Znaleziono 0 artykułów
01.01.2022

Demontaż atrakcji. „Licorice Pizza”

01.01.2022
Rex Features/East News

„Licorice Pizza” odsyła do kalifornijskiej San Fernando Valley lat 70., gdzie funkcjonowała sieć sklepów płytowych o tej nazwie. Rdzeniem tego kina jest przypadek. Losowe zdarzenie lub żart losu, nie wiadomo. Widać tylko konsekwencje – szalony taniec rzuconego niedbale kamyczka, który uruchamia lawinę niezwykłych zdarzeń. Paul Thomas Anderson relacjonuje historie, które zasłyszał, tworzy z nich epizody i łączy w sznur korali ułożonych w szczególnym rytmie.

Ciotka Dora, ciotka Cyla, ciotka Rózia, ciotka Lala, ciotka Misia – od nich były zawsze paczki z zagranicy. Pachniały jak perfumy ekscytującej osoby, która nagle weszła do pokoju. Jeszcze nierozpakowane emanowały elegancką wonią, którą tworzył złożony bukiet: ciepły, zapychający zapach motków wełny, drażniący aromat czekolady i kakao, a na to wszystko chłodna, tłusta obietnica szynki w puszce. Znajdowano też coś dla dzieci: gumy do żucia w twardych listkach, batoniki zagadkowych marek, a nade wszystko paczki Haribo, które rozdzielano każdemu po garści niczym małe precjoza. Wciskaliśmy je do pięści i hołubiliśmy jak kamienie szlachetne oglądane pod światło.
Wśród nich najmniejszą popularnością cieszyły się czarne pałeczki lub zwitki. Nikt ich nie lubił, a zawsze były w paczkach, więc nauczyliśmy się ich unikać. Handlować za płaskie wisienki czy granulkowe maliny. Jedną za cały stosik miękkich węgielków. Czasem były ukryte w kolorowych kanapkach czy rurkach – wtedy należało rozgryźć i zjeść warstwę z zewnątrz, a środek zostawić. Instrukcja obsługi przypominała tę dotyczącą ciastek: zębami zdrapać czekoladę, wylizać nadzienie, resztę wyrzucić. Tymczasem w wyniku demontażu cukierka na dłoni zostawała czarna grudka lukrecji. Łakoć niezrozumiały. Niby słodki, a gorzki i słony, nie dawał rozkoszy podobnej przezroczystym miśkom. Po nim nic do ust wziąć się nie chciało. A mimo to nauczyłam się lubić ten smak zbliżony do syropu na gardło, który do dziś kojarzy mi się z babcią Maniusią wracającą z zagranicy z torebką czarnych, lśniących ślimaczków.

Rex Features/East News

Gdy skończył się PRL, zapomniano, że kiedyś nie było słodyczy i smolisty kabel zupełnie wyszedł z użycia. Żucie gumowatej, dziwnej materii przypominało scenę, w której Charlie Chaplin je sztućcami swój but ugotowany w rondelku, obiera podeszwę z gwoździ niczym rybę z ości i nawija sznurowadła na widelec jak spaghetti. Pyszne, jeśli nic innego nie ma pod ręką. Zresztą rekwizyty w „Gorączce złota” były zrobione właśnie z lukrecji, stąd pewnie przekonujący wyraz twarzy aktora. Jak mogłoby naprawdę to komuś smakować? Lepiej uznać to za otwierające głowę doświadczenie. Jak pizza z lukrecją, „Licorice Pizza” – tytuł nowego filmu Paula Thomasa Andersona – warto jej spróbować, gdyż pod ręką jest za dużo innych filmów, które przy tym smakują co najwyżej jak zżute zelówki.

Tyle że „Licorice Pizza” nie oznacza dania, które będzie serwowane, lecz odsyła do pewnej epoki: lat 70. w kalifornijskiej San Fernando Valley, gdzie funkcjonowała sieć sklepów płytowych o tej nazwie. Pizza z lukrecji to winyl, album długogrający, który obraca się na gramofonie, emanując specyficznym, niemal dotykalnym brzmieniem. Jest ono dla twórcy tak ważne, że film nakręcono na taśmie 35 mm, używając starych obiektywów, które oddają feeling kina sprzed pół wieku.
Zdaniem wielu był to najlepszy okres w amerykańskim kinie: „Czas apokalipsy”, „Taksówkarz”, „Ojciec chrzestny”, „Chinatown”, „Maratończyk”, „Nashville”, „Wszyscy ludzie prezydenta” i tak dalej, długo by wymieniać. Jednak dla reżysera „Licorice Pizza” punktem odniesienia nie jest to, z czym kojarzy się kino amerykańskie lat 70., ale raczej wrażenie, jakie wywierało na widzu. Mianowicie chodzi o to, że film ma się toczyć własnym torem, nieprzewidywalnym jak życie. Owszem, ujęte w pewne ramy gatunkowe – w tym wypadku coming of age movie łamane przez romans – ale jednak złożone z wielu przenikających się wątków, które mogą zrazu wydać się niepotrzebne, mogą być wzięte za dygresję, bo każdy element, który pojawia się w toku akcji, niekoniecznie bywa znaczący i wcale nie staje się kluczem do odczytania filmu. Które ze szczegółów okażą się istotne, pokaże czas. Widz może w pełni zanurzyć się w filmie, zamiast go analizować i przewidywać zakończenie.

Chodzi o wrażenie płynności świata na ekranie i jego rozległości – nie kończy się on w punkcie widzenia kamery, ale ciągnie się dalej, choć oglądamy tylko jego mały wycinek. Scenografie wydają się istnieć naprawdę, a nie być zbudowane od-do krawędzi ujęcia. Bohaterowie zdają się mieć swoje życia, w które nie wchodzimy, ale jesteśmy pewni, że trwają one nadal, gdy seans już się skończy. Co zaraz zdarzy się na ekranie, nie wiedzą ani postaci, ani publiczność, również sam reżyser udaje, że tego nie wie. Historia rozwija się i gwałtownie skręca, jakby pędziła po górskiej serpentynie. Nikt nie przewidzi, co czeka za zakrętem. Niby od pierwszej sceny ustalony jest główny temat, ale zaraz znika nam z oczu, bo wciąż zdarzają się różne rzeczy, które tylko opowiadane wstecz zyskują porządek. Życie przeżywane wprzód to ciągły chaos. „Licorice Pizza” daje takie doświadczenie – autentyczne uczestnictwo w czymś zgoła nieistotnym, bo wciąż czekamy na lepszy rozdział, wierząc, że to coś prawdziwego jest dopiero przed nami. Tymczasem niczego takiego nie ma i sens trzeba wyłuskać z detali.

Rex Features/East News

Rdzeniem tego kina jest przypadek. Losowe zdarzenie lub żart losu, nie wiadomo. Widać tylko konsekwencje – szalony taniec rzuconego niedbale kamyczka, który uruchamia lawinę niezwykłych zdarzeń. Alana Kane (Alana Haim) zjawia się na ekranie jak spod ziemi, intensywna i nieodgadniona. Kim jest, chciałoby się wiedzieć, ale nie ma na to czasu, bo dziewczyna porywa nas w lot, którego jest przewodniczką. Odbywa się on na terenie szkoły średniej w słoneczne popołudnie, gdy szereg podekscytowanych nastolatków przesuwa się gęsiego do sali gimnastycznej. To ważna chwila – nie wiadomo, casting czy zdjęcie klasowe – czuć tremę, pewne skrępowanie. Alana pyta, czy ktoś chce grzebień albo lusterko, i od razu łowi ją chłopiec. Rudy, przysadzisty, pryszczaty, który podrywa ją, choć pozornie nie ma u niej szans.
Energia, która rodzi się między nimi, przypomina moment, gdy powietrze jest naelektryzowane. Czuć, jak na głowie naprężają się cebulki włosów, rozszerzają źrenice. Świat wystrzela w kosmos z powodu błahego z pozoru spotkania. Odtąd dziewczyna i chłopak będą biegać aż do końca filmu – we wszystkich kierunkach, od siebie i do siebie. Biegną, bo spieszy im się do dorosłości, do przeżyć: podróży, seksu, zakochania, zarabiania pieniędzy, a nade wszystko sprawdzenia się w nowych sytuacjach. Biegną z nadmiaru energii, bo nic lepiej niż bieg nie wyrazi potrzeby pędu, który czują w środku.

Alanę i Gary’ego (Cooper Hoffman, syn Philipa Seymoura Hoffmana, bardzo do niego podobny) dzieli różnica wieku. On, choć zgrywa starszego, ma tylko 15 lat. Ona, choć spędza czas z młodszymi, ma lat 25. Jednak żadne z nich nie wykorzystuje przewagi lub słabości drugiego. Szanują się i traktują na równi, choć iskrzy między nimi przekora. Alanie trudno uwierzyć, że Gary ma na nazwisko Valentine, jest popularnym dziecięcym aktorem i pracuje dla niego jego mama aktualnie zajęta kasynem w Las Vegas. Alana zostaje więc opiekunką chłopaka, by mógł pojechać w trasę na dziecięce występy.

Relacja, która rodzi się między nimi, nie pasuje do wzorów pierwszej miłości. Wcale nie ma na celu być miłością, choć Gary zwierza się bratu, że oto i jego przyszła żona. Poznają się i towarzyszą sobie, raz bliżej, raz dalej. Sami nie wiedzą, jakie żywią do siebie uczucia i dokąd ich to doprowadzi. Gary’ego interesuje głównie seks, dlatego podrywa wciąż nowe koleżanki, czym Alana się brzydzi. A raczej czego się boi, bo myślała, że zależy mu właśnie na niej.

Szuka więc sobie chłopaka do chodzenia, ale potencjalny kandydat odwala chałę u niej w domu, gdy nie chce w szabat odmówić kiduszu nad chałą mimo nalegań ojca rodziny (Mordechai Haim, ojciec aktorki, gra tu wraz z jej matką Donną i siostrami Este i Danielle – poznajemy całą rodzinę Haimów). Gość grzebie kompletnie swoje szanse, deklarując, że choć obrzezany, nie jest żydem. Alana rozumie, że znaleźć chłopaka nie będzie łatwo. A najważniejsze dla niej to wyrwać się z rodzinnego domu.

Rex Features/East News

Rezygnuje więc z inwestycji w życie uczuciowe i oddaje się pracy – nawet lepszej niż fotografowanie dzieci w szkole, bo sprzedaży łóżek wodnych, pracy w show-biznesie, a potem polityce. Sednem tych interesów jest obrotny Gary, który ledwo zasłyszy, że rząd uchyla zakaz funkcjonowania salonów gier, a już obdzwania ludzi, skupując maszyny, i otwiera pierwszy pałac flipperów w Encino.
Lawina pomysłów i przygód łączy liczne młodzieżowe grono złożone z młodszego rodzeństwa Gary’ego – solidarne i gotowe, by angażować się w nowe inicjatywy. Nie znają smaku porażki, czego najlepszym dowodem jest reakcja na kryzys paliwowy i wieść, że przyszli milionerzy nie będą mogli rozwijać biznesu łóżek wodnych. Słychać wtedy pierwsze takty melancholijnej piosenki „Life on Mars?” Davida Bowiego i ekstatyczny refren, który uwalnia kolejny bieg – przez ulice miasteczka, przez korki aut pozbawionych paliwa, przez tłum dorosłych niepodejrzewających, co przeżywają niby nieświadome niczego dzieci.

Po ich stronie staje reżyser Paul Thomas Anderson, który opowiada perypetie małolatów na poważnie, tak jak pamięta dorastanie. Bez uniżoności, protekcjonalności, bez dosładzania. To nie dorosły przypomina sobie, jak to było pod wpływem smaku lukrecjowej magdalenki. To małolaty oddają swój punkt widzenia, mówiąc, jak to jest dojrzewać, nie mieć pojęcia, czy to się kiedyś skończy, i jak wygląda w oczach starszych ten dziwny, splątany, nadwrażliwy moment. Dzięki temu, że PTA (czytaj: pi-ti-ej) – bez przesady można powiedzieć: reżyser dziś kultowy – zaprasza do współpracy nad filmem znajomych i przyjaciół, prosi ich o pomysły i pozwala działać w obrębie ustalonych przez niego granic, dostajemy dzieło tak wielowymiarowe. Na to kino składają się zarówno odtwórcy ról, profesjonalni czy też naturalni, jak i autor zdjęć Michael Bauman, kompozytor Jonny Greenwood czy montażysta Andy Jurgensen.
Metoda pracy, wzmocniona przez szczególne warunki pandemii, owocuje filmem bardziej poziomym i otwartym niż poprzedni gotycki „Nić widmo”, film hieratyczny, zaprzątnięty samym sobą i wyrafinowany do tego stopnia, że odrzucił mnie jako jedyny w dorobku PTA. Poza tym nie będę ukrywać: jestem jego fanką. Od czasu „Boogie Nights”, „Magnolii” i „Lewego sercowego” zapisałam to nazwisko w moim karneciku. Kolejne monumentalne filmy: „Aż poleje się krew”, „Mistrz” i „Wada ukryta” przekonały mnie, że mam do czynienia ze współczesnym klasykiem, którego na pewno chcę śledzić, pozwalać mu się zachwycać i pozwalać sobie go krytykować. Charakterystyczny styl PTA opiewany jest przez krytykę, widzów i innych reżyserów. Nieprzypadkowo postać młodego polityka Joela Wachsa w „Licorice Pizza” gra Benny Safdie, twórca „Nieoszlifowanych diamentów”, który w filmach i wywiadach składa Andersonowi hołd.

Rex Features/East News

Co takiego niezwykłego osiąga PTA w filmie „Licorice Pizza”? Relacjonuje historie, które zasłyszał, tworzy z nich epizody i łączy w sznur korali ułożonych w szczególnym rytmie. Znakiem rozpoznawczym reżysera są długie ujęcia, mastershoty, skomplikowane jazdy kamery, skoncentrowane najczęściej wokół postaci męskiego bohatera. Tu jest inaczej – w centrum jest dziewczyna, a najbardziej niezwykłe sceny zbudowano wokół osobliwych, niejednoznacznych zdarzeń. Na przykład głuchych telefonów, gdy niepokojącej wymianie oddechów przysłuchuje się rodzeństwo. Albo sceny z zapałką, gdy agentka aktorów widziana w ogromnym zbliżeniu przypiera do muru dziewczynę. Chce ją zatrudnić, bo „Żydówki są teraz w modzie”, a w powietrzu unosi się niewidzialny duch Barbry Streisand, wielkiej artystki, jeszcze przed „Yentl”, a już po „Narodzinach gwiazdy”. Jest więc pożądanie, ale jest i opresja. PTA portretuje moment, gdy amerykańscy Żydzi byli traktowani w Hollywood jako „obcy udomowieni”, a amerykańscy Japończycy wciąż reprezentowali „obcych niebezpiecznych” 30 lat po Hiroszimie.
Epizody z Japonkami na przesłuchaniu i w japońskiej restauracji Mikado pokazują, jak bardzo rasistowskie i ksenofobiczne było wówczas społeczeństwo.

„Licorice Pizza” oddaje rozseksualizowaną atmosferę tamtych czasów. Na widok długich nóg Alany wciąż oblizują się starzy faceci i wykorzystują każdą okazję do obleśnego żartu. Naiwnie i nieświadomie robi to także Gary, chwaląc się ze sceny dziecięcego przedstawienia, że ostatnio dotykał trzech myszek. Nie wie jednak, że co wolno mężczyźnie pijącemu whiskey i palącemu papierosa, tego nie wolno chłopcu. On ma występować w piżamce jako fantazja dorosłych o tym, czym powinny być dzieci.
Film lekko, ale dotkliwie rozlicza się z systemem opartym na dominacji silniejszych nad słabszymi. Wrzuca do shakera bohaterów takich jak Jon Peters (Bradley Cooper), prawdziwą postać, która oddała fabule swoją ulubioną podrywkę – metodę rozbrajania dziewczyn. Albo mimochodem prezentuje na łóżkach wodnych erotyczne zachowania kobiet, zatrudnionych, by wznieconym znienacka podnieceniem sprzedać klientowi absurdalny mebel.

Nie żyłam w latach 70., ale kojarzą mi się z taką właśnie prowokującą seksualnie atmosferą. Na jednym ze zdjęć w rodzinnym albumie mój tata, lata przed moim narodzeniem, leży na leżaku pod palmą w jednym z demoludów albo w ogrodzie u ciotki Dory, ciotki Cyli, ciotki Rózi czy ciotki Lali. Opalony na brąz, długowłosy, ubrany w kąpielówki na jednym zdjęciu czyta „Playboya”, na drugim „Hustlera”. Ciotki pewnie nie wiedzą, że gazetkę dał mu wujek Kolciu, Fanny albo Genny. Wówczas były to męskie zainteresowania. Auto na pustyni i rozłożona na masce naga pani. Albo coś innego, na co bym nawet nie wpadła. Grunt, że rozkosze wyzwolonej obyczajowości Zachodu malują się tacie na twarzy. Ten łakoć – po kryjomu przemycony świerszczyk – jest dziś niezrozumiały w epoce wszechobecnego porno. Lukrecja też może się kojarzyć rozpustą, bo przecież to nie tylko cukierek, lecz także oskarżana o nimfomanię córka kardynała Borgii.

Rex Features/East News

„Licorice Pizza” budzi wiele wrażeń. Nic innego we współczesnym kinie nie smakuje w ten sposób.

Adriana Prodeus
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę