Znaleziono 0 artykułów
04.02.2019

Czasy są ciężkie, niech się ludzie nacieszą

Sklep z radiodbiornikami w Warszawie, lata 80. ( Fot. Zenon Zyburtowicz, East News)

Inteligenci kpili, Polacy marzyli. Polski przemysł video szykował się do ekspansji, planowano, że w 1991 r. pojawi się na rynku 200 tys. polskich magnetowidów. W 1989 r. warszawski „Kasprzak” wyprodukował ich trochę ponad 4,5 tysiąca. A w mieszkaniach było odtwarzaczy, źródła wprawdzie nie są zgodne, milion.

Wiele mówią notki w rubrykach kryminalnych. Oto warszawska milicja poszukiwała dwóch mężczyzn, którzy wynajęli pokój z telefonem, by dzwonić stamtąd do wypożyczalni telewizorów i sprzętu video. Posługując się fałszywymi danymi i dokumentami pożyczyli sprzęt na sporą kwotę i zniknęli, by sprzedać go gdzie indziej. Metoda „na wypożyczalnię” zyskiwała wówczas popularność.

Milicja w Goleniowie zarekwirowała jednemu z mieszkańców magnetowid, telewizor i kasety, bo zapraszał sąsiadów na seanse porno. Uniewinnił go sąd, dając jednocześnie zielone światło dla innych posiadaczy sprzętu video – mogli od tej pory pokazywać, co chcą i komu chcą, byle nie pobierali opłat.

„Życie Warszawy” przestrzegało czytelników przed wwożeniem magnetowidów do Egiptu – egipscy celnicy wiosną 1989 roku Polaków kontrolowali szczególnie czujnie i za znalezione przedmioty pobierali cło przekraczające znacznie ich wartość. To zaczęło się wcześniej i skończyło dużo później, ale na przełomie 1988 i 1989 roku znacznie przybrało na sile. To, czyli video szał.

Komputery jak liczydła i postępowy Janusz

W ogóle technologia zdawała się pędzić.

Na domowy telefon wciąż czekało się latami, a istniejące centrale szwankowały – w Warszawie trudno było dodzwonić się z dzielnicy do dzielnicy. Producenci jednak główkowali. Radomska Wytwórnia Telefonów wypuściła na rynek telefon „Narcyz” – następcę popularnego „Tulipana”. „Tulipan” był płaski i prostokątny, miewał klawisze, ale częściej wciąż tarczę. Podłużny wąski „Narcyz” miał klawisze i możliwość zapisania w pamięci dziesięciu numerów. Spółdzielnia inwalidów „Postęp” w Świebodzinie opracowała elektroniczny telefon „Janusz” – najnowocześniejszy ze wszystkich. Miała wprawdzie problemy z produkcją, ale na przyszły rok zapowiadała ogromną.

Warszawskie Zakłady Urządzeń Informatyki Meramat (Fot. Wojtek Łaski, East News)

W zakładach pracy pojawiały się telefaksy i komputery. Te, wśród dorosłych, wzbudzały nieufność. Jeden z kandydatów na posła uspokajał wyborców: Komputery są tak samo mądre jak liczydła. Nasze nieszczęście polega na tym, że używamy ich do liczenia, a nie jako źródła i przetwornika informacji.

Autorka programu do fakturowania „Fakir” w Porcie Szczecin-Świnoujście mówiła w zakładowej gazecie: – Do komputerów nikt się u nas nie pali. Ludzie nie są do tego przygotowani, uważają, że jak komputer, to trzeba przyjąć do obsługi specjalistów

Prasa relacjonując targi komputerowe pisała, że rynek wydaje się już nasycony. Jakby w sprawie komputerów wydarzyło się wszystko. Natomiast video wzbudzało emocje.

Gonić Zachód

Badaczka obyczaju czasów transformacji Olga Drenda pracując nad „Duchologią” zgromadziła sporą kolekcję piosenek, w których pojawia się video. W latach 80. Śpiewali o nim m.in. Kapitan Nemo („Videonarkomania”), Halina Frąckowiak („Papierowy księżyc”), czy Anna Jurksztowicz („Video Dotyk”).

Znamienny wydaje się refren tej ostatniej, napisanej przez Jacka Cygana:  

„Gonić Zachód!

Z całych sił.

Myślę wściekła

Kto pozwolił, by nam Zachód uciekł”

Video i telewizja satelitarna pozwalały być bliżej Zachodu. Ono dodatkowo należało do fantazji o byciu milionerem – mówi Drenda.

Krzysztof Teodor Toeplitz diagnozował w „Przekroju”, że szał video w Polsce wziął się mniej więcej z tego, co drogie samochody w biednych dzielnicach Nowego Jorku: „Jesteśmy biedni, ale nie bez ambicji. (…) Ludzie, których nie stać na wielkie przedsięwzięcia, kosztowne inwestycje, szukają zastępczej możliwości zabłyśnięcia”.

Była to aspiracja tyleż pożądana, co pogardzana. Felietoniści przeważnie bezlitośnie kpili. Do kanonu przeszedł tekst Agnieszki Osieckiej „Wydeo”, który ukazał się w drukowanym w „Polityce” cyklu „Galeria Potworów”. Osiecka przeciwstawiła warstwę „wydeo” romantycznym rzemieślnikom z lat 60. i ubrała w cechy prywaciarza: Źródła utrzymania wydea są rozmaite. Bardzo często legalne lub prawie legalne: kilka butików odzieżowych (Katowice, Olsztynek, Łódź), prężenie firan, magiel elektryczny, kuśnierstwo z próbami eksportu, pośrednictwo w sprzedaży ogródków japońskich, ulubione moje warzywniaki, i znienawidzona moja trucizna dla oczu: artystyczne wyroby ze skóry (brr, brr, brr!). (…) Marzenia wydea polegają na tym: żeby języki były prostsze, podatki niższe, a dewizy dostępniejsze. I żeby pozbyć się wspólnika.

Z Singapuru i Berlina

Inteligenci kpili, Polacy marzyli. Polski przemysł szykował się do ekspansji, planowano, że w 1991 roku pojawi się na rynku około 200 tys. polskich magnetowidów. W 1989 roku warszawski „Kasprzak” wyprodukował ich trochę ponad 4,5 tysiąca. A w mieszkaniach było odtwarzaczy, źródła wprawdzie nie są zgodne, milion.

Jakim cudem coraz więcej aparatury audiowizualnej pokazuje się na rynku – pozostaje tajemnicą zapobiegliwych ludzi, którzy wykorzystują braki rynkowe – mówił w „Przekroju” dyrektor generalny koncernu Elpol Dariusz Łochocki. 

Tajemnicę próbował rozwikłać dyrektor Urzędu Celnego w Warszawie Waldemar Małecki. – Wiemy, że jedzie ta aparatura z całego świata koleją, drogą morską, samolotami. A jeszcze trzeba doliczyć sprzedaż Peweksu, Baltony i wielu innych pośredników, którzy ogłaszają swoje usługi w prasie.

Przez urzędy celne przechodziło rocznie ok. 30 tys. magnetowidów, dodatkowo na Okęciu co parę dni lądował samolot z Bangkoku lub Singapuru, w którym każdy z pasażerów miał co najmniej jeden odtwarzacz. A jeszcze słano z RFN, a jeszcze rozmaite trasy turystyczne przedsiębiorczych Polaków. W Peweksie wideo kosztowało ok. 400 dolarów, w Berlinie Zachodnim dwa razy mniej. Za ile sprzedawano je na bazarach – trudno dziś powiedzieć, zwłaszcza że ceny w 1989 roku zmieniały się szybciej niż sytuacja polityczna i przeliczenie ich na wyobrażalne wartości graniczy z cudem. Tak czy inaczej ludzie przywozili, sprzedawali, kupowali i wreszcie – oglądali.

Grzecgorz Ciechowski podczas jednej z prób, 1987 rok(Fot. Elżbieta Oyrzanowska, East News)

Mniej lub bardziej soft

O ile rynek odtwarzaczy ocierał się o legalność, o tyle rynek filmów w zasadzie nie. Z wyjątkiem może założonej w 1983 roku przez Mariusza Waltera i Jana Wejcherta firmy ITI, która wydawała na kasetach filmy Columbii i Warner Bros oraz własne produkcje – kabarety Jana Pietrzaka, spektakle z warszawskich teatrów i lekcje tenisa prowadzone przez Wojciecha Fibaka. Sprzedawali kasety, za pośrednictwem Domu Książki i we własnych filiach. Powoli do wydawania kaset sposobił się Film Polski. Ale to nie było najważniejsze źródło.

Ważnym źródłem była telewizja satelitarna (na własny „talerz” trzeba było mieć pozwolenie, ale było o nie względnie łatwo), z której nagrywało się filmy. Oryginalne kasety z Zachodu przywoziły stewardesy i inne osoby, które swobodnie podróżowały – w Polsce nakładano tłumaczenie i kopiowano, ile się dało. Potem sprzedawano na bazarach, w drugiej połowie 1989 roku pojawiły się – urzędowo koncesjonowane – wypożyczalnie. Wymóg, że muszą mieć oryginalne filmy to już późniejszy czas. Autorki raportu czasopiśmie „Ekran” policzyły, że na 400 kaset w wypożyczalni, legalnych było 50.

W 1989 roku najpopularniejszy był James Bond – legalnie wydano pięć z szesnastu filmów z serii, nieuchwytne dla posiadaczy video były tylko dwa.

To przecież dzięki video trafił do nas Rambo, utorował sobie do kin Bond, Chuck Norris i Arnold Schwarzenegger. To dzięki pirackim kasetom, mimo skąpych funduszy państwowych, możemy – w kilka tygodni po światowych premierach – oglądać w naszych domach najświetniejsze osiągnięcia światowego kina. I tego rozrywkowego, i tego artystycznego – pisano w „Kobiecie i Życiu”

Wśród hitów wymieniano „Full Metal Jacket” Stanleya Kubricka i „Kamienne ogrody” Francisa Forda Coppoli. Powodzeniem cieszyły się „Akademia Policyjna”, „Rybka zwana Wandą”, filmy Stevena Spielberga, „Frantic” Romana Polańskiego, „Imię Róży” i „Rain Man”. Z Robertem de Niro, Sylvestrem Stallone i Arnoldem Schwarzeneggerem brano wszystko.

I, oczywiście, mniej lub bardziej soft, porno. Waldemar Małecki z Urzędu Celnego mówił: Dawniej konfiskowaliśmy dużo pornografii, teraz przywożą tego mniej, ale i przepisy są bardziej liberalne. [Tępimy] wynaturzenia, brutalność, demonstrację zboczeń. Ale jak nagie panienki przechadzają się po pokładzie jachtu – puszczamy. Czasy są ciężkie, niech się ludzie nacieszą.

Walkman LCS 1010 (fot. East News)

W oficjalnej prasie łatwiej było znaleźć informacje o nielegalnych filmach video niż o legalnie startujących do parlamentu kandydatach Solidarności. A w kampanii wyborczej, która zaczęła się, kiedy skończyły się obrady Okrągłego Stołu, wideo odegrało niebagatelną rolę. 

Konspiracja procentuje

Kandydaci z PZPR nagrywali filmy o sobie i odtwarzali je w centrach wyborczych albo na przykład w domach towarowych. Zaczęli to robić, gdy zorientowali się, jak z video korzysta „Solidarność”. A ta, choć od lat w podziemiu, miała większe doświadczenie.

W Gdańsku od 1981 roku, przy NSZZ „Solidarność” i wsparciu Duszpasterstwa ojców Pallotynów działała Agencja Telewizyjna Solidarność przekształcona potem w Studio Video Gdańsk. Początkowo dokumentowano wydarzenia związane z porozumieniami gdańskimi w 1981 roku, po ogłoszeniu stanu wojennego – już w konspiracji – wszelkie demonstracje i ważne zdarzenia. Wydawano filmy, które zatrzymała cenzura, m.in. słynne „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego, obrazy patriotyczne i religijne.  

W 1989 roku przydała się zwłaszcza dokumentacja. Na spotkaniach wyborczych kandydatów „Solidarności” pokazywano to, czego nie pokazała telewizja – filmy z demonstracji z czasów stanu wojennego, brutalne interwencje ZOMO i milicji.

Ludzie w małych miejscowościach byli zszokowani, nierzadko płakali widząc to okrucieństwo. Rozlegały się głosy: Nic o tym nie wiedzieliśmy – pisze w książce „Czterdzieści pięć lat, które wstrząsnęły Polską” historyk Jerzy Eisler.  

Albo zupełnie aktualne, też nieprzesadnie eksponowane w oficjalnym przekazie, relacje ze strajków w 1988 roku albo z wizyt Lecha Wałęsy w różnych miastach. Był to dla oglądających prawdziwy przełom, który 4 czerwca 1989 roku zaowocował wieloma głosami oddanymi na kandydatów Komitetu Obywatelskiego Solidarność – podkreśla Eisler.

A społecznie? Byli tacy, którzy wcale nie w polityce, a w video upatrywali źródła nadchodzących przemian. Dziennikarka „Kobiety i Życia” Anna Brzozowska podsumowując kończący się 1989 rok pisała: Na naszym własnym podwórku i satelita i video są symbolem jeszcze jednego typu przemian, które zapewne w nadchodzącej dekadzie jeszcze bardziej się pogłębią. Otóż ze społeczeństwa podzielonego na przeciętnych i uprzywilejowanych, zaczęliśmy – w latach 80. – stawać się społeczeństwem bliższym uproszczonym modelom zachodnim. Są wśród nas biedni, są zamożni i nie brak bardzo bogatych. Mamy milionerów, rosną miliarderzy”.

 

*Aleksandra Boćkowska – dziennikarka, współpracuje m.in. z „Vogue Polska”. Autorka książek o codzienności PRL: „To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL” i „Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL”. W maju ukaże się jej książka o 4 czerwca 1989 roku.

 

Aleksandra Boćkowska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę