Znaleziono 0 artykułów
23.01.2021

Seks w wielkim mieście: Czy to może się udać?

Fot. Getty Images

Carrie Bradshaw wraca! Wraca z czasów, gdy nikt nie mówił o zrównoważonej modzie, równości między ludźmi, katastrofie ekologicznej, kiedy w dobrym tonie było być osobą uprzywilejowaną. Jak odnajdzie się w nowym świecie? Pisarka Dominika Buczak, wierna fanka serialu, zastanawia się, czy nowy sezon „Seksu w wielkim mieście” w ogóle ma sens.

Są informacje, które elektryzują nawet w pandemicznej monotonii. Oto Sarah Jessica Parker zapowiedziała, że niedługo powstanie dodatkowy sezon „Seksu w wielkim mieście”. Miliony fanek i fanów serialu – ci, u których czas zrewidował niegdysiejszy zachwyt i niezachwianie wierni – od lat dywagują, co dzisiaj działoby się z Carrie, Mirandą, Charlottą oraz – last but not least – Samanthą Jones. Wkrótce się dowiemy.

Co nam dał „Seks w wielkim mieście”?

Na razie wiemy, że zdjęcia mają dopiero ruszyć, a serial pokaże platforma HBO Max. Jedyna pikantna informacja, która przedostała się do opinii publicznej, jest taka, że w dokręconym po kilkunastu latach sezonie wystąpią nie cztery, ale trzy przyjaciółki. Na małych ekranach nie zobaczymy Samanthy Jones. Od lat plotkowano, że odtwarzająca jej rolę Kim Cattrall  jest skonfliktowana z pozostałymi aktorkami i chyba jest w tym trochę prawdy. Niestety, „Sex” bez Samanthy to będzie już raczej „and the City”.

Fot. Getty Images

W kwestii seksu to ona wiodła prym. Półgodzinne odcinki oglądane przed laty przyniosły nowy telewizyjny język – otwarte mówienie o różnych odmianach i odcieniach seksu to tylko jeden z jego przejawów. Poza tym dzięki „SATC” pojawiła się nowa bohaterka. Po trzydziestce, a wciąż bez męża i dzieci. Realizująca się w pracy i życiu towarzyskim. Nieskupiona (a przynajmniej nie każda) na doprowadzeniu mężczyzny przed ołtarz. Niezależna, a przy tym sympatyczna. Tego przed „Seksem w wielkim mieście” nie było.

Fot. East News

Serial to też elegia o kobiecej przyjaźni, rzadko traktowanej poważnie w filmach czy książkach. Wiele lat przed Eleną Ferrante telewizja HBO dowodziła, że kobieca przyjaźń – nawet w komediowym serialu – to nie jest fanaberia, ale ważna i silna życiowa relacja.

Fot. Getty Images

Serial pokazał też the City. Nowy Jork jest podobno najczęściej filmowanym miastem na świecie, ale nigdy go dość. Tutaj przyjaciółki niemal nie opuszczają Manhattanu. – I don’t do Brooklyn – mówi nawet taksówkarz do Mirandy, która próbuje przedostać się na drugą stronę mostu Brooklińskiego i zobaczyć mieszkanie, w którym być może zamieszka z rodziną. A przecież Nowy Jork to o wiele więcej niż Manhattan.

Miłość zrewidowana

W miarę jak zmieniał się świat i rosła nasza – widzów – świadomość, patrzyliśmy na serial bardziej krytycznie. Nagle wszyscy bohaterowie wydawali nam się jaskrawo biali. Jeśli pojawiał się ktoś o odmiennym od białego kolorze skóry, to albo pełnił role służebne wobec bohaterek (manikiurzystki), albo traktowany był egzotyczne (ciemnoskóry kochanek). Tak jakby historia nie rozgrywała się na Manhattanie, tylko – nie przymierzając – na Mokotowie.

Raził nas rozbuchany konsumpcjonizm. Carrie zarabia pieniądze, które wydaje głównie na kolejną parę luksusowych i absurdalnie drogich szpilek.

Fot. East News

Kamila Sławińska, autorka nietypowego, bardzo ciekawego przewodnika „Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny” i autorka popularnego kiedyś bloga napisała, że cztery przyjaciółki nie mają nic wspólnego z dzielnymi ludźmi, którzy są jej sąsiadami lub przyjaciółmi w Nowym Jorku. Tak zirytował ją kinowy sequel serialu, że miała nawet ochotę krzyczeć z mostu w stronę Manhattanu: „Carrie Bradshaw go f**k yourself”. Warto jednak pamiętać, że bajkowe, pełne przepychu sequele nie mają zupełnie ducha serialu i spuśćmy na nie zasłonę milczenia. Nie ma o czym mówić.

Czego oczekuję od nowego sezonu „Seksu w wielkim mieście”?

To nie jest pierwszy artykuł, w którym analizuję „Seks w wielkim mieście”. Broniłam kiedyś na łamach Vogue.pl bohaterek przed surową krytyką, która na nie spadła. Ciągle czuję, że sporo nam dały. Mimo wszystko.

Fot. Getty Images

Napisałam wtedy, że gdyby Carrie została wymyślona w XXI wieku, byłaby innym człowiekiem i z pewnością nie nosiłaby futra. Nosiłaby mniej luksusowe ciuchy, w torebce miałaby zawsze wielorazowy kubek na kawę, jeździła raczej rowerem. Pewnie byłaby weganką i tyrała w pięciu redakcjach, żeby związać koniec z końcem. „20 lat temu była odpowiedzią na swoje czasy – pokolenia X zajeżdżającego się w korporacjach, rozpasanego konsumpcjonizmu i bezrefleksyjnego stosunku do luksusu. Ma jednak swoje miejsce w historii telewizyjnej emancypacji kobiet. To ona utorowała przecież drogę Lenie Dunham” – pisałam.

Fot. East News

Idąc tym tropem – uważam, że Carrie po pięćdziesiątce, którą zobaczymy w nowym sezonie, powinna przejść przemianę. Jej przyjaciółki też. Opowieści o kobietach biegających w szpilkach po Piątej Alei i pławiących się w luksusie było od czasu „Seksu w wielkim mieście” niemało. Ciekawie byłoby natomiast zobaczyć, jak bohaterki radzą sobie z kryzysem wieku średniego. I dobrze byłoby, gdyby lekarstwem na upływ czasu nie okazało się czerwone ferrari. Ani torebka od projektanta.

Co może się nie udać?

Im dłużej myślę o tym, co możemy zobaczyć w nowym sezonie, tym bardziej zadanie producentów wydaje mi się karkołomne. Bohaterki z Manhattanu były doskonałą emanacją czasów, w których żyły. Ich przygody to opowieści o konsumpcjonizmie i braku elementarnej świadomości – klasowej, społecznej. Bajka o uprzywilejowaniu. To świat przełomu wieków, jeszcze sprzed kryzysu finansowego, katastrofy klimatycznej, sprzed zasad, które tworzymy w odpowiedzi na ruch #MeToo. To także świat sprzed ataku na World Trade Center – mimo że kolejne sezony powstawały do 2004 roku, to twórcy ominęli zgrabnie trudny temat, choć akcja każdego odcinka toczy się blisko Grand Zero. A skoro nie było 11 września, to nie ma jego konsekwencji – wojny i trwających do dzisiaj niepokojów na Bliskim Wschodzie.

Jednocześnie oczekiwanie od twórców komediowego serialu, by bohaterki wykreowane blisko ćwierć wieku temu odpowiedziały na potrzeby i realia 2021 roku to wymaganie od nich, by przestały być sobą. Kim byłaby Carrie  bez kompulsywnych zakupów, kolejnych szpilek od Manolo Blahnika za 400 dolarów, bez nieustannych brunchów, lunchów i kawalerki na Upper East opłacanej z jednego felietonu pisanego przez cały tydzień?

Fot. Getty Images

Carrie w tenisówkach? Pisząca o zrównoważonej modzie i ruchu Black Lives Matter? Prowadząca konto na Instagramie? Miranda jako orędowniczka rozwiązań prawnych redukujących efekt cieplarniany? Charlotta przyjmująca w mieszkaniu ciemnoskórych chłopaków swoich córek? Mieszkająca w niewielkim domku na Brooklynie, bo na skutek kryzysu finansowego, który rozpoczął się w USA krachem na rynku nieruchomości, straciła piękne mieszkanie przy Park Avenue? Komentująca przegraną Donalda Trumpa? A może bohaterki powinny spierać się o politykę, skoro Amerykanie są tak mocno podzieleni jak Polacy?

To byłaby opowieść na miarę czasów. Ale byłby to też zupełnie inny „Seks w wielkim mieście”. Czy zaakceptowalibyśmy go? Nie jestem pewna. Ale powtórka z przełomu wieków będzie tylko odgrzewanym kotletem. A odgrzewane dania są ciężkostrawne.

 

 

Dominika Buczak
Komentarze (1)

Eryk Mruk24.01.2021, 20:21
Trzeci raz wklejam już komentarz (dobrze, że zapisany), a on po paru godzinach znika. Czy obrażam czyjąś święta krowę? :P Bardzo ciekawy artykuł! Niestety wychodzi z niego brak znajomości amersykańskiej telewizji, tak typowy dla naszej zaściankowości. Mary Tylor Show już w latach 70tych walczyła z typową rola kobiety, rozwijała karierę i chociaż myślała o ślubie, to nie więcej niż bohaterki SATC. Kolejnym pominiętym przypadkiem będzie Elein, a to już grzech wielki. Seinfeld - wciąż największy serial wszechczasów, wyprzedzający Sex o niemal dekadę - jakoś w ogóle w Polsce nie zagrzał miejsca, a szkoda, bo poza inteligentnymi dialogami i genialnym poczuciem humoru, mamy tam właśnie Elein, która jest niezależna singielką, robi karierę i zmienia facetów jak rękawiczki. Już od wczesnych sezonów porusza takie tematy jak aborcja, przemysł futerkowy czy połów tuńczyków. Bo ekologia i problemy społeczne znane już były w latach 90tych, po prostu nie były aż tak oczywiste, jak są dziś. I tu wracam do pani Bradshew. Ona nigdy nie była wzorem do naśladowania. produktem swoich czasów - oczywiście, ale też zagubiona i często pustawą osobą.
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę