Znaleziono 0 artykułów
10.10.2018

Cher ma głos

Cher z mężem Sonnym i córką Chastity (dzisiaj jest synem Chazem) (Fot. Getty Images) 

Sto milionów sprzedanych płyt, 300 milionów dolarów na koncie i ponad 50 lat kariery. Cher, która właśnie wydała album „Dancing Queen” z piosenkami Abby, głos zabiera jednak nie tylko na scenie. Jako gorąca przeciwniczka Trumpa swoimi tweetami walczy z klubem białych mężczyzn.

Mężczyzna nie jest artykułem pierwszej potrzeby, tylko towarem luksusowym. Gdy byłam młoda, moja mama powiedziała mi: Kochanie, znajdź sobie bogatego mężczyznę. A ja jej na to: Mamo, ja jestem tym bogatym mężczyzną – mówi Cher. W teledysku do singla „SOS” z nowej płyty „Dancing Queen” z piosenkami Abby (na okładce są dwie Cher – blond i ciemna, dawna i aktualna, melancholijna i optymistyczna) występują więc wyłącznie kobiety. Białe i czarne, młode i dojrzałe, piękne i charakterystyczne. Przede wszystkim silne. Są samowystarczalne, ale wzywają pomocy. Where are those happy days, they seem so hard to find – śpiewają głosem Cher. Szczęśliwych dni już tu nie ma. To przez Trumpa, twierdzi gwiazda, która mimo dysleksji tweetuje kilka razy dziennie. „Szaleniec u władzy. Jak to możliwe?” – pyta z oburzeniem za każdym razem, gdy prezydent Stanów Zjednoczonych otworzy usta. Ostatnio na jej celowniku jest także Brett Kavanaugh, republikański kandydat do Sądu Najwyższego. „Ten koleś potrzebuje solidnego lania, a nie stanowiska sędziowskiego” – skomentowała Cher skandaliczne zeznania prawnika, który miał wielokrotnie dopuścić się molestowania seksualnego, przed senacką komisją sędziowską. – My, kobiety, wciąż musimy na siebie uważać. Gdy widzimy na ulicy faceta, zastanawiamy się, kim jest, czy się za nami ogląda, czy stanowi zagrożenie. Mężczyznom nie zdarza się to nigdy. Nie muszą żyć w nieustającym lęku – mówi Cher. 

Cher i Sonny (Fot. Getty Images) 

Nie ukrywa, że mizoginii, patriarchatu i seksizmu ma po dziurki w nosie. – Mężczyźni nie potrafią sobie poradzić z kobietami sukcesu – uważa. Wie, co mówi. Jej pierwszy mąż, Sonny Bono, traktował ją bardziej jak kurę znoszącą złote jajka niż żonę. Tak sama twierdzi, chociaż jej relacja z nieżyjącym już muzykiem jest dalece bardziej skomplikowana. Niektórzy mówią, że Sonny stworzył Cher, inni, że bez niego rozwinęłaby się znacznie szybciej. W swojej książce „The First Time” Cher napisała, że gdyby nie opór Sonny’ego, muzyka duetu poszłaby w kierunku cięższej muzyki Led Zeppelin czy Cream. Bono wolał wpadające w ucho piosenki, które łatwo wykonać w karaoke. O połowę od niej starszy, Sonny cierpiał na kompleks Pigmaliona. Gdy się poznali, ona miała 16 lat, on był po trzydziestce. Rozwiedli się po kilkunastu latach, ale w 1998 roku Cher na jego pogrzebie płakała, wygłaszając emocjonalną mowę pogrzebową.

Cher z mężem (Fot. Getty Images) 

Na początku wspólnej kariery w latach 60. Bono wyglądał jak skrzyżowanie podstarzałego Beatlesa, królewskiego giermka i włoskiego mafioso. Zdjęcia Cher z tamtego czasu równie dobrze mogłyby zostać zrobione dzisiaj. Długie ciemne włosy z grzywką, migdałowe oczy pociągnięte kreską Kleopatry i opalenizna, jakby wszędzie tam, gdzie Cher się znajduje, codziennie świeciło słońce. Nie mówiąc już o stylu, który choć ewoluował, zawsze był jej własny. Na początku lekko hipisowski – futrzana kamizelka narzucona na bluzkę z bufkami, długie spódnice i jeszcze dłuższe naszyjniki, potem dyskotekowy –  kreolki tak ciężkie, że opadały aż na ramiona, biustonosz zamiast bluzki, futro i pióra. Jej półprzezroczysta oscarowa kreacja projektu Boba Mackiego z 1988 roku, uważana za jedną z najgorszych w historii, żyje jednak do dziś. W swoich najlepszych latach w Hollywood, gdy grała w „Syrenach”, „Silkwood” i „Czarownicach z Eastwick”, Cher nosiła kreacje błyszczące od cekinów, których dzisiaj nie powstydziłyby się Kardashianki. W latach 90. gwiazda zachorowała na wirusa Epstein-Barr. Na szpitalne rachunki zarabiała nagrywając dżingle. Potem triumfalnie powróciła numerem „Believe” z 1998 roku, lansując zielone pióra i czerwone włosy. Dziś gotycka babcia wciąż zmienia peruki jak rękawiczki, coraz bardziej przypominając Morticię Adams. Jako ikona LGBTQ lubi błysk, kicz, przepych. Idealnie pasuje do kampowego Las Vegas, gdzie do listopada trwa jej rezydencja. Szybko nudzi się swoim wizerunkiem, więc go po prostu zmienia. Nie przeszkadza jej to, że przekroczyła już siedemdziesiątkę. – Wciąż wyglądam dobrze – mówi. Jej sekret? – Mnóstwo makijażu – śmieje się Cher. 

Cher i Sonny na rozdaniu Oscarów (Fot. Getty Images) 

Ikoną stylu, tyleż charakterystyczną, co kontrowersyjną, pozostała do dzisiaj. W ubiegłym roku na Halloween Kim Kardashian włożyła złotą kreację odsłaniającą brzuch w klimacie Cher, a jej przyjaciel Jonathan Cheban był Sonnym. Kim i Cher łączy także to, że wystarczy wypowiedzieć ich imię, żeby wiadomo było, o kim mowa. Długie ciemne włosy, woskowe twarze po operacjach plastycznych (Cher przyznaje się, że od nich nie stroni), perfekcyjne sylwetki. Cher i Kim są produktami. Trochę swoich mężów, ale przede wszystkim własnymi. Cher na długo przed czasami Instagrama zrozumiała, co znaczy sprzedawanie własnego wizerunku. Teraz młodszą o pokolenie influencerkę nazywa „moją małą ormiańską siostrą”. Historia Sonny’ego i Cher, którzy razem wylansowali takie przeboje jak „I Got You, Babe”, „The Beat Goes On” oraz „Little Man” i prowadzili program „Sonny & Cher Comedy Hour” (1971-1974), przypomina też trochę związek Kim i Kanye, który wyrzucił wszystkie ubrania swojej wybranki, by stworzyć dziewczynę-ikonę. Kardashian kocha Cher, a wyraz tej miłości dała wielokrotnie, przebierając się w kultowe stylizacje gwiazdy.

Cher i Kim różnią jednak wspomnienia z dzieciństwa. Kardashian wychowała się w kochającym domu, u Cherilyn bywało różnie. – W dzieciństwie miałam dwoje zmyślonych przyjaciół. Obaj byli drwalami – powiedziała kiedyś Cher. Spisywali się chyba lepiej niż rodzice dziewczynki. Ojciec, pochodzący z Armenii John Sarkisian, był kierowcą ciężarówki, jeśli akurat nie przegrywał pieniędzy w kasynie albo nie siedział w więzieniu. Mamie, Georgi Holt, która próbowała swoich sił w kinie i na wybiegu, zdarzyło się oddać Cher i jej młodszą siostrę Georganne na kilka tygodni do sierocińca, gdy dolary przestały płynąć. Cher dorastała w dolinie San Fernando, gdzie wszystkie nastolatki marzyły o wyrwaniu się do Hollywood. Choć od Fabryki Snów to miejsce dzieliło zaledwie dwadzieścia minut, wydawało się, że to inny lepszy świat. Cher się udało. Miała kilka lat, gdy zaczęła statystować w telewizji. W wieku 16 lat została gwiazdą. Także dzięki matce. Bo najjaśniejszą stroną jej dzieciństwa była muzyka. – Wszyscy w rodzinie śpiewali. Ja pokochałam muzykę po „Kopciuszku”. Po wizycie w kinie ze słuchu odśpiewałam wszystkie piosenki. Chciałam być takim współczesnym Kopciuszkiem. I znaleźć się na scenie – mówi Cher.

Mama w nią uwierzyła, odkupując swoje winy z najwcześniejszych lat życia córki. I została jej pierwszą fanką. Na pewno większą niż sama Cher, która wykreowanej przez siebie postaci nie lubi. Dumna jest z nielicznych piosenek i jeszcze mniejszej liczby filmowych ról. – Zadedykowałam mojej mamie nową płytę, bo wspierała mnie niezależnie od tego, czy byłam na szczycie, czy na dnie. „Jesteś twardzielką” – powtarzała mi. I sama nią jest. Chociaż skończyła już 90 lat – mówi Cher. 

Cher z mężem (Fot. Getty Images) 

Artystka także mierzyła się z rolą pracującej matki. Zwłaszcza wtedy, gdy osiem lat temu jej pierworodna córka Chastity przeszła tranzycję. Teraz Cher w stu procentach wspiera Chaza, ale musiała się przyzwyczaić do tego, że ma dwóch synów. Młodszego, czterdziestoletniego dziś muzyka Elijah, urodziła drugiemu mężowi, Greggowi Allmanowi. W jej życiu było jeszcze kilku mężczyzn. Często młodszych. Chętnie pokazywała się z Valem Kilmerem, który podobno najlepiej się całował, gitarzystą Bon Jovi Richiem Samborą i piekarzem Robem Camillettim, którego nazywa „miłością życia”. Jeszcze dłuższa jest lista tych, z którymi nie poszła do łóżka, choć miała okazję. Teraz żałuje. Ale i tak ma życie tak interesujące, że twórcy musicalu „The Cher Show” nie muszą dopisywać do niego chwytliwych anegdot. Premiera na Broadwayu już 3 grudnia. Na scenie wystąpią równolegle trzy aktorki wcielające się w role nastoletniej, dorosłej i dojrzałej Cher. Dzięki tej inscenizacji ma szansę dołączyć do prestiżowego grona posiadaczy EGOT, czyli czterech nagród – Emmy, Grammy, Oscara (za „Wpływ księżyca” z 1987 roku) i Tony. Dzień przed otwarciem musicalu Cher otrzyma nagrodę Kennedy Center Honor w Waszyngtonie za szczególny wkład w amerykańską kulturę. Rok temu otrzymała za to Billboard Icon Award przyznawaną wyłącznie największym – Prince’owi, Celine Dion, Steviemu Wonderowi. 

Nigdy nie była tak wysoko. – Lekarz powiedział mi, że mam struny głosowe 28-latki – mówi, żartobliwie grożąc, że jeszcze długo nie zejdzie ze sceny. Jej wyceniany na trzysta milionów dolarów majątek w tym roku znacząco się powiększył. W sequelu „Mammia Mia: Here We Again”, który „pokazuje kobiety, które przejmują kontrolę nad swoim życiem”, Cher gra matkę Donny, a babcię Sophie. Śpiewanie piosenek Abby spodobało jej się tak bardzo, że nagrała płytę „Dancing Queen”. I zaśpiewała tę piosenkę o nastolatce, która kocha tańczyć, bez ironii. Prawdziwe gwiazdy estrady wieku przecież nie mają. 

Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę