Znaleziono 0 artykułów
10.10.2020

Demontaż atrakcji. Gniazdo

(Fot. Materiały prasowe)

Przeszłość zamieciono pod perskie dywany. Żona jest w mężu bezustannie zakochana. On w niej też. Mają piękny dom. Tyle że nic tu nie działa. Znakomity film Seana Durkina opowiada o wybielaniu codzienności. Głównego kłamcę gra Jude Law, jego żonę Carrie Coon.

Pochodzę z rodziny remontów. Odkąd pamiętam, moi rodzice ciągle coś przebudowują. W ich domu roznosi się zapach betonu, farby, forniru albo impregnatu do jakiejś powierzchni. Trzeba pamiętać, gdzie tym razem postawili próg, a gdzie umieścili włącznik światła, żeby nie przewrócić się po ciemku. Większość rzeczy remontują sami, bo chętnie się dowiedzą, jak murować słupek, położyć okładzinę albo pomalować ścianę. Chwalą się nowymi umiejętnościami, dłubanie też ich uspokaja. Ale napotkać można tu i stolarza, elektryka albo tzw. „pana od wszystkiego”, który zrywa zbutwiałą podłogę, którą sam położył, albo znów rozbiera piec, żeby poprawić grzanie. Gdy odwiedzam rodzinne kąty, wkurza mnie ten rejwach, pył osadzający się na przedmiotach, a już najbardziej wiertarka o poranku. Zadziwia niezłomność wiecznej przebudowy – to bezustanne dążenie do doskonalenia przestrzeni mieszkalnej. 

(Fot. Materiały prasowe)

– Czy nie jest już wystarczająco dobrze? – pytam, gdy opowiadają o kolejnych planach. – Nie chcecie po prostu pożyć w tym wnętrzu? Dochodzę uparcie, bo mnie męczy nawet przestawianie mebli. Musi się coś urwać, zapaść albo przestać działać, żebym we własnym domu sięgnęła po drabinę i numer do majstra. Widocznie nie opanowałam sztuki planowania przyszłości. Bo każdy remont jest wizją nowego życia. Snutą bez końca, jeśli umiesz tynkować, piłować i szlifować. Trzeba nauczyć się żyć na budowie. Czuć się u siebie w miejscu, którego wciąż jeszcze nie ma. Nie można więc nigdy skończyć remontu. To, co umiera ostatnie, to nie nadzieja ni skarga, ale właśnie marzenie, że gdzieś, kiedyś, pod tą lampą i na tym dywanie będzie się żyło lepiej.

Ten pogląd popularny był w latach transformacji, gdy szukano modelu życia skrojonego pod nowe czasy. W Polsce jak okiem sięgnąć trwały remonty, których trzeba było pilnować, bo z placu budowy znikały materiały. Toczyła się też znacznie głębsza przebudowa. Ludzie milczeli o wioskach, z których przyjechali, o hurtowniach, które otwierali, o stoiskach, które obsługiwali na bazarze. Choć sami skończyli podstawówkę, ich dzieci miały zdać maturę, a najlepiej zrobić profesurę. Pijąc cappuccino w proszku, biedni udawali, że są bogaci. Popularnością cieszyły się książki o dawnej świetności upadłych rodzin. Małych ojczyzn, z których jedna była lepsza od drugiej. Rozprzestrzenili się genealogowie, którzy wynajdywali nieznane herby i każdemu byli w stanie dopisać szlacheckie pochodzenie. W szkole dzieci ślepo powtarzały słowa rodziców o wspaniałych przodkach. Wszyscy wywodzili się z ziemiaństwa, przemysłowców i arystokracji, tylko potracili pałace, fabryki i pola. Mieszkali w blokach z dziejowej konieczności, tej samej, która sprawiała, że ktoś był badylarzem, a ktoś prywaciarzem. Dlatego na boazerii u kogoś wisiała szabla, a za lodówką stało pianino, na którym nikt nie umiał zagrać. Dziadkowie wszystkich walczyli na wojnach, oczywiście tych wygranych, a żeby to udowodnić, warto było mieć order i portret, dostępne na każdym bazarze. Oczywiście w niedawnej historii nikt nie był w partii, za to wszyscy przemycali bibułę. Trwało zbiorowe wybielanie historii.

O tym samym, tylko w brytyjskim wydaniu, opowiada „Gniazdo” – znakomity film Seana Durkina, który wyreżyserował thriller „Martha Marcy May Marlene”. Rzecz toczy się w jeszcze bardziej klasistowskim społeczeństwie niż polskie. W Wielkiej Brytanii to, kto się kim urodził, determinuje los jak bodaj nigdzie w Europie. Awans społeczny jest niemal niemożliwy. Mieszkanie we właściwej dzielnicy i posiadanie odpowiednich znajomych ze szkoły to wstęp do kariery, ale i inwestycja w dorosłe życie. Osiągnięcia zawodowe i finansowe są niczym wobec rodowych dóbr, rezydencji podmiejskich i poparcia konkretnych osób. Bez tego daleko się nie zajdzie. Właściwie więc nic dziwnego, że bohater „Gniazda” dopisuje sobie majątek, chcąc włączyć się do socjety. W Stanach Zjednoczonych trwa właśnie era Reagana, w radiu jest mowa o imporcie tanich produktów żywnościowych z Europy, co do których „amerykańcy konsumenci nie odczują różnicy”. Gospodarka jest w gorszym stanie, niż ktokolwiek chciałby słyszeć, dlatego wiadomość zagłusza hałas młynka do kawy. W latach 80. czy teraz – wciąż wolimy śnić sen o dobrobycie.

(Fot. Materiały prasowe)

Film zaczyna się w taki sposób, że sądzimy, iż mamy do czynienia z ludźmi żyjącymi w raju. Mąż budzi żonę kubkiem kawy, odwozi dzieci do szkoły, a ona wstaje i wita się z końmi. Jakby mieli swoją stadninę, swoje miejsce na ziemi i mnóstwo wolnego czasu, by grać w piłkę i cieszyć się słońcem. Okazuje się, że to jednak zasługa filmowego montażu. Dopiero po chwili zaczynamy dostrzegać, że konie wcale nie należą do nich, dom jest podniszczony, a Rory, ojciec i mąż, planuje lepsze życie dla rodziny. Po co, skoro tu są szczęśliwi? Bo Rory to mężczyzna, który nigdy nie jest syty. Wzór mentalności, która stosami pieniędzy podwyższa niskie poczucie własnej wartości. W tej roli wspaniale wypada Jude Law, znany z blasku rozpieszczonego playboya, roztaczanego jak perfumy do włosów we flakonie z pompką – z odrobiną staroświeckości i nutką tajemnicy. Czy tak dobrze nauczył się grać księcia czy naprawdę wychował się na jachcie z księżną Dianą? Ta niepewność, wpisana w jego osobę, pozwoliła aktorowi zagrać Dickiego Greenleafa w „Utalentowanym panu Ripleyu”, gdzie był młodzieńcem idealnym – obsesją głównego bohatera, ale też wprowadzić wątpliwość: oszust czy święty w „Młodym papieżu” Paola Sorrentino.

Rory żyje ponad stan, bo jego apetyt przewyższa to, co ma na talerzu. Oczywiście można powiedzieć, że w podobnej sytuacji znajduje się całe zakredytowane społeczeństwo. Pamiętam rysunek w jednej z amerykańskich gazet: zatłoczona ulica na Manhattanie, nad każdym chmurka z kwotą na minusie, jaką niesie z sobą: na studia, dom, samochód albo codzienne wydatki. Jedynym człowiekiem na plusie jest bezdomny, któremu ktoś wrzucił do kapelusza 20 dolarów. Wynika z tego, że cały system nauki, pracy, mieszkania, biznesu jest oparty na egzekwowaniu coraz większych długów. Czym zatem Rory różni się od zwykłych ludzi? Jest mitomanem, wierzy w życiowy hazard i w to, że mimo największych strat dzięki sprytowi zawsze się odkuje. Widzi, że ludzie lubią być okłamywani, zostaje więc mistrzem opowiadania bajek na każdy temat. Kłamiący nigdy nie widzi, że nikt mu nie wierzy i jedynym, kogo nabiera, jest on sam. Jego cechą jest narcyzm, silne zaburzenie osobowości, które sprawia, że karzeł widzi w lustrze olbrzyma. Jeśli zamawia sobie portret, to od razu trzymetrowy. A i ten w końcu okaże się niewystarczający. To jak obywatel Kane czy wielki Gatsby, którzy wiedzą, że szastanie kasą to najlepsza zasłona dymna. Tym, co próbuje zasłonić Rory, są kompleksy robotniczego pochodzenia, bezguście, w jakim się wychował, i podłe blokowisko, z którego się wywodzi. Dlatego tak bardzo zależy mu na tym, aby udowodnić dobry smak, rozmach, lokowanie dochodu w gigantycznych nieruchomościach. 

Rory wstydzi się matki. Od lat jej nie widuje, a gdy wreszcie idzie ją odwiedzić, ubiera się w płaszcz z pagonami jak żołnierz wracający z wojny. Bo dziecko, które wyjechało z domu, musi udowadniać (bardziej sobie niż familii), że wygrało bitwę i zasłużyło na rodzicielską miłość. Rory udaje przed matką, że jest z siebie dumny, i wspaniałomyślnie zaprasza ją do swego życia, aby poznała wnuki. Ale ona nie chce takiego zaproszenia. Widzi, że Rory zalewa, że wciąż czuje się niewystarczający. Że w knajpie musi stawiać wszystkim, żeby czuć nad nimi przewagę. Żonie musi kupić futro, by sam poczuł, że go na nią stać. Widzi w niej bowiem blondwłose trofeum, które zdobył w Ameryce, aby w Londynie móc się pochwalić. Jest częścią jego american dream, dowodem na to, że tylko self-made man podbije świat. Kiedy więc cierpliwość Allison się kończy i demaskuje go podczas służbowej kolacji, mówiąc ze śmiechem, że jego noga nigdy nie postała w teatrze, czujemy ulgę, że wreszcie wali się fasada, którą podtrzymywała żona, aby nie robić mężowi przykrości. Bo a nuż by ją zostawił.

(Fot. Materiały prasowe)

Po „Closer” wiadomo, że z Jude’a Law nie będzie miała pociechy żadna kobieta – dlatego w „Gnieździe” uważnie śledzi się chwile, w których Rory wystawia na próbę partnerkę, czekając, jak długo to jeszcze potrwa i ona wybuchnie, kończąc tę farsę. Długo razem brną w fałsz jak lunatycy, a film oddaje ten koszmar senny bardzo sugestywnie. Oglądając go, zastanawiałam się, dlaczego Allison tak cierpliwie pozwala Rory’emu realizować jego fantazje. Gra ją Carrie Coon, niepokojąca Nora Durst z serialu „Pozostawieni” i bliźniaczka Bena Afflecka z „Zaginionej dziewczyny”. Allison jest dumna z Rory’ego i choć go nie rozumie, pozwala mu decydować. Widocznie lubi uchylać się od odpowiedzialności. Wystarczy, by wciąż budził ją kawą podaną do łóżka, żeby czuła się żoną kochaną przez męża. Pozwala mu śnić sen o byciu bogaczem – zaskoczyć rodzinę wynajęciem absurdalnej wiktoriańskiej rezydencji, wysłać dzieci do drogich szkół, a samej być obdarzoną futrem, którego nie potrzebuje. Pozwala mu pleść głupoty na przyjęciu, jakoby kupili sobie letni dom w Algarve. Pozwala na mnóstwo innych rzeczy, które nie zgadzają się z prawdą. 

Ale czy nie na tym polega właśnie bycie zgodną żoną? Zanim wyjadą ze Stanów, Allison mówi o swoich wątpliwościach matce. Ta powtarza jej, że jeśli małżeństwo ma być udane, to ona musi akceptować decyzje męża. Dlatego połyka swój głos i zaczyna oczekiwać od mężczyzny, że on zajmie się wszystkim. Jednocześnie jednak mu nie ufa i chowa przed nim własne oszczędności. Mieć przed nim sekrety, w zanadrzu zaskórniaki – oto poczucie złudnej autonomii, które sprawia, że patriarchat toczy się dalej. Po co podejmować decyzje, stawiać na siebie i dzielić się odpowiedzialnością? Lepiej schować się za mężem jak za obrońcą, kimś, kto więcej wskóra i więcej zarobi. 

Allison jako uległa żona unika konfrontacji. Ucieka w sen, coraz dłuższy, aż wreszcie przestaje zdążać z dziećmi do szkoły. Koszty błędów Rory’ego bierze na siebie, pracując w sąsiednim gospodarstwie, gdzie wykonuje czarną robotę, czyści chlewy. Gdy towarzyszy mężowi, przychodzi uczesana, zrobiona, wydekoltowana, jakby cały dzień zajmowała się tylko sobą. W tej przemianie Carrie Coon przypomina Genę Rowlands z „Kobiety pod presją”, ale bez jej pełni, pysznej urody, skrywającej rozpacz. Bohaterka „Gniazda” jest krucha, nie umie udawać. Gdy zdycha jej koń Richmond, to umiera jej marzenie o Rorym. O tym, że śliczny krętacz, któremu oddała serce, będzie jej czarnym koniem w gonitwie o wyższe miejsce w społeczeństwie. 

Trudno powiedzieć, czy Allison rzeczywiście pragnie mieć stadninę i takie życie, ku jakiemu popycha ją facet. Jest pracowita, zna swoje możliwości i potrafi być asertywna wobec wszystkich oprócz męża. Dlaczego tak ją omotał? Może ona też uważa go za trofeum i nie chce stracić? Jedyne, czego brakuje w tym układzie, to jego wiele kochanek. Rory jest tak skupiony na zysku, że zapomina, iż powinien zdradzać żonę, by udowodnić, że jest samcem alfa.

(Fot. Materiały prasowe)

Wspaniałe zdjęcia „Gniazda” zrobił Mátyás Erdély, węgierski autor zdjęć do „Syna Szawła”, „Schyłku dnia” i „Łagodnego potwora”. Tu stworzył mroczne, wciągające obrazy, sugerujące głębię, ale i zagubienie. Postaci wynurzają się z ciemności na dużych zbliżeniach. Widać zimny pot, który ich oblewa, ślinkę, która im cieknie, łzy płynące z wściekłości. Zdjęcia utrzymane są w ciemnej, brązowo-zielonej tonacji. Ten film pachnie brandy, leżakującym w dębowej beczce. Lśniącym barkiem z mahoniu, z którego wyciąga się butelkę, trzymaną na specjalną okazję. Stołem do bilarda, który ma się tylko dla siebie. Pachnie dobrze wyprawioną skórą, mosiężną popielnicą i ręcznie skręcanym cygarem, palonym w głębokim fotelu, przy kominku. Taki wizerunek chciałby w swoich oczach mieć Rory. Może wtedy wreszcie by poczuł, że inni go szanują. Nie wiemy, co stało się z jego ojcem, w jaki sposób był wychowany. Ale można przypuszczać, że jako chłopiec Rory tak właśnie wyobrażał sobie bycie mężczyzną. Mógłby odrzucić fantazje i po prostu żyć. Przecież robi to, co lubi, żona i dzieci go kochają. Zresztą w jednym zdaniu rzuconym nad tostem odsłania się, dla którego dziecka Rory jest ojczymem, dla którego ojcem. To początkowy dialog filmu, a już pokazuje klasę scenariusza tego filmu. Ustawia relacje, ale nie wyjaśnia, co działo się, zanim ta czwórka została rodziną. Nigdy nie pada też ani jedno zdanie o byłym Allison, ojcu jej córki. Nie wiemy, w jaki sposób Rory uciekł ze swego otoczenia i trafił do Stanów. Przeszłość zamieciono pod perskie dywany. Żona jest w mężu bezustannie zakochana. On w niej też. Mają piękny dom. Tyle że nic tu nie działa.

„Gniazdo” jest pełne ironii – Rory spowiada się taksówkarzowi i liczy na fart, niestety, idzie całą noc przez pole, by wrócić do domu. Jego ulubionym tostem wita go córka, która choć właśnie skończyła balangę, bo burzliwie przechodzi dojrzewanie, to musi zająć się rodzicami, bezbronnymi jak dzieci. Świetna Oona Roche w tej roli sprawia wrażenie, jakby w każdej chwili mogła się stoczyć, a zarazem to ona sprawuje kontrolę nad domem – dojrzała nad wiek i krytyczna wobec bezwolnej matki, ona pierwsza zauważa, że rodzina staje się coraz bardziej nieszczęśliwa. Jej brat jest cały drżącym ciałem, które wyraża bolączki tego domu. Przestraszony, bezbronny, samotny zachowuje się tak, jakby zaraz miał popełnić samobójstwo. To wszystko jednak ogląda się bez patosu, ze świadomością schematu, który ciąży nad rodziną O’Harów. 

„Gniazdo” przeczy słowom Tołstoja, że „wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, a każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób”. Ta nieszczęśliwa rodzina z filmu przypomina wiele innych, żyjących według zasad wpojonych przez przodków, nieszczęśliwych w swoich małżeństwach. Wiara w remont jest dewocją – prawdą absolutną, która zakłada, że wraz z domem zmienią się mieszkający w nim ludzie. Pozorna ogłada, komfort, nowoczesność nie naruszają fundamentów, na których opierają się relacje między członkami familii. Najczęściej remontujemy nasze życie na szybko, żeby tylko pokryć dziury zdobną tapetą i pochwalić się, jak dobrze poszło. Rodzina nie będzie zdolna do prawdziwej przebudowy, jeśli każdy najpierw nie przeprowadzi remontu sam na sobie. 

Adriana Prodeus
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę