usługi, np. lekarza w biurze, krawca, instruktora jogi. Ceni się tu doświadczenie. I różnorodność – wiekową, etniczną, genderową.

Zawdzięcza pani sukces także dobrym ludziom na swojej drodze?

Miałam i mam szczęście do spotykania na swojej drodze bardzo ciekawych ludzi, od których mogłam i mogę się dużo nauczyć. Ale sukces ma wiele wymiarów i składa się z wielu elementów.

Bardzo dużo zawdzięczam mojemu mężowi. Poznałam go już na studiach. Parą zostaliśmy, gdy zaczęłam pracę. Przed ślubem byliśmy razem pięć lat. Uzupełniamy się. Gdy on się rozwijał, ja się na chwilę wycofywałam. I odwrotnie. To wymaga dojrzałego związku. Jestem bardzo dumna z decyzji, które wspólnie podejmowaliśmy. On może pozwolić sobie na bardziej elastyczny tryb pracy, dlatego w większym stopniu ogarnia domową logistykę. To, co nas łączyło zawsze, to uznanie rodziny za priorytet. Mieliśmy niepisaną zasadę, że jak wracamy po pracy do domu, to jesteśmy z dziewczynkami. I poświęcamy się pieluchom, smoczkom i ząbkowaniu. To wymagało mobilizacji. Gdy uznawałam, że muszę jeszcze popracować, siadałam do komputera dopiero, gdy zasnęły.

Świadomie zdecydowała się pani na macierzyństwo?

Pierwsze dziecko urodziłam po siedmiu latach pracy w Saatchi, gdy miałam bardzo ugruntowaną pozycję. Zdecydowałabym się na dziecko wcześniej, gdyby nie lęk przed wypadnięciem z obiegu. Chyba zabrakło kogoś, kto poklepałby po ramieniu, mówiąc: „Nie martw się – ciąża to fajny czas dla ciebie, a praca nie ucieknie. A jak ucieknie, to widocznie nie była dla ciebie”. Tak też się stało. Miałam wsparcie zarządu i superkobiet z Saatchi. Potem tłumaczyłam kobietom w kolejnych firmach, że warto iść na urlop macierzyński, nie odkładać, bo czas ucieka, a ja i reszta zespołu będziemy na nie czekać.

Wspieranie kobiet to pani osobista misja?

W moim warszawskim zespole Grey – leadership team miałam osiem kobiet i trzech mężczyzn. Zawsze, kiedy można, pomagam kobietom, wspieram, ale poprzeczkę stawiam tak samo wysoko jak mężczyznom. Tyle że podkreślam, żeby się nie bały. Żeby odważnie szły do przodu. Że posiadanie dzieci, jeśli tylko mają takie plany, to nie przeszkoda. To kolejne doświadczenie.

Sama zawsze miałam szczęście do kobiet w pracy. Rozumiałyśmy, że większość z nas chce mieć czas na ciążę i macierzyństwo, więc przejmowałyśmy w tych wyjątkowych momentach obowiązki młodych mam i wspierałyśmy się.

Jaką ma pani radę dla młodych adeptów reklamy?

Próbować, szukać własnej drogi i się nie bać. Ja bardzo długo pracowałam w jednym miejscu. Już kiedy byłam w Saatchi, dostałam propozycję wyjazdu za granicę, ale odrzuciłam ją, bojąc się, że nie będę miała do czego wrócić. Kilkanaście lat temu zdobycie stałej pracy, umowy, pieniędzy było dla nas ogromnym osiągnięciem. Ale może trochę brakowało nam elastyczności. Z czasem nauczyłam się też większej higieny pracy. Przestałam wysyłać e-maile wieczorami, w weekendy i z wakacji po to, żeby mój zespół nie uważał, że też tak musi. Przykład idzie z góry. Na nas, jako na liderach, spoczywa odpowiedzialność. Nie można o tym zapominać. I warto słuchać zespołu. Bo wokół jest wiele cennego talentu. Dajmy mu się rozwijać.

Anna Pańczyk (Fot. Luka Łukasiak)

 

Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę