Znaleziono 0 artykułów
12.09.2020

Demontaż atrakcji. „Mulan”

Kadr z filmu "Mulan" (Fot. Jasin Boland/Capital Pictures/East News)

Aktorska wersja „Mulan” w reżyserii Nicki Caro uwzględnia zmiany, jakie nastąpiły po #MeToo. Bohaterka nie zakochuje się w starszym od siebie szefie, zniknęła większość seksualnych aluzji. A jednak, choć od pierwszej, animowanej wersji minęło ponad 20 lat, Mulan znów po wszystkim wraca do domu. Ona deklaruje lojalność feudalnym rządom, a Disney dziękuje autorytarnym. 

Zacznę od końca. Mało kto ogląda bowiem napisy końcowe, a to właśnie w nich kryje się problem, który zaszkodził „Mulan”. Problem, skandal czy kontrowersja, każdy nazwie to po swojemu. Zmusił on wielu widzów do bojkotu filmu, ponieważ wyszło na jaw, że Disney współpracuje z chińskim reżimem. Sama nie wyłapałam tego w wodospadzie liter, który wypełnia ciemność, żebyśmy mogli pozbierać manatki i wyślizgnąć się z sali,zanim przy wyjściu zrobi się zator i polegną zasady społecznego dystansu. Uciekam więc, słysząc piosenkę „Reflection”, znaną z animowanej „Mulan” (1998), która wtedy zrobiła gwiazdę z Christiny Aguilery. Szkoda, że wyrugowano z filmu resztę oryginalnej muzyki. 

Kadr z filmu "Mulan" (Fot. Jasin Boland/Capital Pictures/East News)

Dopiero po wyjściu z kina okazuje się, że przeoczyłam najważniejszą sprawę. W napisach końcowych producenci filmu składają podziękowania władzom ośmiu prowincji Xinjiang – regionu w zachodnich Chinach, skąd wypędzono i uwięziono w obozach koncentracyjnych 2 mln Uighurów. Tam właśnie kręcono zdjęcia do „Mulan”. „Reedukacja” więźniów w doktrynie partii komunistycznej odbywała się przy fali protestów, która toczyła się w mediach, więc Disney po prostu nie mógł o tym nie wiedzieć. Jednak nie tylko przymknął oko na prześladowania i ciche ludobójstwo prowadzone przez chińską dyktaturę, ale jeszcze podziękował jej za ułatwienie pracy w ówczesnych warunkach. Co więcej, obecną w filmie wrogą armię, którą zwalcza Mulan, ucharakteryzowano na wojowników ISIS, co wskazuje na podzielanie faszystowskich poglądów Pekinu, popieranie jego otwartej islamofobii. Powodem zsyłania Uighurów do obozów koncentracyjnych przez chińskie władze jest bowiem to, że są mniejszością muzułmańską. Disney walczy więc w Chinach na froncie wojny etnicznej, religijnej i kulturowej. Specjalne podziękowania składa organom bezpieczeństwa w mieście Turpan we wschodniej części Xinjangu, które od lat widnieje na czarnej liście miejsc, gdzie od wielu lat łamane są prawa człowieka. Akcja #BoycottMulan ma więc wymusić na korporacji społeczną i polityczną odpowiedzialność. Ikoniczna amerykańska firma ma w Chinach wpływy tego rzędu, że przy dobrej woli mogłaby doprowadzić tam do rzeczywistej zmiany. Ale zwycięstwo dobra nad złem takiej skali zdarza się najwyraźniej tylko w bajce. Zarząd Disneya jest nieubłagany. Pozornie promując feminizm, altruizm, różnorodność kulturową, nie ogląda się na koszty, tylko liczy dolary.

Obejrzałam film i wyszłam z kina z innym wahaniem. To opowieść o kobiecie, która wygrała wojnę i nie tylko, że sprawdziła się w swoim fachu, ale więcej – okazała się w nim wspaniała. Mimo to na końcu odrzuciła oferowane jej stanowisko i wróciła do rodziny. Zadeklarowała lojalność feudalnym rządom. Wróciła tam, gdzie oczekiwano jej przed emancypacją. Co za zgrzyt w tak szeroko rozpętanej intrydze! Tyle energii, by pokazać, jak wojowniczka się przełamuje, dojrzewa, zwycięża i po wszystkim wraca do domu, by znów być posłuszną? Owszem, „Mulan” jest adaptacją starożytnej chińskiej ballady, ale jeśli ekranizować ją w XXI w., to chyba po to, by opowiedzieć o współczesności. Za dużo jest wokół mnie kobiet rezygnujących z autonomii, żebym mogła przyjąć ten morał ze spokojem. 

Kadr z filmu "Mulan" (Fot. Jasin Boland/Capital Pictures/East News)

Znam wiele młodych, zdolnych kobiet: świetnie wykształconych, obytych w świecie, znających języki, które zrezygnowały z pracy, by zajmować się domem. Gdy tylko mężowie zarabiają tyle, że rodzinie łatwo się utrzymać, żony dochodzą do wniosku, że nie chcą dłużej się męczyć i z ulgą zamieniają starania o własną karierę na troskliwe zajmowanie się innymi – wychowanie dzieci, gotowanie dla rodziny, urządzanie domów i ogrodów. Tłumaczą, że same podjęły taką decyzję, bo chcą porządnie zaangażować się w sprawy szkoły, interesów męża, a nie chcą być ciągle zmęczone. Niestety, nadal są zmęczone i na nic nie mają czasu, bo wszystko, co umieszczą na swojej liście obowiązków, muszą robić perfekcyjnie, skoro nie pracują. Bo za pracę w domu wciąż nie są doceniane, opłacane i nie ma za to emerytury. Chwalą się więc kuchenno-wnętrzarskimi osiągnięciami w mediach społecznościowych, cofając emancypację kobiet co najmniej o pół wieku. Nie widzą, że padły ofiarą promocji bycia wiecznie doskonałą w domowych pieleszach. Nie myślą o tym, że przez ich przykład nasze córki odbierają przekaz o świecie, w którym sukcesy zawodowe to wciąż sprawa mężczyzn. Bo do annałów nie przejdzie fakt, że osiągnęli szczyty tylko dzięki temu, że one tak dzielnie im pomagały. 

Kobiety, które odłożyły na półkę swój talent, pasję, wykształcenie, umiejętności, protestują, gdy to mówię. Nie lubią kazań feministek, chcą, by dać im możliwość wyboru. Nie widzą, że nie piszą naszej herstory, choć mają tyle światu do zaoferowania. Że w społeczeństwie pełnią podrzędną rolę i gdy nie włączą się w przestrzeń publiczną, to się nie zmieni. Gdy mówię o wolności, jaką daje wykonywanie własnej profesji zamiast asystowania w firmie męża, ojca i trójce klasowej, odpowiadają, że sferą wolności równie dobrze może być pieczone ciasto, żyrandol czy drzewo sadzone w ogrodzie. Szanuję taki wybór, bo wiem, jak trudno jest przetrwać w pracy, która podlega ambicjom i potyczkom mężczyzn. A jednak smuci mnie rezygnacja z kariery wspaniałych, aktywnych, twórczych kobiet. Martwi ich krótkowzroczność, która wcale nie musi zakładać, że po latach nierównowagi w związku żona rozejdzie się mężem i zostanie na lodzie. Może po prostu kiedyś sama zmieni zdanie i zechce szukać satysfakcji gdzie indziej. Nie nalegam, po prostu mówię, że jest taka szansa. Chciałabym, żeby – jeśli tak się stanie – nie było dla nich za późno. Dlatego proszę Mulan: „Weź swój miecz i załóż własną armię. Nie odkładaj go dla domowego miru i miłości. Twój mąż wie, jak świetnie walczysz, i jeśli kocha, na pewno ci w tym pomoże”.

Kadr z filmu "Mulan" (Fot. Jasin Boland/Capital Pictures/East News)

Jaki jest film, który wskazuje na tyle trudnych spraw i budzi we mnie tyle emocji? Przede wszystkim jest lepszy od swego poprzednika, który znaczył epokę zwaną „renesansemDisneya”. Scenariusz z lat 90. przepisano tak, że Mulan od początku ma swój dar, nadzwyczajne chi, które zdaniem jej ojca, dla dziewcząt oznacza hańbę, piętno i wygnanie. Dlatego prosi córkę, by schowała swoją siłę, ściszyła głos i nie przyznawała, że go ma, bo nie znajdzie męża. Patriarchalna prośba spotyka się ze zrozumieniem Mulan, my jednak wiemy, że ta strzelba zaraz wypali. Gdy oglądamy ją w gronie nieudolnych żołnierzy, wiemy, że tylko nasza bohaterka może tu coś ugrać. Pytanie „kiedy” trzyma nas w napięciu. Zwycięstwo Mulan nie jest więc zaskoczeniem – w przeciwieństwie do tego, jak było w 1998 r. Tam dziewczyna szła na front, nie mając specjalnych talentów. Była jak mickiewiczowska Grażyna – „niewiasta z wdzięków, a bohater z ducha”, która do roli rycerza nie miała czasu się przygotować. Dawna Mulan wygrała sprytem, sprawdziła się w męskiej roli niejako przez przypadek. Gdy więc powszystkim wracała do domu, nie było jej żal tak bardzo, jak nowej Mulan. Animowana Mulan wracając do swojej genderowej roli i zostając w wiosce, też mogła jej służyć, przewidując kolejne ruchy na społecznej planszy, swatając inne dziewczyny i zajmując się innymi przyziemnymi kwestiami. Natomiast grana przez Liu Yifei postać jest predystynowana, aby walczyć i dowodzić wojskiem. Widzimy, że nie ma lepszego ani równie dobrego kandydata na jej stanowisko. Sama zawdzięcza sobie swoje zasługi – niepotrzebny jej żaden Muszu, miniaturowy smok, który pomaga, ale więcej przysparza problemów. W losy nowej Mulan nie ingerują już duchy przodków, nieco rozwydrzonych i oderwanych od rzeczywistości w animowanym dyptyku. Nie potrzebuje też świerszcza – amuletu, w który wierzyła jej babcia, że z nim nie zdarzy się jej krzywda, choć widzieliśmy, że to raczej zasługa innych ludzi. W przeciwieństwie do starszej wersji, nowa wojowniczka jest self-made woman i jesteśmy z niej dumni.

Aktorska wersja „Mulan” uwzględnia zmiany, jakie nastąpiły po #MeToo. Wyjęto ze scenariusza fakt, że bohaterka zakochuje się w szefie. Starszym, stojącym na szczycie hierarchii i dużo bardziej doświadczonym. Zamiast tego dostajemy młodszego kawalera. Miłość pomiędzy „kolegami” z wojska wydaje się dużo bardziej na miejscu. Usunięto też dwuznaczne sceny, w których mężczyźni z pułku widzą ciało dziewczyny, o której myślą, że jest chłopakiem. Scena wspólnej kąpieli nie sugeruje już możliwego gwałtu. Mulan jest sama w jeziorze, po chwili wchodzi w toń jej sympatia, lecz nie dochodzi między nimi do zbliżenia. Woda dotyka ich oboje nagich, ale nie widzących siebie nawzajem, więc budzi to tylko erotyczną wyobraźnię. I to by było na tyle seksualnych aluzji, których w wersji z lat 90. było na pęczki. Mulan nie musi już klepać współlokatorów po tyłkach, żeby przekonać ich, że jest facetem. Zresztą, Liu Yifei przemienia się z dziewczyny w chłopaka bardzo udanie, płynnie, a to w przypadku aktorek zawsze trudniejsze niż w przypadku aktorów. Rzadziej się udaje kobiecie wpasować między mężczyzn niż na odwrót. Yifei ma też rodzaj ekranowej charyzmy, który wieści jej dużą karierę.

Świetnym pomysłem jest jej duet ze starszą kobietą. Gong Li jest w tej roli wyśmienita. Wszyscy znamy takie osoby – trująco uprzejme, stereotypowo kobiece: z paznokciami zrobionymi na szpony i spojrzeniem bez wyrazu, wysyłanym spod rzęs z futra. Twarz ani drgnie, serce z lodu. Taka przeciwniczka robi ci przysługę, bo zwalczając cię, tylko cię umacnia. Należy do kobiet, które nie solidaryzują się z innymi, w każdej widząc potencjalną rywalkę. Działając z lęku, podporządkowuje swoją siłę celom mężczyzn, bo sądzi, zresztą mylnie, że oni będą ją chronić. Pozornie silna musi więc odejść, ustąpić nowemu pokoleniu kobiet, które nie pozwolą sobą rządzić. Te dwa modele feminizmu – sprzed 20 lat i obecny – malowniczo kontrastują na ekranie. A napięcie między Yifei i Li znakomicie wyzyskano. Prócz legendy chińskiej kinematografii obsadzono też panteon gwiazd, między innymi Donnie Yena i Jeta Li. 

Kadr z filmu "Mulan" (Fot. Jasin Boland/Capital Pictures/East News)

Niestety, nie poszła za nimi tradycja kina wuxia – walki są nudne i mało spektakularne. Efekty specjalne zaprzęgnięto do innych, niepojętych dla mnie celów. Na przykład wygładzają one podłogę w pałacu cesarskim do tego stopnia, że wygląda, jakby była wykonana z laki. Po takiej posadzce można co najwyżej ciągnąć tren jedwabnej sukni, ale na pewno nie chodzić w butach. Poza tym, co ma to wnosić do świata na ekranie? Stworzony w CGI feniks – ptak opiekuńczy, który przypomina Mulan o jej sile – jest jak foliowy latawiec z oferty Tigera, a nie ptak, któremu przypisalibyśmy szczególne moce. A przecież w chińskiej kulturze Feniks oznacza sprawiedliwość, piękno i odrodzenie. Reprezentuje yin – kobiecy pierwiastek w przyrodzie i jak najbardziej mógłby stać się symbolem nowego wcielenia Mulan. Istnieje nawet idiom wang nü cheng fengoznaczający życzenie, aby czyjaś córka zmieniła się w feniksa. Czyli wola, aby dzieci były szczęśliwe i osiągnęły sukces, oznaczająca też bardzo wysokie wymagania. Reżyserka Nicki Caro, znana z „Jeźdźca wielorybów”, „Azylu” i serialu „Ania, nie Anna”, spełniła wiele z nich, ale wciąż w jej wersji pozostało parę wad, które sprawiają kłopot. Zmieni się je w 2040 r., gdy będziemy robić kolejną „Mulan”?

Skoro koniec był na początku, to teraz czas na początek. Klamrę filmu stanowi scena gonitwy ptaka na dachu – mała wojowniczka ściga uciekającą kurę, żeby jako dorosła mogła doścignąć sokoła. Bez treningu ta sztuka byłaby niemożliwa. Życzę wszystkim, żebyśmy codziennie gonili nasze kury zamiast poświęcać się i ginąć na froncie jako domowa Grażyna. Może wtedy bojkot tych, którzy nami rządzą, będzie niepotrzebny.

Adriana Prodeus
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę