Znaleziono 0 artykułów
09.11.2019

Demontaż atrakcji. Lady Terminator

Kadr z filmu „Terminator: Mroczne przeznaczenie” (Fot. Materiały prasowe)

„Terminator: Mroczne przeznaczenie” to jak seans dwóch pierwszych części cyklu Camerona okraszony współczesnym chichotem. Ekologiczny, bo każda scena pochodzi z recyklingu. Feministyczny, bo choć filmu nie napisały ani nie wyprodukowały kobiety, to one rządzą na ekranie. Reaktywacja uzbrojonego robota kpi z mitu tak zwanych prawdziwych mężczyzn.

„Co dziś na kolację? Plastik”. Gdybyśmy używali Facebooka w 1984 roku, dziś przypomniałby nam te prorocze słowa. Albo słynne: „Jeszcze tu wrócę” wypowiadane przez Arnolda Schwarzeneggera. Słowa, jak się okazało, wcale nierzucone na wiatr. Wróciły wraz z wiatrem historii po 35 latach. Tyle że teraz wypowiada je Sarah Connor – nie cyborg, lecz grana przez Lindę Hamilton kobieta po przejściach. Teksty Arniego hulają na ekranie, przekazywane z ust do ust silnych bohaterek, które zastąpiły tępego osiłka. A on z własnej kreacji robi sobie jaja. „Terminator” nigdy dotąd nie był śmieszny aż do tego stopnia.

Kadr z filmu „Terminator: Mroczne przeznaczenie” (Fot. Materiały prasowe)

Jego plakat wisiał niegdyś w pokoju każdego chłopaka, choć znam intelektualistów, którzy niepotrzebnie się tego wstydzą. Czasem sąsiadował z Sylvesterem Stallone’em lub z Claudem Van Dammem, ale Schwarzenegger stał na szczycie podium jako najbardziej umięśniony i najbardziej dowcipny z tej trójcy. Wcale nie bił się najlepiej, nie miał też cenionej wówczas kamiennej twarzy, ale chrapliwym, niskim głosem z niemieckim akcentem patetycznie wypowiadał najprostsze frazy. Gładkie, opalone ciało szeroki jak szafa trzydrzwiowa Schwarzenegger obnosił dostojnie po planie filmowym, jakby z każdej strony trzymali je niewidzialni pomocnicy. Kpił z roli strongmana, jaką mu przypisywano. Scena z „Terminatora 3”, gdzie na cmentarzu strzela z karabinu, osłaniając się metalową trumną, trzymaną lekko na ramieniu, zainspirowała wiele fantazyjnych pogrzebów. Niosąc pień drzewa, prawie podrygiwał, wraz ze swoją filmową córeczką karmiąc z ręki sarenkę („Komando”). 

Schwarzenegger uwielbiał się wygłupiać. Na spotkania z publicznością chętnie zakładał czerwone, robotyczne oko i żartował ze swojego imidżu w komediach takich jak „Gliniarz w przedszkolu”. Mimo to przeszedł do historii jako T-800 Model 101, najpierw zły, nasłany na kobietę, której mające się urodzić dziecko zagraża zwycięstwu Skynetu, a potem dobry – jako obrońca nastolatka, któremu trzeba podać rękę z przyszłości, zanim nastanie apokalipsa i chłopak stanie się rebeliantem.

Kadr z filmu „Terminator: Mroczne przeznaczenie” (Fot. Materiały prasowe)

Mój kumpel zdał maturę z polskiego tylko dzięki temu, że spanikowany porównał wiersz zadany w wypracowaniu właśnie do „Terminatora”, ówczesnego mitu o mocarzu. Inna sprawa, że były to czasy bez testów, gdy ogólną erudycją można było nadrobić braki w liście lektur. Skłamałabym, mówiąc, że nie byliśmy trochę maszynami: ktoś miał śrubę w nodze, ktoś stenty w aorcie, w zębach koronki. Było czym pikać na magnetycznych bramkach. Udoskonalanie ciała miało się dobrze. Wtedy jednak humor „Terminatora” nie wydawał się aż tak oczywisty. 

Kadr z filmu „Terminator: Mroczne przeznaczenie” (Fot. Materiały prasowe)

Widać go za to wyraźnie dziś, gdy kino klasy B nabrało szlachetnej patyny, a kultura ironii każe się śmiać ze wszystkiego. Zarówno z niezgrabnych, kartonowych efektów specjalnych pierwszej części, jak i udanych, ciekłometalicznych z drugiej, która jest tak nowoczesna, jakby wręcz sprzed chwili. Pra-Terminatory okazują się wcale niezłą komedią, gdzie zwykła kelnerka pracująca w burgerowni może się stać celem zmasowanego ataku mechanicznych zabójców. Może też zajść w ciążę z robotem i po szalonej nocy urodzić całkiem udane dziecko. Stare Terminatory są jak słynna czerwona perspektywa skanującej otoczenie maszyny: zaczerpnięta z kodu asemblera procesora 6502 komputera Apple II+. Tę kwadratową kolubrynę o zastraszającej pamięci 8 kilobajtów wciąż można podłączyć i będzie działać. Dzięki temu, że jest prosta. To samo dotyczy „Terminatora”.

Świat „Terminatora”, jak pomyślał go James Cameron, wizjoner filmowej produkcji ceniony za „Obcego”, „Titanica” i „Avatara”, nie stanowił nigdy żadnej kosmogonii, tylko pretekst do zabawnych strzelanin między ludźmi a cyborgami. Dlatego istniało wiele wariantów przyszłości, z których co chwila przybywały kolejne terminatory, by znów komuś zagrażać. Dokonać „czegoś w stylu wstecznej aborcji” na kobiecie, która gdzieś, kiedyś, z kimś ma podobno mieć syna.

Właśnie z tej idei, wzorowanej na królu Piłacie, który ponad dwa tysiące lat temu ścigał sławne niemowlę, naigrywa się nowy „Terminator: Mroczne przeznaczenie”. To jak seans dwóch pierwszych części cyklu Camerona okraszony współczesnym chichotem. Ekologiczny, bo każda scena pochodzi z recyklingu. Feministyczny, bo choć filmu nie napisały ani nie wyprodukowały kobiety, to one rządzą na ekranie, odsyłając do lamusa prawdziwych mężczyzn. Stanowią zgraną drużynę: na celowniku tym razem znajduje się Dani, grana przez Natalię Reyes, gwiazdę latynoskich seriali, znaną u nas ze „Snów wędrownych ptaków”. Broni jej Grace,czyli ludzka maszyna, a raczej mocno stuningowany człowiek, przystosowany do krótkiej, wydajnej akcji, po której zaraz mdleje. 

W terminatorkę z atomowym napędem wciela się Mackenzie Davis, wyspecjalizowana, można rzec, w graniu mrocznych awatarów („Blade Runner 2049”, „Tully”, „Czarne lustro”). Podobna do gwiazd lat 80.: Laury Dern, Daryl Hannah czy Robin Wright, bywa obsadzana w remiksach tamtej epoki. Jako następczyni Schwarzeneggera radzi sobie wyśmienicie: jakby urodziłasię w Austrii i zjadła zęby na kulturystyce. Ma w sobie tę samą posągowość i sztywność greckiej figury. Podobnie patrzą jej pozbawione źrenic, puste, nieprzeniknione oczy. Niczym zrobiona z pancernej porcelany, rozwala przeciwników bez wysiłku. Aż sama się rozładuje i padnie. 

Kadr z filmu „Terminator: Mroczne przeznaczenie” (Fot. Materiały prasowe)

Trzecią muszkieterką jest legendarna Sarah Connor, mentorka młodych kobiet, która rzuca od niechcenia, że razem z synem uratowała przed zagładą błahe trzy miliardy ludzi. Wie, jak nauczyć Dani strzelać, jak sprytnie uciec i jak podejść wroga. Mordercze doświadczenie przydaje jej się przy tworzeniu żeńskiej brygady, która, choć nie wierzy w swoje siły, jednak zwycięża. Z pomocą starego Carla, dawnego terminatora, którego znajdują w leśnej chacie.

Schwarzenegger – poczciwy, posiwiały, w koszuli w kratę, siedzi na werandzie i nosi żonie zakupy z auta. Nie zabija, ma już inną robotę: sprzedaje zasłony. Przekonuje, że w pokoju dziecięcym nie sprawdzą się gładkie tkaniny, lecz kwiatki, biedronki czy baloniki. Dlaczego żona się nie zorientowała, że żyje z robotem? Podobało jej się, że sprawnie zmienia pieluchy i nie ma problemu z wstawaniem do dziecka, bo nie potrzebuje snu. Fakt, że wszyscy nawzajem oczekujemy od siebie, że będziemy maszynami: w pracy, w domu, w łóżku, jest w filmie kolejnym powodem do żartu. Pointa jest ważniejsza niż ciąg przyczyn i skutków.

Jedynym kłopotem kobiet są męskie maszyny, które nie chcą ich słuchać. Jak T-800, zanim stał się dobrotliwym emerytem. To jemu Sarah nie umie wybaczyć, choć brzmi to raczej jak czcza deklaracja. Bo oboje: Linda Hamilton i Arnold Schwarzenegger, spotykając się na ekranie, sprawiają wrażenie starych przyjaciół, którzy woleliby poklepać się po plecach, ale, niestety, muszą grać antagonistów. Konwencja jest ważniejsza niż realizm postaci.

Kadr z filmu „Terminator: Mroczne przeznaczenie” (Fot. Materiały prasowe)

Dlatego „Terminator” jest jednym wielkim gabinetem luster. Przegląda się sam w sobie i zanosi się śmiechem, gdy się rozszerza, zwęża i rozszczepia w tysiące małych terminatorków. Gdy pracownik fabryki aut widzi, że stracił rację bytu, bo oto zastąpiła go maszyna. Gdy młoda kobieta dowiaduje się, że ma być maszyną do rodzenia dzieci. Gdy ciała terminatorów spadają z nieba jak dorosłe, muskularne embriony. W nowej wersji są to kobieta i mężczyzna, którzy od razu szukają sobie ubrań, jak Adam i Ewa, którzy właśnie się zorientowali, że chcą się okryć. Tyle że nie przylecieli z przyszłości, która miałaby być rajem. Raczej z piekła apokalipsy, by nam przypomnieć, że nic dobrego nas nie czeka, a tu i teraz żyjemy w raju.

Kadr z filmu „Terminator: Mroczne przeznaczenie” (Fot. Materiały prasowe)

„Terminator: Mroczne przeznaczenie” to mechanizm, którego wszystkie zębatki dobrze znamy. Znów wielkie koła rozgniatają małe autko w morzu czaszek, gdzie „maszyny podźwignęły się z nuklearnych zgliszczy”. Nieustępliwy Rev-9 (Gabriel Luna) znów niszczy wszystko na swojej drodze jak terminator, który miażdżył butem różę, słuchawki walkmana czy legendarne okulary.

Jedyna różnica to ta, że dawny kafar był odlany ze stali i wypełniony kablami, a nowy wygląda jak ulepiony z ciekłokrystalicznej smoły i grafenu. Dla tych więc, którzy liczyli na świeży model, „Terminator” szóstka będzie rozczarowaniem. Z tych samych powodów zaliczy też apokalipsę box-office'u, bo klienci ponad wszystko pragną nowego prototypu. Porównując go do poprzedników – jak smartfona ze starą Nokią – sarkająrzewnie, że wszystko już było. 

Ale ten film zrywa z franczyzą. Odmawia funkcji bycia nowym nabytkiem gadżeciarza. Wybiera cel bycia swoim własnym remakiem dla widzów, którzy mogą naprawdę nie wiedzieć, kto to Schwarzenegger. Nie znają Arniego – ikony atletyki sprzed crossfitu i wegańskiej diety w sieciowej siłowni, za to z czasów, gdy szło się na łąkę boso robić przysiady. Nie znają ikony popkultury z krwii kości, sprzed wysypu superbohaterów, których twarze wkleja się w greenboksie w wygenerowaną cyfrowo resztę. 

Nowy „Terminator” nie chce tych, którzy go nie znają, uczyć, jak drzewiej bywało. Raczej ośmiesza rodziców prawiących morały, jak to stwarzali potęgę za pomocą zardzewiałych sztang. Puszcza oko do własnych wspomnień. To film, który wie, że starzy zawsze patrzą wstecz, a młodzi w przód, i te spojrzenia rzadko się krzyżują. A przeciąć mają się właśnie w Schwarzeneggerze. „Terminator” żegna się ze swoim bohaterem, wciąż w świetnej formie fizycznej i w sile autoironii. 

Przekazuje pałeczkę bandzie wątpiących, lecz odważnych kobiet. W przeciwieństwie do dawnych filmów serii nie widzi ich już jako maszyn do uwodzenia i zabijania, niebezpiecznych, pociągających, lecz zdradliwych. Choć przecież tak najczęściej bywa w sci-fi: w filmach „Ona”, „Ex machina” czy w założycielskim micie „Metropolis”. Terminatorka po #MeToo nie może być już pokazana jako obiekt westchnień. Przyszłość też przestaje być ciągłą powtórką paranoi. Bo siła dystopii dawno już się wyczerpała. Zamiast tego twórcy obserwują dziewczynkę na placu zabaw. Nikt nie zna odpowiedzi, co z niej wyrośnie.

Adriana Prodeus
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę