Znaleziono 0 artykułów
03.02.2020

Czuły dokument w wyścigu po Oscara

Kadr z filmu "Kraina Miodu" (Fot. materiały prasowe)

Nominowany do Oscara macedoński dokument „Kraina miodu” to majstersztyk. W czasach, gdy na naszych oczach spłonął prawie cały kontynent, a wraz z nim ponad miliard zwierząt, ten film jest jak preambuła nowej konstytucji. 

Tegoroczne nominacje do Oscarów co najmniej z dwóch powodów okazały się sensacyjne. Po raz pierwszy w 92-letniej historii nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej nominowane zostały 62 kobiety! Również po raz pierwszy w historii w dwóch kategoriach nominowany został film dokumentalny: w kategorii pełnometrażowego filmu dokumentalnego i najlepszego filmu międzynarodowego. Ten film to „Kraina miodu” (Honeyland) w reżyserii Tamary Kotevskiej i Ljubomira Stefanova.

W tej drugiej kategorii macedoński dokument rywalizował będzie o tytuł najlepszego filmu m.in. z polskim „Bożym Ciałem” Jana Komasy. I nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że w kategorii najlepszy film międzynarodowy (do ubiegłego roku – nieanglojęzyczny) nominowane były do tej pory wyłącznie filmy fabularne. „Kraina miodu” zapisze się zatem w książkach o historii Oscara jako pierwsza fabuła non-fiction.

Nie wiem, co zdecydowało o tej historycznej nominacji. Pewne jest natomiast, że Amerykańska Akademia Filmowa daje wyraźny sygnał scenarzystom, reżyserom i producentom – nieważne, w jakim gatunku zrobicie film, liczy się wyłącznie dobrze opowiedziana historia. „Kraina miodu” to bez wątpienia jedna z najlepiej opowiedzianych historii w ubiegłym roku.

Kadr z filmu "Kraina Miodu" (Fot. materiały prasowe)

Gdzieś nad rzeką, w małej dolinie otoczonej zboczami gór, w opuszczonej przez ludzi wiosce, w kamiennej chacie, bez prądu i bieżącej wody żyje ze schorowaną matką Hatidze (Atidze) Muratowa. Bezdzietna, niezamężna pięćdziesięciolatka. Jedna z ostatnich koczowniczych pszczelarzy w Macedonii. Rytm dnia Hatidze wyznaczają pory karmienia matki, która nie rusza się z posłania od czterech lat. Resztę czasu zajmują Hatidze pszczoły. Kiedy one chcą: dzikie, ruchliwe, brzęczące. Kiedy chce Hatidze: oswojone, potulne, śpiewne.

Obserwowanie ich relacji, jest rodzajem mantry, a ruch w filmowych kadrach rodzajem baletu, pantomimy. Hatidze i pszczoły żyją w symbiozie z naturą. Razem, a jednocześnie osobno. Pszczoły mają swoje dziewicze domy w dziewiczych miejscach, które zna jedynie Hatidze. Odwiedza je tam, rozmawia z nimi, podziwia, a one pozwalają jej na wspólną wędrówkę do jej domu, by tam w prymitywnych, wykonanych z naturalnych surowców ulach, zamieniać nektar w miód. Czasami pracowite pszczoły błądzą i topią się w kamiennej kance wypełnionej wodą, wtedy pojawia się dłoń Hatidze i gałązka, listek, po których wspinają się na wolność. Ich wspólne rytuały zmieniają się wraz ze zmianami pór roku. Uczucie, które temu towarzyszy, to czułość.

Kadr z filmu "Kraina Miodu" (Fot. materiały prasowe)

„Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu. Czułość dostrzega między nami więzi, podobieństwa i tożsamości. Jest tym trybem patrzenia, które ukazuje świat jako żywy, żyjący, powiązany ze sobą, współpracujący i od siebie współzależny” – nie bez powodu przywołuję fragment wykładu noblowskiego Olgi Tokarczuk. Hatidze śmiało mogłaby być bohaterką jej książki. Taką macedońską Janiną Duszejko z „Prowadź swój pług przez kości umarłych” – powieści zekranizowanej przez Agnieszkę Holland pod tytułem „Pokot”. 

Kadr z filmu "Kraina Miodu" (Fot. materiały prasowe)

I tak jak w powieści, tak w filmie musi nastąpić zwrot akcji. W spokojne misternie splecione z przyrodą życie bohaterki „Krainy miodu”, wkraczają nowi sąsiedzi. Wielodzietna rodzina ze stadem bydła. Nie wiemy, skąd się wzięli ani kim są. Panoszą się. Wszędzie ich pełno. Wielka przyczepa, w której żyją, wygląda jak ogromne centrum handlowe, tylko wypełnione wysłużonymi ciuchami, gałganami i zdezelowanym sprzętem, a oni sami jak tłum klientów czekający na jego otwarcie w black friday.

Hatidze jest wizytą niespodziewanych sąsiadów zaskoczona, ale też ich ciekawa, w końcu na tym bezludziu zawsze to jakieś towarzystwo. Uczą się siebie nawzajem. Kobiety znajdują wspólny język, dzieci opiekunkę i kompankę do zabaw. Wreszcie zaprzyjaźniają się, bo nowi to wcale nie tacy barbarzyńcy, na jakich wyglądają. A jednak. Kiedy pełna ufności Hatidze wprowadza sąsiadów w swój pszczeli świat, następuje katastrofa. Ojciec rodziny węszy szybki biznes. Sprowadza profesjonalne ule i na masową skalę zaczyna produkować miód. Opis fabuły celowo zakończę tu, gdzie ona dopiero się zaczyna.

„Kraina miodu” to przejmująca historia o nas samych, o naszych wyborach, stosunku do planety. Ten film to nowe odczytanie pojęcia „globalnej wioski”. Opuszczona wioska Hatidze i historia w niej opowiedziana świetnie to pojęcie definiuje współcześnie. W czasach, gdy na naszych oczach spłonął prawie cały kontynent, a wraz z nim ponad miliard zwierząt, ten film jest jak preambuła nowej konstytucji.

Filmowo to majstersztyk. Poza fenomenalną bohaterką – Hatidze (dodałbym 63. nominację dla kobiety za pierwszoplanową rolę, choć to nie aktorka), każda z postaci mogłaby być pretekstem do kolejnej opowieści. Reżyserski duet ani na chwilę nie daje o nich zapomnieć. Każdy człowiek, każde ze stworzeń ma w tym filmie swój czas, który wybrzmiewa. Ich wątki się przeplatają, historie błądzą, ale zawsze spina je jakiś epizod, scena czy kadr. To także zasługa świetnych zdjęć (Fejmi Daut, Samir Ljuma) i montażu (Atanas Georgiev). Nikt i nic nie jest pozostawione samym sobie.

Kotevska i Stefanov komentując oscarowe nominacje dla ich filmu, powiedzieli: – Ponad cztery lata temu rozpoczęliśmy przygodę o nazwie „Honeyland” zainspirowaną prostymi słowami mądrości, którymi podzieliła się z nami Atidze, niezwykła kobieta, która zmieniła nasze życie: „Weź połowę, zostaw połowę”. Nie moglibyśmy sobie wyobrazić, jak daleko posunie się nasze przesłanie.

Sukces tego filmu polega właśnie na tym, że reżyserzy posłuchali Hatidze i wzięli z niej i innych bohaterów dokładnie połowę, drugą pozostawiając w nich samych.

„Wierzę, że muszę opowiadać tak, jakby świat był żywą, nieustannie stawającą się na naszych oczach jednością, a my jego – jednocześnie małą i potężną – częścią” – zakończyła noblowski wykład Olga Tokarczuk. To zdanie padło dawno po realizacji „Krainy miodu”, ale mam wrażenie, że mogło się autorom filmu przyśnić.

Artur Burchacki
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę